31 stycznia

Styczeń w książkach. Podsumowanie miesiąca

Styczeń w książkach. Podsumowanie miesiąca
Pierwszy miesiąc blogowania już za mną. Bardzo mnie cieszy fakt, że po tym miesiącu się nie poddaje i chęć blogowania o książkach nie okazała się tylko słomianym zapałem na kilka dni. Blog przyniósł mi sporo frajdy i jeśli mam być szczera, mam dzięki niemu większą motywację do czytania.

W tym roku zaczęłam się też bawić w wyzwania czytelnicze. Biorę udział w wyzwaniu u Wiedźmy i próbuje przeczytać 52 książki w ciągu roku. Póki co mam wynik 4/52, i jestem dumna z siebie, że przeczytałam aż 4 książki w miesiącu najeżonym egzaminami na studiach. Ale marne są szanse, że dociągnę do magicznej liczby 52 :)

28 stycznia

W poszukiwaniu mitycznego artefaktu. "Żałobne opaski" Brandona Sandersona

W poszukiwaniu mitycznego artefaktu. "Żałobne opaski" Brandona Sandersona
"Żałobne opaski" to kolejna część serii "Ostatnie Imperium" autorstwa Brandona Sandersona. Książka jest tak samo dobra, jak poprzednia, a nawet lepsza, bowiem przy końcówce historia nabiera takiego tempa i budzi w czytelniku tyle emocji, że potem ciężko jest spać spokojnie. Sanderson nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani nas. Naprawdę rzadko który autor jest w stanie wywołać u mnie taką huśtawkę emocjonalną, jak on.


24 stycznia

Powrót do Hogwartu, czyli Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Powrót do Hogwartu, czyli Harry Potter i Przeklęte Dziecko
Harry Potter. Ach, cóż za nostalgia mnie ogarnia na samo brzmienie tego imienia. Ileż ja godzin spędziłam, czytając książki, oglądając filmy, po nocach zaczytując się w przeróżnych fanfickach. To ostatnie akurat zostało mi na długo po tym, jak cała seria się skończyła, a teraz, przez nową część Pottera w scenariuszowej formie, zaczęłam na nowo oglądać wszystkie filmy. Po latach widzę je w zupełnie innym świetle, i to jest na swój sposób cudowne. Chciałabym też jeszcze raz przeczytać książki, ale to dopiero wtedy, jak kupię sobie ładny pakiecik, może z okładkami od Duddle...

Wstyd przyznać, ale moja przygoda z Harrym zaczęła się dopiero wtedy, jak w podstawówce poszliśmy z klasą na ekranizację "Kamienia Filozoficznego". Z miejsca zakochałam się w nastoletnim czarodzieju i pochłonęłam wszystkie książki o nim tak szybko, jak tylko się dało. Od "Zakonu Feniksa" nikt nie był w stanie mnie oderwać - nawet jadłam przy nim obiad (moja mama wyjątkowo była pobłażliwa w tym jednym przypadku). A teraz nadeszła ósma część kochanej serii i, rzecz jasna, nie mogłam przejść obojętnie obok kontynuacji, której podobno nigdy miało nie być.
HERMIONA: Hogwart jest taki wielki
RON: Wielki. Cudowny. Pełen żarcia. Oddałbym wszystko, żeby tam wrócić.

"Harry Potter i Przeklęte Dziecko" to nie książka, to dramat. To razi tak bardzo, że nie można tego porównywać z poprzednimi częściami. Po prostu nie da się postawić znaku równości pomiędzy prozą a samymi dialogami. Być może jako sztuka spisuje się znakomicie, ale jako lektura nieco zawodzi. Przez krótkie, lakoniczne opisy ciężko nam poznać na nowo naszych starych znajomych, którzy w końcu dorośli, i zaprzyjaźnić się z ich dziećmi. Nie jesteśmy w stanie wczuć się w ich emocje, ani zrozumieć motywów, jakie nimi kierowały. Dlatego sztuka na deskach teatralnej sceny ma znaczną przewagę - wszystkie te braki mogą nadrobić aktorzy swoim zachowaniem, gestami, mimiką twarzy, pomoże scenografia i odpowiednia muzyka.


Moim zdaniem w pewnym momencie trzeba dokonać wyboru, kim chcesz zostać. I powiem ci, że w takiej właśnie chwili potrzebujesz albo rodzica, albo przyjaciela. Jeśli zdążyłeś znienawidzić rodzica i nie masz przyjaciół, jesteś zupełnie sam, a taka samotność jest bardzo trudna.
Książka zaczyna się od znanej nam już sceny na peronie 9 i 3/4, kiedy to drugi syn Harry'ego - Albus Severus Potter - ma rozpocząć swoją przygodę z Hogwartem. Na początku dialogi wydają się tak bardzo wymuszone, że z przerażeniem przebiegałam po nich wzrokiem. Krótkie urywki z życia szkolnego chłopca miały pokazać, jak bardzo różni się on od ojca. Dla czytelnika to wielki chaos, ale nie mnie oceniać zabiegi literackie. W każdym razie, nie zdradzając fabuły... mogę stwierdzić tylko parę rzeczy. Harry jest fatalnym ojcem. Jego syn jest zamknięty w sobie, ale ma chociaż jednego przyjaciela (aczkolwiek nie takiego, jakiego życzyłby sobie jego ojciec). Nie wszystko jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka, ale to akurat jest bardzo dobre, bo nadaje dziełu sens. Bo treść ogólna "Przeklętego Dziecka" jest całkiem w porządku. Trochę naiwna i naciągana, ale takie samo wrażenie miałam np. oglądając film "Magiczne zwierzęta i jak je znaleźć".  Samymi dialogami i nikłymi didaskaliami ciężko jest przekazać ją lepiej. Wie o tym każdy, kto trudził się  nad słynnymi dramatami jako lekturami... Nie mniej jednak historia pokazuje kilka ciekawych faktów z życia bohaterów, znalazłam w niej nawet sporo zabawnych tekstów i miłego Snape'a (czy to już oksymoron?)

Plotkują, że on jest synem Voldemorta, Albusie.
Okropna, krępująca cisza.
To pewnie bzdura. To znaczy... No przecież masz nos.

Jedyne, co mnie poirytowało to końcówka, kiedy okazało się, że zastosowano chwyt niczym z potterowskich fanficków. Mówię tu oczywiście o wyjawieniu tożsamości tego głównego złego. Na końcu oczywiście przyjaźń, praca drużynowa i miłość zwyciężają, ale o naiwności była już mowa gdzieś wyżej. Zresztą cechuje ona całą serię Pottera, co teraz bardzo rzuca mi się w oczy podczas oglądania filmów po raz drugi.

"Przeklęte Dziecko" czyta się bardzo szybko, pochłonięcie tych 360 stron zajęło mi około 4 godzin. Jak już się zacznie, to leci z górki - po prostu szkoda przerywać lekturę, kiedy są w niej tylko dialogi. Mimo scenariuszowej formy, znalazłam w niej tę magię, która zachwyciła mnie w poprzednich częściach, gdy byłam dzieckiem. Może nie w takiej ilości, jaką bym sobie zażyczyła, ale akurat byłam z góry przygotowana na formę książki i nie miałam wobec niej dużych oczekiwań. "Przeklęte Dziecko" jest miłym odświeżeniem naszej miłości, rzuca interesujące światło na alternatywny świat, w którym zwyciężyłaby ciemność, ale może mocno rozczarować, gdy ma się zbyt wygórowane wymagania co do jej treści.

  Ocena: 6/10

"Harry Potter i Przeklęte Dziecko", J.K.Rowling, John Tiffany, Jack Thorne, wydawnictwo Media Rodzina, rok wydania 2016, s. 368

18 stycznia

Mroczne kulisy władzy. "Królowie Przeklęci. Tom 1" Maurice Druon

Mroczne kulisy władzy. "Królowie Przeklęci. Tom 1" Maurice Druon
Wstyd przyznać, ale "Królów Przeklętych" kupiłam ze względu na… okładki. Pakiet trzech tomów w kartonowym boxie tak długo mnie kusił, że wreszcie mu uległam. Wydanie jest prześliczne: twarda oprawa, piękna grafika, czcionka, odpowiednie marginesy, kolorowa wklejka odpowiednia kolorystycznie do okładki… To wszystko urzekło mnie niemal natychmiast.

15 stycznia

Przeznaczona przyjaźń, czyli seria "Królotwórca Królobójca" Karen Miller

Przeznaczona przyjaźń, czyli seria "Królotwórca Królobójca" Karen Miller
Istnieje pełno książek z gatunku fantasy, które mimo podążania utartymi schematami mają w sobie coś wciągającego, dzięki czemu potrafią pochłonąć czytelnika bez reszty. Bardzo często używanym chwytem w fantastyce jest tajemnicza Przepowiednia, która rządzi losem bohatera i rzuca go dokładnie tam, gdzie chce, oraz magia. Taki właśnie zabieg zastosowano w dwutomowej serii Karen Miller "Królotwórca Królobójca". Ale czy i w tym przypadku mamy do czynienia ze sztampowym dziełem? Wydaje mi się, że niezupełnie. "Królotwórca, Królobójca"  to bardzo interesująca odmiana klasycznych rozwiązań.

12 stycznia

Niech twój uśmiech krwawi, czyli "Cienie tożsamości" Brandona Sandersona

Niech twój uśmiech krwawi, czyli "Cienie tożsamości" Brandona Sandersona
Po genialnym „Stopie prawa” oczywiście musiałam wziąć się za kolejną część serii „Ostatnie imperium”, czyli za „Cienie tożsamości”. Autorem jest Brandon Sanderson, człowiek, który niszczy mi życie, bo przez jego książki każda inna jest do kitu, a po dobrnięciu do ostatniej strony świat wydaje się taki pusty, ponury i nijaki. To powinno być karalne. Chociaż nie. Nie powinno. Niech tylko pisze szybciej.

„Cienie tożsamości” to druga część kwadrylogi Waxa i Wayna, a zarazem piąta całego cyklu. Po poprzednim, brawurowym tomie pełnym akcji, strzelanin i dobrego humoru, Sanderson nieco zwalnia i nadaje historii powagi. Owszem, humor wcale nie zniknął i wciąż można przeczytać wyśmienite, cięte i zabawne dialogi, ale całość stała się znacznie poważniejsza. Dowiadujemy się więcej o przeszłości naszych bohaterów, oraz jesteśmy świadkami pewnej tragedii w życiu Waxa. Na scenę wkracza też bóg, Harmonia, który ma brzydki nawyk gadania do ciebie w twojej głowie. Żeby wszystko dobrze zrozumieć, tym razem bardzo potrzebna jest znajomość trzech pierwszych książek z cyklu, bowiem przeszłość powraca i odgrywa tutaj znaczącą rolę.

Waxilium pomyślał szybko i zrobił to, co przyszło mu najłatwiej. Przyjął dramatyczną pozę na gruzach (…)

W „Cieniach tożsamości” nie ma porwań, ale za to jest wyścig z czasem aby dopaść oszalałego mordercę i powstrzymać wybuch rewolty. Świat Sandersona przeżywa rewolucję przemysłową, pojawiają się elektrownie, automobile, a wśród klasy robotniczej i tych najbiedniejszych mieszkańców Elendel zaczynają się niepokoje i bunt. Miastu grozi chaos, który pracowicie podsyca morderca. Rzecz jasna na jego drodze stanie duet Waxa i Wayna… a właściwie trio, bo do całej paczki dochodzi jeszcze błyskotliwa Marasi, poirytowana faktem, że legendarny stróż prawa z Dziczy ją ignoruje.
Kusiło go, by nazwać go najgorszym w życiu, ale to by z pewnością była przesada. Najgorszym dniem jego życia będzie ten, w którym umrze.

W tym tomie bliższa stała mi się Steris, narzeczona Waxa, która zrobiła się ciut bardziej ludzka… a może po prostu mi jako czytelnikowi łatwiej było ją w końcu zrozumieć. I choć Waxowi bardziej pasuje Marasi (w końcu to ona jest tą inteligentą, bystrą kobietą, która chce bronić prawa i łapać morderców), to ja kibicuję skrytej w sobie Steris, która ma problemy w dogadywaniu się z ludźmi do tego stopnia, że na każdą okazję musi mieć plan - i to w kilku wariantach. Pojawiła się też nowa postać konstabla-generała Aradela, który robi to, co trzeba i nie jest zadufanym w sobie bucem, oraz MeLaan, kobiety, z którą można iść do baru na piwo i urządzić konkurs bekania. Tak, to wciąż jest zabawna i absolutnie nie drętwa książka, gdyby ktoś się zastanawiał.

Tatko mi kiedyś rzekł: „Synu, trzymaj fason i zawsze się uśmiechaj”. Dlatego kiedy sprawy zaczynają się sypać, walę twarzą w ścianę, aż uśmiech zaczyna mi krwawić, i czuję się lepiej. Na mnie działa. A przynajmniej tak myślę. Niezbyt dobrze pamiętam, bo zbyt wiele razy oberwałem w głowę.

Osobiście nie mogę się też nadziwić postaci, jaką jest Wayne. Wbrew pozorom, kiedy się przebić poprzez głupotę, błazenadę i ogólny idiotyzm, jaką Wayne sobą przedstawia, możemy odkryć, że to naprawdę mądry, spostrzegawczy facet, o tak dobrym sercu, że spokojnie można by go rozdzielić na kilka osób i jeszcze by zostało. Wayne jest genialnym bohaterem, który doskonale rozumie innych ludzi, i choć ma trochę nierówno pod sufitem, to zwyczajnie nie sposób go nie kochać.
 
 
(…) popatrzył na Wayne’a i skinął głową z miną, którą Marasi często widziała, kiedy dwaj mężczyźni na siebie patrzyli. O ile umiała to ocenić, oznaczała ona coś pomiędzy „Niezła robota” a „Dupek z ciebie, sam chciałem to zrobić”.

„Cienie tożsamości” to książka odrobinę grubsza od swojej poprzedniczki, o jakieś 50 stron. Wydanie wciąż jest świetne: marginesy o odpowiedniej wielkości, dobra czcionka, łatwość, z jaką książką się otwiera, tasiemka do zaznaczania strony, no i ta twarda oprawa. Wewnątrz ponownie znajdują się strony zawierające wycinek z gazety, i jest to bardzo fajny akcent, choć przyznam się, że tym razem nie chciało mi się ich czytać.

Ocena: 10/10. 
Chyba nikt nie spodziewał się innej :)

"Cienie tożsamości", Brandon Sanderson, wydawnictwo MAG, rok wydania 2016, s. 352

Poprzednie w serii:
1. Z mgły zrodzony
2. Studnia wstąpienia
3. Bohater wieków


08 stycznia

2016 w książkach, czyli podsumowanie ubiegłego roku. Cz. 2

2016 w książkach, czyli podsumowanie ubiegłego roku. Cz. 2

Cześć! Z tej strony Kirima. Moja droga współtowarzyszka zbrodni... to znaczy moja wspólniczka przy prowadzeniu misieczytania zrobiła już dosyć obszerne podsumowanie swojego czytelniczego 2016 roku. Śmieszna sprawa z tym, bo poprosiłam ją o jakąś topkę, a ona przygotowała całą listę przeczytanych książek wraz z opisem. Miło z jej strony, prawda? :) 

Moje czytelnicze osiągnięcia nie są tak wspaniałe, jak Kamyczuś. W minionym roku przeczytałam zaledwie 21 książek. To mało, mniej, niż w 2015. Na swoje usprawiedliwienie mogę mieć tylko wymówkę o pisaniu pracy licencjackiej. Zabrało mi to mnóstwo czasu i nerwów, ale, ale! Challenge complete :)

05 stycznia

2016 w książkach, czyli podsumowanie ubiegłego roku. Cz. 1

2016 w książkach, czyli podsumowanie ubiegłego roku. Cz. 1

Skoro to blog poświęcony książkom, to może warto podzielić się tym, jak wiele było ich w zeszłym roku? Oczywiście im więcej, tym lepiej, ale liczy się przede wszystkim jakość. Wszędzie teraz pełno podsumowań, więc i my dorzucimy do tego swoje trzy grosze. Jest nas dwie, więc to całkiem logiczne, że nasze podsumowanie będzie miało dwie części.

W części pierwszej głos zabieram ja - Kamyczuś. W paru słowach chciałam powiedzieć coś o każdej z przeczytanych przeze mnie pozycji; o tych, które chwyciły mnie za serce, i o tych, na które raczej zmarnowałam czas. Szansę jednak należy dać każdemu (chociaż trochę tej szansy...). Oto moja lista przebojów (i upadków). Przygotujcie się, bo jest długa.

03 stycznia

Sherlock Holmes w stylu Sandersona, czyli o "Stopie prawa"

Sherlock Holmes w stylu Sandersona, czyli o "Stopie prawa"

Brandon Sanderson to moje osobiste odkrycie ubiegłego roku. Zaczęło się od „Drogi Królów”, potem przyszła pora na serię ze świata Scadrial, którą rozpoczynał „Zrodzony z mgły”. W internetach panują podzielone opinie na temat tego, która z tych dwóch historii jest lepsza; ja do niedawna uważałam, że niezaprzeczalnie jest to Archiwum Burzowego Świata, ale teraz wiecie co?

Teraz zwyczajnie nie jestem w stanie zdecydować.

Pierwsza era, w skład której wchodziły książki „Z mgły zrodzony”, „Studnia wstąpienia” i „Bohaterów wieków” niezaprzeczalnie była świetna, a im dalej, tym robiło się coraz lepiej. „Stop prawa” zapoczątkował drugą erę, gdzie Sanderson zaserwował nam przeskok czasowy o trzysta lat do przodu. Bohaterowie poznani w trzech poprzednich tomach są już przeszłością, a świat się zmienił, rozwinął, ewoluował. Zmienił się też zupełnie klimat książki – wcześniej był mroczny, pełen popiołu i tego poczucia, że na kartach książki dzieje się coś wielkiego. Tutaj mamy lekką, komediową historię pełną zwrotów akcji, humoru i Waxa i Wayne’a.

 
- (…) No dobrze. Studiuję prawo karne i behawiorystykę kryminalną.
- I to jest coś, czego należy się wstydzić? – spytał Waxilium. Popatrzył zdezorientowany na Wayne’a.
- Cóż, usłyszałam, że to mało kobiece. Ale poza tym… cóż, siedzę tu z wami.. i… no wiecie… jesteście jednymi z najsławniejszych stróżów prawa na świecie i w ogóle…
- Zaufaj mi – odezwał się Waxilium. - Nie wiemy tak wiele, jak mogłoby ci się wydawać.
- Co innego, gdybyś studiowała błazenadę i idiotyzm – dodał Wayne. - W tej kwestii rzeczywiście jesteśmy ekspertami.

Sam autor otwarcie mówił o tym, że kwadrylogia Waxa i Wayne to taki skok w bok, coś, co napisał dla zabawy i co, jak sam określił, jest „szczęśliwym, improwizowanym przypadkiem”. Książki o nich miały być krótkie, zabawne, szybkie i lekkostrawne, przejściowe w całej serii, bo tylko zapowiadające wielkie zmiany. Sanderson od początku zamierzał pokazać zastosowanie Allomacji w różnych ramach czasowych, ale tego akurat nie planował. Kurczę, skoro on potrafi pisać tak genialne książki pod wpływem impulsu, niekoniecznie nawet do publikacji, to ja jestem ciekawa, co on potrafi, gdy już coś zaplanuje. A nie, zaraz. Przecież mamy „Drogę Królów” i poprzednie trzy części, po przeczytaniu których ciężko się pozbierać. W zasadzie z Sandersonem mam taki problem, że po jego książkach każda inna jest mdła, nudna i pozbawiona polotu. To rujnuje cały mój czytelniczy świat, i w efekcie potem nie mam ochoty na czytanie czegokolwiek.

No chyba, że akurat Sanderson wypuścił nową książkę.

Wracając do tematu przewodniego, "Stop prawa”, choć w innym klimacie niż trylogia go poprzedzająca, wciąż jest świetny i wciąga jak bagno. Książka jest znacznie chudsza niż wcześniejsze tomy, ale to nic, bowiem wszystko wynagradza tempo. Ledwo zdążysz przyswoić sobie jeden zwrot akcji, ochłonąć po nim, a tu bach! Już dzieje się coś kolejnego często w momentach, w których zupełnie się tego nie spodziewasz. Siłę napędową nowej serii (podserii?) niewątpliwie stanowi barwny, genialny i przewspaniały duet Waxa i Wayne’a. Brak tej dwójki sporo by książce odjął. Sanderson znany jest z tego, że tworzy oryginalne, dopracowane światy i wyrazistych bohaterów; tutaj stworzył swój własny duet stróżów prawa, których zwyczajnie nie sposób nie pokochać. Są to postacie przeciwstawne, i w ten sposób Wax jest tym poważniejszym, bardziej odpowiedzialnym lordem z Miasta, który większość swojego życia spędził pilnując porządku w Dziczy, a Wayne to uroczo nieznośny, bezczelny lekkoduch o lepkich palcach, który nie kradnie, ale się wymienia. No bo kto by nie chciał wymienić dobrej, jedwabnej koszuli za policyjny mundur? Obu panów łączy silna, męska przyjaźń, i obaj mają na swoim koncie bagaż doświadczeń. Oprócz tej dwójki są oczywiście jeszcze inni bohaterowie, spośród których najbardziej wyróżnia się Marasi, bystra, inteligentna i odważna dziewczyna, która stanowi kobiecy pierwiastek w tej historii, i choć dotrzymuje kroku naszym stróżom prawa, to nic nie traci ze swojej kobiecości. Nawet kobiece postacie w wydaniu tego autora nie są irytujące, ale szybko zrównują naszą sympatię :)

- Wayne! Chyba nikt wcześniej nie zwrócił się do mnie w tak ordynarny sposób.
- Dążę do doskonałości, kobieto. Dążę do doskonałości. Ale nie martw się, jak już mówiłem, jesteś bardzo miła, ale nie masz dla mnie wystarczającego kopa. Lubię kobiety, które mogłyby mi zdefasonować twarz ciosem z półobrotu.

No dobrze, ale o czym „Stop prawa” w zasadzie jest? Ciężko tutaj napisać cokolwiek bez spoilerów, powiedzmy więc jedynie, że jest to książka o porwaniach i pilnowaniu porządku, ze świetnymi dialogami, żywymi bohaterami, gdzie pełno jest rewolwerów, strzelanin i pościgów, a wszystko to doprawione szczyptą romansu i całym wiadrem genialnego humoru. Ponownie mamy do czynienia z Allomacją, gdzie ludzie potrafią wyczyniać różne cuda dzięki połknięciu konkretnych metali, oraz z Feruchemią, gdzie magazynuje się w nich własne… hm, „zdolności”. Książki z pierwszej ery można czytać niezależnie od tych z drugiej, ale ja polecam jednak zacząć od „Z mgły zrodzonego”, bo dzięki temu jest się w stanie wyłapać pewne smaczki i ogólnie lepiej zrozumieć świat, w którym się znaleźliśmy. No i szkoda pominąć te trzy genialne pozycje. Generalnie bardzo podoba mi się koncepcja tego czasowego przeskoku, gdzie bohaterowie których znamy z poprzednich tomów, są teraz legendą, są tymi, którzy zmienili świat i dokonali czegoś wielkiego, a w „Stopie prawa” widzimy skutki ich działań, widzimy to, co udało im się stworzyć. Myślę, że to jest niesamowite i przez to mój szacunek do Sandersona tylko rośnie.

Na koniec chciałam powiedzieć kilka słów o wydaniu, które ponownie cieszy oczy i och, kurczę, jak to ślicznie prezentuje się na półce! Twarda oprawa i przepiękna okładka, szata graficzna utrzymana w tej samej tonacji, odpowiednia szerokość marginesów i łatwość, z jaką książką się otwiera i nie zamyka nam w trakcie czytania to coś, co uwielbiam i będę wychwalać w nieskończoność :)

A gdybym miała mówić o wadach „Stopu prawa”… zaraz, wady? Jakie wady?
Ocena: 10/10

"Stop prawa", Brandon Sanderson, wydawnictwo MAG, rok wydania 2016
Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger