18 sierpnia

Krótko o "Pożarze" i "Calamity" Brandona Sandersona

Krótko o "Pożarze" i "Calamity" Brandona Sandersona

Przeglądając posty, jakie ostatnio publikowałam, rzuciło mi się w oczy to, że dawno nie było tutaj wpisu o książkach Brandona Sandersona. Śpieszę dzisiaj ten karygodny błąd naprawić i oto post o dwóch tomach z serii Mściciele. Pierwotnie miałam o nich pisać osobno, ale właściwie niewiele mam do dodania, więc luźno wypowiem się na ich temat razem. Poza tym bardzo ciężko pisze mi się o kontynuacjach cyklu, bo nigdy nie wiem, co powinnam napisać, żeby nikomu przypadkiem czegoś nie zdradzić, a i często moje wrażenia z dalszych tomów są bardzo podobne do tych z pierwszego.

Po zakończeniu cyklu wciąż uważam Mścicieli za bardzo dobrą młodzieżówkę, ale w szerszej perspektywie oceniam ją jako przeciętną. Przez wszystkie trzy tomy Sanderson utrzymuje poziom, nieustannie zadziwiając nas swoją wyobraźnią. W Pożarze akcja przenosi się z Chicago do Babilaru, dawnego Manhattanu, gdzie niepodzielnie rządzi kolejny super-extra-silny Epik: Regalia. Nasi bohaterowie znów będą musieli na końcu pokonać głównego bossa, a po drodze zdjąć kilku pomniejszych; tym razem jednak nie odbywa się to tak zupełnie bez refleksji, bo znacznie więcej tu gadania i przemyśleń na temat tego, czy Epików da się naprawić. Ogromnie podoba mi się pomysł z ludźmi, którym moc poprzewracała w głowach stwarzając tych "złych superbohaterów", bo i lubię kiedy autorzy wnikają w naturę człowieka. Tym samym spodobały mi się też takie rozważania, czy Epicy są źli z natury. Babilar za to oferuje nam mnóstwo nowych cudów, bo tak jak poprzednie miasto mieliśmy zamienione w stal, tak tutejsze jest zatopione w wodzie. Dalej mamy też mnóstwo akcji, walk i pościgów, pokręconych metafor Dawida i humorystycznych dialogów między ekipą, a na końcu autor oferuje nam porządny plot twist, który wprawia nas w konsternację. Szczerze byłam zaciekawiona, jak Sanderson z tego wybrnie, ponieważ wydawało się, że wszystko jest już stracone i utkwiliśmy w naprawdę beznadziejnej sytuacji.


Wybrnął... kiepsko. W Calamity wszystko jest utrzymane w podobnym tonie jak w tomach poprzednich i komu podobały się dwie poprzednie części, ten nie zawiedzie się i tutaj. Problemem jest ta nieszczęsna końcówka. Być może pasuje ona do serii młodzieżowej, ale jeśli bym nie przypominała sobie co chwila, że czytam młodzieżówkę, to byłabym nią znacznie bardziej zawiedziona i rozczarowana. Dodatkowo w ogóle nie pasuje mi ona do Sandersona, który przyzwyczaił nas do mocnych i epickich rozwiązań. Końcówka jest tak nagła i przesłodzona do tego stopnia, że można przy niej pluć cukrem. Wiecie, w którejś z kolei części Strasznego filmu była taka scena, gdzie bohaterowie próbowali przekonać Sadako (ta dziewczynka z The Ring, co wyłazi ze studni), żeby nie robiła im kuku tekstami, że brak jej troski i domowego ciepła, co oni oczywiście mogą jej zapewnić. Wychodzili z założenia, że Sadako w głębi serca na pewno jest dobrą dziewczynką, a jedynie skrzywdzoną przez los. Sadako wtedy ze szkaradnego potwora zamienia się w śliczną dziewoję, promiennie się uśmiecha i dziękuje mówiąc, że uzdrowiła ją ich miłość. Mniej więcej tak można podsumować zakończenie tej serii.

Chodziło o nią. I o mnie. Musiałem coś powiedzieć. Coś romantycznego. Coś, co jej zawróci w głowie.
- Jesteś jak kartofelek! - krzyknąłem za nią. - Na polu minowym.
Zastygła w miejscu. Potem obróciła się do mnie z twarzą oświetloną przez na pół dojrzały owoc.
- Kartofelek? - zapytała bez emocji. - To najlepsze na co cię stać? Poważnie?
- To ma sens - odpowiedziałem. - Posłuchaj. Idziesz przez pole minowe i boisz się, że wylecisz w powietrze. I nagle następujesz na coś i myślisz: "już po mnie". Ale to tylko kartofelek. A jesteś uszczęśliwiony, znajdując coś cudownego tam, gdzie spodziewałeś się czegoś okropnego. Tym właśnie jesteś. Dla mnie.
- Kartofelkiem.
- Oczywiście. Frytki? Puree? Kto by nie lubił kartofelków?
- Mnóstwo ludzi. A dlaczego nie może to być coś słodkiego jak ciasteczko?
- Bo ciasteczko nie wyrosłoby na polu minowym. Oczywiście.

Z plusów bardzo podobał mi się wątek Megan i rozwinięcia jej mocy. Niestety nic nie mogę powiedzieć więcej, bo za bardzo wam zdradzę fabułę. Trochę się też obawiałam trójkącika miłosnego, ale na szczęście okazało się, że niczego takiego nie było. I chociaż wątek romansowy tutaj jest, to nie jest on drażniący ani wysuwający się na pierwszy plan. Muszę też dodać, że mimo mojego narzekania na końcówkę i przeciętność serii ogółem, to Calamity połknęłam w jeden dzień, a i poprzednie tomy dużo czasu mi nie zajęły. Sandersona jak zawsze świetnie się czyta, bo nawet jeśli nie ma tu jakiegoś mocnego tąpnięcia, to jego styl wciąż jest lekki i przyjemny, a wyobraźnia zachwyca.

Konkluzja jest więc taka, że Mściciele to naprawdę dobra seria młodzieżowa, ale nic więcej. Nie wywoła w nas burzy emocji ani nie zostawi z kacem książkowym, nie znajdziemy w niej bohaterów, za którymi będziemy tęsknić czy fabuły, do której będziemy wracać. To seria dobra na raz, i tyle. Absolutnie nie można jej porównywać z innymi dziełami Sandersona, tj. z Archiwum Burzowego Światła czy z Z mgły zrodzonym, bo to zupełnie inny kaliber i zwyczajnie nie wypada. Mściciele to seria prosta i przyjemna, którą miło było przeczytać, ale na pewno do niej nie wrócę i szybko o niej zapomnę. Chociaż wciąż bardzo chciałabym zobaczyć ją na wielkim ekranie, bo dalej utrzymuję, że to seria świetna do ekranizacji. Komu mogę ją polecić? Przede wszystkim fanom akcji i superbohaterów. Czy mogę Mścicieli polecić wielbicielom twórczości Sandersona? Myślę, że nie do końca, ale patrząc realnie każdy fan tego autora i tak w końcu na te książki trafi. Proponuje wtedy nie mieć zbyt wysokich oczekiwań, bo możecie się srogo rozczarować.

W serii:
1. Stalowe serce 7/10
2. Pożar 6/10
3. Calamity 6/10




10 sierpnia

Jak odstresować się w trakcie egzaminów, czyli "Zawód Wiedźma" Olgi Gromyko

Jak odstresować się w trakcie egzaminów, czyli "Zawód Wiedźma" Olgi Gromyko
 
Książki Olgi Gromyko były polecane mi już od dawna, ale dopiero w tym roku udało mi się po jakąś sięgnąć. Zrobiłam to w trakcie sesji, co było doskonałym wyborem, bo Zawód Wiedźma to książka luźna i niewymagająca, dokładnie taka, jakiej potrzebowałam w trakcie wzmożonego wysiłku umysłowego. Nie jest skomplikowana, nie jest rozbudowana, napisana jest prostym, swobodnym, czasem wręcz potocznym językiem, dodatkowo ma fragmenty, które autentycznie mnie rozbawiły. Ci, którzy szukają w książkach intelektualnej rozrywki, niech sobie książkę odpuszczą; natomiast tych, którzy chcą po prostu przyjemnej, acz porządnej książki rozrywkowej na wakacje, zapraszam do dalszej części posta.

Główną bohaterką i narratorką całej powieści jest Wolha Redna, młoda adeptka sztuk magicznych, która jako jedyna na swoim roku wybrała specjalizację w magii praktycznej wbrew ogólnemu poglądowi, że "magia praktyczna nie jest dla dziewczyn". No bo która chciałabym walczyć z bazyliszkiem czy chodzić na uroczyska, gdzie czekały strzygi? Nie, normalne dziewczęta preferują kobiece zajęcia, jak wróżbiarstwo, zielarstwo czy uzdrawianie. Wolha jednak ma ognisty temperament, cięty język i bystry umysł, jest porywcza, niecierpliwa i, jak sama o sobie mówi, "chyba za mało było we mnie współczucia, bym miała leczyć ludzi. A strzygi chyba współczucia nie wymagają". Dziewczyna w wolnych chwilach robi psikusy zarówno wykładowcom, jak i kolegom z roku, a przez całokształt otrzymała przydomek W.Redna.

Książka dzieli się na dwie części. Pierwsza rozpoczyna się wędrówką naszej bohaterki do Dogewy, miasta wampirów, gdzie źle się dzieje, bo następują niewytłumaczalne zgony, a wysyłani na pomoc magowie nie wracają. W drugiej dostajemy trochę studenckich żartów z Wyższej Szkoły Czarodziejów, Pytii i Zielarek, a potem standardową opowieść fantasy, gdzie drużyną wyruszamy ku przygodzie.

- Ależ wy, magowie, macie tajny alfabet, ani jednej runy nie potrafię odczytać!
- Gdzie? A, to po prostu ja mam takie pismo.

Zacznijmy od kilku najważniejszych faktów, czyli na przykład od tego, że książka pisana jest w narracji pierwszoosobowej. Jest to fantasy humorystyczne, gdzie ten humor faktycznie śmieszy i w żaden sposób nie jest wymuszony. Bohaterowie są złośliwi i bezczelni (szczególnie Wolha), wielokrotnie bawiły mnie ich docinki i przepychanki słowne pod swoim adresem. Również narracja skrzy od złośliwości i autoironii. Kilkukrotnie śmiałam się w głos podczas czytania i chociaż początkowo nie byłam do tej książki przekonana, tak pod koniec stwierdziłam, że naprawdę miło spędziłam przy niej czas.

Pierwsza część to trochę powieść pisana na dwóch bohaterów, gdzie ona spotyka Czarującego, Przystojnego Wampira, który jest nią zainteresowany i wzajemnie. Zaznaczam jednak, że to nie jest romans, absolutnie nie, chociaż gdzieś tam w domyśle widzimy, że ta dwójka ma się ku sobie, ale w żadnym fragmencie książki nie wychodzi to na pierwszy plan. Skupiamy się na rozwiązaniu problemów Dogewy, czyli na poszukiwaniu czegoś, co wesoło grasuje sobie w mieście i sieje mord, oraz na poznaniu wampirzej społeczności, bo Wolha przy okazji chce napisać na ich temat pracę zaliczeniową. Wspomnę tutaj, że strasznie podoba mi się pierwsza strona książki, która przedstawia tytułową stronę z pracy dyplomowej. W kwestii wampirów Wolhę czeka dużo niespodzianek, bo nie są one takie, jak przedstawia je ogólnodostępna i akceptowana wiedza. Dociekliwa Wolha sprawdzi większość, jeśli nie wszystkie mity na ich temat w praktyce (no bo w końcu jaki czosnek działa na wampiry? "Czy powinien być zimowy czy letni? Wyhodowany z ząbka, czy z odroślą? Czy do obrony nada się zielona nać? A niedojrzałe różowawe główki i kwiaty?"). W części drugiej ekipa poszerza się o klnącego jak szew trolla. Świat zarysowany jest dobrze, choć nie jest specjalnie rozbudowany, mamy w nim pełno magicznych istot takich jak mantykorę, smoka, trolle, gnomy i kto wie, co w tej fantastycznej menażerii jeszcze się znajdzie. 

Kryna skinęła pokrzepiająco i znikła w kuchni, zostawiwszy mnie sam na sam z moim mózgiem, czyli praktycznie w samotności.

Wspomnieć muszę jeszcze o wampirach. Widzicie, od czasów Zmierzchu mam prawdziwy uraz do tych istot. Tym bardziej że moja mama Zmierzchem mnie katowała, ciągle go oglądając i zaczytując się w książkach, do których później musiałam drukować fanfiction. Mnóstwo fanfiction. Olga Gromyko wyleczyła mnie z tych uprzedzeń, robiąc z wampirów normalną społeczność, która tak naprawdę niewiele się od ludzi różni. Nie znajdziemy tutaj wyniosłych krwiopijców, którzy śpią w trumnach i wysysają krew z dziewic. Tutejsze wampiry mają nietoperze skrzydła, które chowają pod płaszczem, cierpią na choroby zębów, uprawiają pola, handlują i kłócą się o krowy. W wątku z Dogewy można się też dopatrywać poruszenia tematów tolerancji, ksenofobii i tego, jak ludzie boją się nieznanego i wierzą w krzywdzące stereotypy. 

Zawód Wiedźma pozostaje mi tylko polecić. Czytając tę książkę czułam się jak w domu i spędziłam przy niej kilka przyjemnych godzin odstresowując się od egzaminów. Słowiańskie klimaty, dużo żartów, barwni bohaterowie i akademicka otoczka to coś, co bardzo przypadło mi do gustu. Ten tom otwiera Kroniki Belorskie, a ja na pewno sięgnę po kontynuację, bo Zawód Wiedźmę ciągle mam w głowie i zwyczajnie bardzo chcę do tego świata wrócić. A wam książkę polecam, bo to świetna rozrywka i idzie się przy tym nieźle pośmiać :)




05 sierpnia

O magii pełnej światła. "Czarny Pryzmat" Brent Weeks

O magii pełnej światła. "Czarny Pryzmat" Brent Weeks

Brent Weeks debiutował w 2008 roku trylogią Nocny Anioł, której pierwszy tom ukazał się w Polsce w 2009 roku nakładem wydawnictwa MAG. Czarny Pryzmat rozpoczyna jego drugą serię fantasy, tj. Sagę Powiernika Światła. Cykl liczy sobie w tej chwili cztery tomy, a planowany jest jeszcze jeden. Brent Weeks to dość popularny i wysoko oceniany autor, nie jest więc dziwne że ja, jako fanka fantastyki, w końcu natknęłam się na jego książki. Spotkanie to jednak nie wypadło dość dobrze. Dużo oczekiwałam po tym autorze, który jest porównywany do Sandersona, a po przeczytaniu książki mogę stwierdzić, że tę dwójkę porównywać można tylko pod względem kreacji świata. 

Czarny Pryzmat to opowieść złożona i wielowątkowa. Historię rozpoczynamy z perspektywy Kipa, grubego, pierdołowatego chłopca, którego wioska została zaatakowana przez samozwańczego króla Garadula, by zrobić z nich przykład. Kip będzie próbował przeżyć, a chwilę potem okaże się, że jest synem Bardzo Ważnego Człowieka, o czym, rzecz jasna, nie wiedział. Powieść poznajemy też z perspektywy Karris, czarnogwardzistki, twardej żołnierki, która jest jedną z lepiej wykreowanych postaci kobiecych w tej książce, a także od strony młodej Liv, córki generała Danavisa, która w stolicy Chromerii uczy się na krzesicielkę. Na pierwszy plan wysuwa się jednak tytułowy Pryzmat, Gavin Guile, który jest postacią ze wszech miar niejednoznaczną. Nie można jasno określić, czy jest on dobry, czy zły; trudno nawet stwierdzić, czy się go lubi, czy nie. Gavin Guile jest najpotężniejszym krzesicielem swoich czasów, który jako jedyny włada całym spektrum barw. Ze względu na swoją moc jest Pryzmatem, cesarzem, choć tak naprawdę jedynie figurantem i nie sprawuje realnej władzy. Przy okazji jest też nieprzyzwoicie bogatym, przystojnym i charyzmatycznym mężczyzną, w łóżku którego chciałaby znaleźć się niemal każda niewiasta. 

- Jesteś świetny, Kip. To jak zmęczenie młodszego brata, którego nigdy nie miałam. 
Och, porównanie do młodszego brata. Każdy facet chce usłyszeć coś takiego od pięknej dziewczyny. Właśnie mnie wykastrowała.

Generalnie w książce znajduje naprawdę bogata ilość postaci i nie sposób wymienić każdej. Większość jest wykreowana porządnie, każda z nich ma swój indywidualny charakter, a jest ich taka ilość, że każdy znajdzie kogoś dla siebie. Najmocniejszą postacią jest niewątpliwie sam Gavin, ale na uwagę zasługuje też Żelazna Pieść, umięśniony dowódca z poczuciem humoru, który mocno skrywa, oraz genialny strateg, generał Danavis. Fabuła jest po brzegi wypchana intrygami, spiskami, i nie wszystko jest tutaj takie, jak się wydaje. Mamy wojnę, sceny batalistyczne, trochę politykowania, manipulowania ludźmi, humor i przygody. W pierwszej części autor raczej nas wprowadza w swój świat i wyjaśnia mechanizmy jego działania, w drugiej jest znacznie więcej akcji. Brent Weeks miał naprawdę świetny pomysł na system magii, który opiera się na świetle, oraz na sam świat z jego intrygami, pomniejszymi wojenkami między państwami, które wciąż żywią o coś urazę i chcą ugrać jak najwięcej dla siebie, oraz wiarą w Orholama, Pana Światła. Magia w Czarnym Pryzmacie w skrócie polega na tym, że obdarzona mocą osoba (krzesiciel) może krzesać jeden albo dwa kolory, ale zawsze jest też obecny jeden Pryzmat, który krzesa wszystko (taki Z mgły zrodzony, haha). Autor dobrze to sobie obmyślił, wprowadzając też mnóstwo niuansów, takich jak to że krzesanie zielonej barwy odpowiada dzikości, a większość kobiet to superhromatki co sprawia, że świetnie rozróżniają kolory.

Grafika ze starej okładki

No dobrze, więc przejdźmy teraz do tego, w czym tkwi problem. Jednym z moich głównych zarzutów do książki Brenta Weeksa jest niespójność bohaterów. Na przykład taki Kip. Chłopak bardzo często podejmuje kompletnie niedorzeczne decyzje tylko po to, by autor miał o czym pisać i by popchnąć fabułę do przodu. Nie wiem, co innego mogłoby stać za decyzjami Kipa, ale na pewno nie logika i instynkt przetrwania. Chłopak radośnie pcha się do obozu wroga, odzywa się wtedy, kiedy naprawdę nie powinien, robi sobie wrogów przez bezczelne i pyskate odzywki, które są tak bardzo nie na miejscu, że aż rażą, nie szanuje autorytetów i tradycji, chociaż sam jest tylko małym trybikiem w wielkiej maszynie. Kip ma też ogromne skłonności do użalania się nad sobą, przy czym to użalanie przewija się kilkukrotnie przez całą książkę i zazwyczaj dotyczy tego samego, więc w pewnym momencie naprawdę można mieć tego dość. W niespójności towarzystwa dotrzymuje mu Liv, młoda dziewczyna uczona w Chromerii na krzesicielkę, która wesoło przyklaskuje głupim decyzjom Kipa i sama podejmuje równie idiotyczne. Za szczyt uznałam to, że ma pretensje do ojca kiedy ten zgodził się pracować dla wroga, co nie przeszkadza jej w owym wrogu się podkochiwać. Ręce opadają.

- Dobrze - powiedział Kip. - Przynajmniej mamy tu nad czym popracować. Jak na pocałunek wyszło to trochę niezdarnie, ale rozumiem twój zapał. I rozumiem, że jak ma się taki pysk jak twój, to nie często nadarza się okazja do ćwiczeń. Ale powiedziałem, żebyś mnie pocałował w tyłek. W tyłek. Nie w twarz. Tyłek. Twarz - Kip wskazywał odpowiednie części ciała. - Jest różnica. Spróbuj jeszcze raz, ale tym razem z uczuciem.

Inną sprawą jest pewna toporność w tłumaczeniu swojego świata. Bardzo rzadko mam problemy ze zrozumieniem nowego systemu magii, ale tutaj naprawdę szło mi to opornie i nie wiem, co jest tego powodem. Może przesadna drobiazgowość? Może to, że jak już dostawaliśmy informacje o świecie, to byliśmy zarzucani informacjami na kilka stron? Dodatkowo czasem miałam wrażenie, że autor nie bardzo przemyślał sobie historię, którą chce opowiedzieć. To znaczy w szerszej perspektywie przemyślał sobie wszystko, świetnie zbudował intrygę (która, nawiasem mówiąc, jest potężna, chociaż zadziwiająco łatwo można tutaj oszukać ludzi), ale dorabiając kolejne warstwy powieści czasem zapominał, co napisał wcześniej. Przez to zdarzają się momenty, gdzie autor sam sobie zaprzecza. Przykład: bohater Z mówi, że jego oszustwo może odkryć tylko bohaterka X. Parę stron dalej już twierdzi, że zdemaskować go mogą tylko bohaterowie poprzedniej wojny, którzy siedzą w danej sali. Nie chciało mi się już grzebać i wypisywać kolejnych przykładów, ale zdarzały się sytuacje w których czułam, że coś mi nie gra i chyba wcześniej autor pisał co innego.

A tu grafika z innego, angielskiego wydania

Książki Brenta Weeksa nie czytałam z przesadnym entuzjazmem. I nie mówię tu o wcześniejszych moich zarzutach, ale chodzi mi o styl autora. Bo widzicie, z jednej strony naprawdę chciałam wiedzieć, co będzie dalej i o co w tym wszystkim chodzi, ale z drugiej zupełnie nie chciało mi się tego czytać. I to nie tylko ja, ponieważ Kam, która czytała tę książkę przede mną miała identyczne odczucia. Myślę że tą niechęć do czytania mogą powodować dłużyzny, opisywanie scen od a do z, bo niektóre fragmenty naprawdę można było skrócić czy przyśpieszyć. I tak oto moi drodzy wychodzi nam taka cegiełka na 800 stron. Inna sprawa to język. Nie wiem, czy jest to wina tłumaczenia czy tak też jest w oryginalne, ale powieść Brenta Weeksa przypomina mi literaturę młodzieżową. Bohaterowie czasem używają młodzieżowego slangu, jest mnóstwo zwrotów nowoczesnych, szczególnie w dialogach, a całość jest napisana bardzo prostym językiem. Dodatkowo autor zwraca uwagę na kobiecą aparycję tak, jak robił by to nastolatek. Bardzo często zdarzają się wstawki, że Kip gapi się na jej pierś, ale nie chce i nie powinien, co nie przeszkadza mu zerknąć sobie znowu, bo ona taka piękna, co z tego że wokół leje się krew i padają trupy. Właściwie narracja z perspektywy Kipa jest dość... rubaszna (żarty z kobiecą bielizną, potykanie się tak, że akurat wpada między piersi) i prawdopodobnie miało to śmieszyć. Drugi zasób żartów dotyczy samego Kipa i wyśmiewania się z jego tuszy i pierdołowatości. Cóż, mnie to wszystko nie śmieszyło.

Niektórzy ludzie nie radzą sobie z mocą, z władzą. Niektórzy ludzie wydają się przyzwoici, dopóki nie dasz im niewolnika, bo wtedy okazują się tyranami, biją go i gwałcą. Władza to próba. Wszelka władza i moc to próba.


Podsumowując, autor miał naprawdę fajny i ciekawy pomysł na książkę, stworzył fantastyczną intrygę, co do której chce się poznać, jak to wszystko się skończy i o co tu w ogóle chodzi, ale wykonanie wyszło mu dużo gorzej. Jego system magii jest oryginalny i stoi na wysokim poziomie, świat zbudowany jest solidnie, bohaterów przez książkę przewija się mnóstwo, widać, że jest to fantasy na większą skalę. A jednak ja czuję się rozczarowana, bo oczekiwałam czegoś… bardziej na poważnie, czegoś zbliżonego do poziomu Sandersona, a dostałam taki misz masz z literaturą młodzieżową. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego seria i sam autor cieszy się dużą popularnością, ale ja sama mam bardzo mieszane odczucia w stosunku do tej książki i nie potrafię określić, czy ona mi się podobała, czy nie. Teoretycznie książka ma w sobie wszystko to, co lubię w literaturze fantasy (oryginalny system magii, plejada barwnych bohaterów, humor, sceny batalistyczne, intryga, rozmach...), ale wykonanie odebrało mi przyjemność z czytania. Pewnie i tak sprawdzę, co będzie dalej, chociaż na kolejne tomy Sagi Powiernika Światła patrzę trochę z rozpaczą, bo są grubsze niż tom pierwszy. Serię polecałabym raczej młodszym fanom fantastyki, bo ma największe szanse trafić właśnie do nich. Polecam ją też osobom, które po prostu chcą przeczytać coś niezobowiązującego i prostego, ale jeśli razi was niespójność bohaterów i nie lubicie młodzieżówek, to lekturę bym odradzała.



P.S. Polecam też zajrzeć do recenzji tej książki u Wiedźmy z bloga Wiedźmowa Głowologia :)



Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger