27 czerwca

5 książek, które chciałabym przeczytać w wakacje || TBR na wakacje!

5 książek, które chciałabym przeczytać w wakacje || TBR na wakacje!
Ostatnio posty z serii "TBR na wakacje" pojawiają się na wielu blogach i można się tym już znudzić. Pomyślałam jednak, że to w sumie fajna sprawa zrobić sobie taką listę wakacyjnych lektur, a potem móc się z tego rozliczyć. Chciałam więc wybrać 5 własnych książek, które na pewno przeczytam w wakacje, i wiecie co? To wcale nie jest takie łatwe. Książki pchały się do mojej głowy ze wszystkich stron, a mi trudno było wybrać jedynie 5 z tej dłuuuuugiej listy lektur, które chciałabym poznać. Co prawda mogłabym wypisać ich tutaj więcej, ale wtedy zamiast "TBR na wakacje" mielibyśmy "100 książek, które Kirima chce przeczytać". A dlaczego akurat 5 książek? Bo lubię tę cyfrę :) Mam urodziny 5 maja! Dwie piątki w dacie :) Zapewne przeczytam więcej książek niż te 5, ale nie lubię się ograniczać i muszę mieć też jakąś swobodę wyboru.

No to jedziemy.

1. Oko świata, Robert Jordan




Brandon Sanderson poleca. Brandon Sanderson kończył pisać ten cykl. Czy muszę dodawać coś więcej? Odkąd poznałam twórczość Sandersona i zakochałam się w niej, chciałam poznać serię Koło czasu. Ten cykl to podobno kawał świetnej fantastyki. Na jego plus idzie też to, że to tasiemiec. Całość w sumie ma 14 tomów i jeden prequel. Uwielbiam takie długaśne serie... kiedy mam na to czas :)

2. Ganbare! Warsztaty umierania, Katarzyna Boni




Reportaż, który odkryłam dość niedawno na blogu Cuddle up with a good book. Interesuje się trochę Japonią i bardzo lubię o niej czytać, więc ta książka to taka moja pozycja obowiązkowa. Spodziewam się naprawdę świetnej, mocnej lektury. Już sam tytuł jest poruszający.

3. Czarny pryzmat, Brent Weeks




Pierwszy tom z cyklu Saga Powiernika Światła. Do tej pory wydano cztery tomy i wszystkie mam u siebie na półce. Wakacje to idealny czas, by zapoznać się z wszelkimi cegłówkami czy dłuższymi seriami, więc mam nadzieję, że przeczytam nie tylko pierwszy tom, ale i pozostałe trzy. Kam bardzo zachwala, więc nie mogę się doczekać lektury :)

4. Metro, Dimitry Glukhovsky




Metro miałam na oku już od dawna, ale jakoś nigdy dość czasu, by po książkę sięgnąć. Teraz mam swój własny egzemplarz z autografem autora i chciałabym wreszcie to nadrobić. Wcześniej czytałam Futu.Re i byłam nim zachwycona. Oby Metro spodobało mi się tak samo.

5. Ziemiomorze, Ursula LeGuin



Powinnam wyodrębnić pierwszy tom, który już przeczytałam, ale po prostu wam o tym napiszę, że z całego Ziemiomorza część pierwsza już za mną. Jestem absolutnie zachwycona historią Geda jak i samym stylem pisania autorki. Bardzo chciałabym przeczytać... a raczej wysłuchać resztę, ponieważ Czarnoksiężnika z Archipelagu "czytałam" w formie audiobooka. A jak tylko skończę z Ziemiomorzem, polecę czytać inne książki LeGuin... no ale troszkę za bardzo wybiegam już tutaj w przyszłość :)

To wszystko. Ciekawa jestem, czy listę uda mi się zrealizować. Rozliczymy się po wakacjach :) A jakie są wasze plany wakacyjne? Robicie sobie takie listy, czy nie widzicie w tym sensu? 

P.S. Mam już dwie recenzje w gotowości, chociaż jedną muszę jeszcze dopracować. Odnawiam bazę którą wyczerpałam przez sesje :) 

22 czerwca

Czytamy klasykę: "Wehikuł czasu" H. G. Wells

Czytamy klasykę: "Wehikuł czasu" H. G. Wells

źródło
Herbert George Wells uważany jest za jednego z pionierów w gatunku science-fiction. Jego najsłynniejszą powieścią jest Wehikuł czasu, który został po raz pierwszy opublikowany w 1895 roku. Od tamtego czasu powieść została dwukrotnie zekranizowana, a sama historia doczekała się wielu wydań na całym świecie. H. G. Wellsa możemy znać również z innych jego sławnych dzieł, takich jak Wojna Światów czy Wyspa Doktora Moreau, które również doczekały się filmowych adaptacji.

Wehikuł czasu to już trzecia książka z klasyki literatury, którą recenzuję na tym blogu. Klasyka to tutaj dziwna, bo ja ogólnie się z science-fiction nie lubię. Wehikuł czasu może nie jest porywającą książką w moim odczuciu, ale ma fantastyczne spojrzenie na ludzkość i kierunek jej rozwoju. Do połowy się wynudziłam, ale potem, gdy autor rozwinął swoją wizję przyszłości na szczęście zrobiło się lepiej.

Książka zaczyna się dość niepozornie, bo od spotkania kilku dżentelmenów przy obiedzie, na który spóźnił się Podróżnik w Czasie. Jako zapalony wyznawca postępu i rozwoju skonstruował maszynę do podróży w czasie chcąc sprawdzić, jak daleko może rozwinąć się gatunek ludzki. Z pierwszej wyprawy wraca mocno rozczarowany, o czym opowiada przyjaciołom przy okazji tłumacząc się, dlaczego się spóźnił. Jego podróż sięgnęła roku 802 701, gdzie zamiast społeczeństwa, które daleko przewyższyłoby obecny zasób wiedzy, jak i znacząco rozwinęło kulturę, zastał ludzi, którzy wręcz cofnęli się do epoki kamienia łupanego. Trafił do świata absolutnego zastoju, stagnacji, gdzie ludzkość żyje sobie beztrosko w pokoju, je tylko roślinki i nie potrafi ani rozpalić ognia, ani napisać własnego imienia. Tych ludzi nasz bohater nazwał Elojami.

Na pociechę jednak pozostały mi te dwa dziwne białe kwiaty - zeschłe już, sczerniałe, zmięte i rozsypujące się w proch; świadczą one, że nawet wtedy, kiedy rozum i siła już znikły, uczucia wdzięczności i tkliwości wzajemnej pozostały w sercu człowieka.

To, co ujrzał Podróżnik w Czasie wstrząsnęło nim do głębi i rozczarowało niepomiernie. Zaczyna snuć domysły, dlaczego doszło do takiego stanu. Stawia trudne pytania i wymyśla coraz to nowsze teorie, które z braku jego wiedzy okazują się ostatecznie błędne. Bardzo podobało mi się to, że Podróżnik w Czasie błądził w tym świecie po omacku razem z nami. Okazuje się, że nie wszystko było takie, jak na pierwszy rzut oka, i w końcu odkrywa drugą, mroczną część społeczeństwa - Morloków.

Ten podział społeczeństwa na dwie "rasy" jest najbardziej fascynującym elementem książki. Zdawałoby się, że Elojowie to wynik pogoni za konsumpcjonizmem. Nie potrafią nic zrobić samodzielnie, są jak bezmyślne dzieci, które boją się agresji. To hedoniści, którzy spędzają czas jedynie na prostej zabawie, którzy nie potrafią niczego stworzyć ani nawet myśleć. Piękni i delikatni, są zupełnym przeciwieństwem Morloków, których autor przedstawia jako wynik klasy robotniczej. Morlokowie to rasa żyjących pod ziemią krwiożerczych drapieżników, zniekształconych, humanoidalnych istot, które w jakimś stopniu zachowały umiejętność posługiwania się techniką. W momencie, w którym na scenę wchodzą Morlokowie, utopijna wizja świata, w którym człowiek osiągnął ostateczną harmonię zostaje zburzona, a czytelnik dowiaduje się, w jak beznadziejny sposób ludzkość dąży do swojego końca.

źródło
Wehikuł czasu skojarzył mi się z budową wiersza, w którym zastosowaną klamrę. Na początku naszego istnienia ludzie żyli w jaskiniach i nie potrafi nawet krzesać ognia, a najbardziej zaawansowaną bronią była maczuga. W roku 802 701, do którego zawędrował Podróżnik w Czasie, wszystko wróciło do tamtych czasów. Można by powiedzieć, że zatoczyliśmy koło. Mimo ogromnego rozwoju technologii, jaki na przestrzeni wieków osiągnęliśmy, jedyną bronią, jaką znajduje nasz bohater jest stara, dobra maczuga. Przeszłość zupełnie odeszła w zapomnienie, czego pomnikiem jest zakurzone muzeum ze zmierzłych czasów. Dochodzenie do wszystkiego od zera? Nie z tą społecznością, do jakiej wyewoluowaliśmy. Niezbyt to optymistyczna wizja, więc Podróżnik w Czasie decyduje się zobaczyć, co będzie dalej. O tym już nie będę pisać, ale dodam, że zakończenie autor pozostawia otwarte, do własnej interpretacji. Czy da się ludzkość jeszcze jakoś uratować? Czy może jesteśmy skazani na zagładę? Odbierzemy książkę całkiem pesymistycznie, czy może zostawimy sobie cień nadziei? Na takie pytania każdy musi już odpowiedzieć sobie sam.



12 czerwca

W walce o sprawiedliwość. "Ostrze zdrajcy" Sebastien de Castell

W walce o sprawiedliwość. "Ostrze zdrajcy" Sebastien de Castell

Znalezienie dobrej książki bywa trudne. Tym razem jednak nie szukałam, a sama wpadła mi ona w ręce. Zaczęło się od tego, że Ostrze Zdrajcy kupiła Kam. Potem w internecie pojawiało się coraz więcej opinii wychwalających tę książkę pod niebiosa, co tylko bardziej mnie nakręcało, a z drugiej strony nie mogłam nie podejść do tego sceptycznie. Jednak kiedy Kam zaczęła czytać i napisała mi, że to chyba faktycznie będzie genialne, wprost nie mogłam się doczekać, gdy książka trafi w moje ręce.

Ostrze Zdrajcy już swoimi pierwszymi stronami pokazuje nam, czego możemy się spodziewać. Przede wszystkim będzie niebezpiecznie, ale i dowcipnie; będzie poważnie i brutalnie, ale z humorem. Dawno już tak nie uśmiałam się przy żadnej książce, jak przy tej. To cudowny poprawiacz humoru, którego siłą są dialogi między bohaterami. A jednocześnie w tle leje się krew. Paradoks, prawda? A może to ja mam skrzywione poczucie humoru. Zacznijmy może jednak od opisu fabuły.

Król nie żyje, a Wielkie Płaszcze zostały rozwiązane. Zamiast podróżować po kraju, by głosić królewskie prawa i wymierzać sprawiedliwość w jego imieniu, Wielkie Płaszcze muszą łapać się każdego nędznego zajęcia, by przeżyć. Nie tak miało wyglądać życie królewskich trybunów, tym bardziej że wszyscy nimi teraz gardzą. Nazywa się ich obdartymi płaszczami, trattari, co jednocześnie uchodzi za największą obelgę, kiedy chcesz obrazić sąsiada. Troje z nich, Falcio, Kest i Brasti, zatrudnili się jako straż przyboczna szlachcica, który wciąż zalega im z wypłatą. Na domiar złego muszą go pilnować podczas jego sypialnianych schadzek. Niestety nie są najlepszą strażą przyboczną, bo ich pan ginie już na pierwszych stronach. Czy mogłoby być gorzej? Cóż... tak.
Jeśli lubicie, gdy bohaterowie mają wciąż i wciąż pod górkę, to ta książka jest dla was. Nasza trójka ciągle wpada w jakieś kłopoty, przy okazji dostając niezłego łupnia. Niewątpliwie głównym bohaterem książki jest Falcio, z którego perspektywy prowadzona jest narracja. To człowiek niezwykle oddany i lojalny królowi nawet po jego śmierci. Gdy ktoś powie choćby jedno złe słowo na jego temat, to jemu zupełnym przypadkiem pojawia się szpada w dłoni. Mimo wszystkich przeciwności losu i tego, że nikt już nie wierzy w Wielkie Płaszcze, to on wciąż próbuje postępować zgodnie z zasadami. Kest to mistrz miecza, którego charakter pokrótce można opisać tak, że gdy stanie przeciwko niemu armia ludzi, którą musi pokonać, to on wyrazi tylko uprzejme zainteresowanie. Jest opanowany do granic możliwości, stoicko spokojny, a jednocześnie lubi testować możliwości swoje i Falcio i sprawdzać, czy przypadkiem przy tym nie zginą. Brasti natomiast nie ma sobie równych w strzelaniu z łuku, ma bardzo luźne podejście do życia i przechwala się na swój temat w mocno przerysowany sposób... szczególnie gdy w zasięgu wzroku jest jakaś niewiasta. Najwięcej czasu antenowego dostał Falcio, przez co pozostałe postacie zostały potraktowane po macoszemu. Liczę jednak na to, że w następnych tomach i pozostali dostaną swoje pięć minut.

Uznałem, że lepiej będzie walczyć z nimi kolejno niż z pięcioma naraz. Prawdopodobnie nie uda mi się na to namówić całej piątki, ale moja niewyparzona gęba wpędziła mnie tyle razy w kłopoty, że wyćwiczyłem się w wywoływaniu entuzjastycznych przepychanek o to, kto pierwszy mi w nią przyłoży

Napisałam o męskich bohaterach książki, ale autor nie pominął też postaci damskich. Kobiety w Ostrzu Zdrajcy mają mocne, silne charaktery, i tak na przykład spotkać możemy okrutną hrabinę, dzielną, rezolutną dziewczynkę czy odważną, lecz nieco zagubioną księżniczkę. Jest też Krawcowa, o której można by napisać osobny akapit. Pisanie o kobietach za bardzo zdradzi fabułę książki, dlatego jedynie napomknę o tym, że są one obecne i nie są biednymi, głupimi idiotkami, które z miejsca chcesz zabić.

Świat, który stworzył autor, jest bardzo brutalny i okrutny. Prawa zwykłego człowieka są ignorowane, a książęta czy król mogą wejść do twojego domu, zabawić się z twoją żoną czy córkami, a potem zostawić cię z mieczem wbitym w brzuch i nikt nie powie słowa. Jesteśmy świadkami bestialstwa, zbędnego okrucieństwa, wyrachowania i przeróżnych potworności, do których dopuszczają się ludzie u władzy. Zdarzają się tutaj mocniejsze opisy, są też sceny seksu, jest dużo walk, zarówno tych przepełnionych finezją, jak i zwykłego mordobicia. I mimo tego, że to powinna być powieść poważna ze względu na to, o czym autor pisze, to ja wciąż i wciąż się przy niej śmiałam. Narracja jest poprowadzona w cudowny sposób, pełen złośliwych uwag i dowcipnych spostrzeżeń. Sami bohaterowie natomiast nadrabiają swoim podejściem życia, autoironią, zgryźliwymi komentarzami pod adresem siebie czy swoich wrogów. Po prostu nie da się z nich nie śmiać albo chociaż nie uśmiechnąć się pod nosem.

Większość strasznych rzeczy, do których dochodzi w tej krainie, nie dzieje się tak naprawdę przez złych ludzi, tylko przez ludzi bezmyślnych

Książka nie nudzi ani przez chwilę. Autor w idealnym tempie ciągnie swoją opowieść, a jego styl pisania jest bardzo lekki i swobodny. Przez Ostrze Zdrajcy idzie się naprawdę szybko i ciężko mi uwierzyć w to, że to był debiut Sebastiena de Castella. Nie ma tu żadnej toporności, żadnego chaosu czy takiego poczucia, że autor nie wie, o czym właściwie chce napisać. Nie — od początku do końca akcja jest przemyślana, są też elementy, które potrafią czytelnika zaskoczyć. Nie dostajemy wszystkich informacji podanych na tacy już na początku lektury, lecz autor stopniowo odkrywa przed nami karty swojej intrygi czy fakty dotyczące bohaterów. Bo o bohaterach też nie wiemy na początku nic. De Castell wrzuca nas po prostu w sam środek ich życia, akurat w momencie, gdy wyjątkowo mocno daje im ono w kość. Czas teraźniejszy autor przeplata retrospekcjami Falcio z okresu, gdy król jeszcze żył, i to też nie wypada w żaden sposób nieporęcznie. Ostrze Zdrajcy nie jest też przepełnione patosem ani śmiertelną powagą, której w fantastyce mnóstwo, ale właśnie jest zupełnie na odwrót, dzięki czemu książka jest bardzo lekka w odbiorze. To świetne fantasy przygodowe, w którym główną rolę odkrywa miecz i szpada, ale w małych ilościach jest też obecna magia.
Jest jednak jedna rzecz, do której muszę się przyczepić, i która nie pozwoliła mi cieszyć się książką w pełni. Autor bowiem tak bardzo wpędza swoich bohaterów w coraz to poważniejsze kłopoty, że wydawałoby się, że są to sytuacje bez wyjścia. A jednak wychodzą cało z każdej opresji. Żyją, kiedy nie powinni przeżyć. Odnoszą rany, owszem, poważne rany, ale nie są w żaden sposób okaleczeni na stałe. Z każdego ambarasu jakoś się uratują, bo zawsze dostaną jakąś niespodziewaną pomoc. Raziło mnie to szczególnie pod koniec książki, bo jak to bywa przy końcówce, to właśnie tam była najbardziej patowa sytuacja. Jest to jedyna wada, która dość skutecznie zepsuła mi wrażenia z książki, ale nie na tyle, by ostudzić moje zachwyty.

Na koniec warto dodać, że Ostrze Zdrajcy to powieść spod znaku płaszcza i spady, i ciężko nie porównywać jej do Muszkieterów. Książka jednak doskonale broni się sama. To kawał świetnej fantastyki, na którą jak najbardziej warto zwrócić uwagę. Ten tom otwiera serię Wielkie Płaszcze, a całość zamyka się w czterech częściach. Ciekawą osobą jest też sam autor. Sebastien de Castell, kanadyjczyk, to z zawodu archeolog, któremu praca przy wykopaliskach szybko się znudziła. Potem próbował swoich sił w wielu zawodach, między innymi jako aktor, muzyk czy choreograf walk. Prawdopodobnie dzięki temu ostatniemu w książce przybliżone są nam nieco techniki walki szpadą. Tak czy inaczej, ja ze swojej strony gorąco polecam Ostrze Zdrajcy i z niecierpliwością czekam na kontynuację.

P.S. Sesja to zło. Zostały mi jeszcze trzy egzaminy. Miałam wrzucić tego posta w sobotę, ale po prostu nie miałam siły, żeby sprawdzić go pod względem gramatyki, poprawić kulawe sformułowania i dodać obrazki i cytaty...




07 czerwca

Superzłoczyńcy opanowali świat. "Stalowe serce" Brandona Sandersona

Superzłoczyńcy opanowali świat. "Stalowe serce" Brandona Sandersona
Wiem, wiem, znowu Sanderson. Co poradzę, że za punkt honoru wzięłam sobie przeczytanie wszystkich jego książek? Brandon może nie jest tak płodnym pisarzem, jak nasz Remigiusz Mróz, ale książek naprodukował się już sporo. I każda stoi na wysokim poziomie... ale nie każda potrafi mnie wciągnąć i absolutnie zachwycić. Książki z Cosmere to u mnie pewnik, pozostałe natomiast oceniam wysoko, ale to już jednak nie to samo. Miałam tak w przypadku Legionu, a teraz mam tak z serią Mściciele. Bo wiecie, to nie jest zła seria. Po prostu jest przeciętna, chociaż wciąż jest bardzo dobrą serią młodzieżową. Przede mną jeszcze jeden, ostatni tom, a dzisiaj będzie o części pierwszej.

Stalowe serce rozpoczyna się wizytą naszego głównego bohatera, Davida Charlestona w banku. Jeszcze młody, bo zaledwie ośmioletni poszedł tam z ojcem akurat wtedy, gdy miejsce to postanowił zaatakować Epik. Nie jest to żadne imię ani ksywa jakiegoś zbira, lecz nazwa, jaką ludzie nadali tym, którzy dziesięć lat temu weszli w posiadanie niezwykłych umiejętności. Supermocy. Jeśli właśnie kojarzycie to z superbohaterami, to bardzo dobrze kombinujecie. Z tym że u Sandersona superbohaterowie nie są superbohaterami, ale raczej superzłoczyńcami. Wraz z niezwykłymi mocami przyszła ogromna żądza władzy... a wszystko to za sprawą Calamity, które dziesięć lat temu pojawiło się na niebie i zmieniło niektórych ludzi w Epików. Właściwa akcja książki rozgrywa się już z osiemnastoletnim Davidem w Chicago, gdzie niewiarygodnie silny Epik zwany Stalowym Sercem sprawuje swoje rządy. Całe miasto za jego sprawą stało się metalowe, nie świeci słońce, a ludzie, którzy nie chcieli mu służyć, zamieszkali kompleks podziemnych tuneli, wykutych w stali. Stalowego Serca nie można go pokonać. Nie można go zabić. Nikt nawet nie próbuje. Oprócz Mścicieli, do których ogarnięty żądzą zemsty David próbuje się przyłączyć.


Od samego początku widać, że autor przede wszystkim stawia tutaj na akcję. Już od pierwszych stron książki coś się dzieje, są pościgi, są brawurowe akcje zabijania Epików, infiltracja bazy wroga, wykradanie istotnych elementów układanki. Nie ma w Stalowym sercu zbędnych dłużyzn i wszystko płynnie idzie do przodu w bardzo szybkim tempie. Tym bardziej że w książce czcionka jest dość duża, przez co całą historię można połknąć nawet w jeden dzień. Kreacja świata nie stoi może na takim poziomie jak w innych dziełach Sandersona, ale z drugiej strony akcja książki dzieje się w naszym świecie, więc tak naprawdę nie ma po co wyjaśniać jego mechanizmów. Jest za to dużo gadania o broni, o technologii, i jak przystało na tajemniczą organizację walczącą ze złymi, podrasowanymi ludźmi, jest też wielkie obmyślanie planu z użyciem zaawansowanych zabawek. Jak pokój, który może przenieść cię w zupełnie inne miejsce i będąc zawieszonym w powietrzu, możesz to miejsce podziwiać. Można w nim też pisać w powietrzu. Bo używanie zwykłej tablicy jest zbyt mainstreamowe.

Bohaterowie, których zawsze ceniłam sobie u Sandersona, tym razem nie są tak fantastycznie wykreowani, jak zawsze. Owszem, są dobrze przedstawieni i każdy z nich ma jakąś swoją "rzecz", ale żaden z nich nie potrafił mnie jakoś szczególnie do siebie przekonać. Wszystkich lubię, ale do żadnego nie zapałałam jakąś większą sympatią. Tym razem nie wnikamy w ich psychikę ani nie wiemy nic o ich przeszłości. Liczy się jedynie teraźniejszość i... akcja. David Charleston jest może trochę zbyt patetyczny a jego "rzecz", która początkowo wywoływała u mnie śmiech albo rozbawienie, w końcu zaczęła mnie drażnić. David bowiem bardzo często wymyśla niestworzone, kompletnie odrealnione metafory i porównania, jak nazwanie dziewczyny, do której próbuje się zalecać kartofelkiem na polu minowym. Dlaczego akurat tak? Sprawdźcie sami, jeśli jesteście ciekawi, powiem tylko tyle, że bardzo przekonująco to uzasadnił. Megan jako jedyna dziewczyna w grupie to twarda babka, dla której pistolety są jak przedłużenie rąk. Abraham to gość od broni, na którym można polegać, a Cody to taki śmieszek, który rozluźniał atmosferę i swoim gadaniem wywoływał w czytelniku uśmiech. Jest jeszcze dowodzący grupą Profesor w czarnym fartuchu laboratoryjnym oraz Tia, naukowiec, który pochłania hektolitry Coca-Coli.

Potęga deprawuje, a potęga absolutna deprawuje całkowicie.

Jak w każdej książce Sandersona tak i w tej musiał jakoś pojawić się temat religii. I to chyba spodobało mi się najbardziej, ponieważ autor wymyślił grupę ludzi, która wierzyła, że dobrzy Epicy jednak istnieją i przyjdą, by im pomóc. Ogromnie podobało mi się też przedstawienie Epików jako ludzi, którym nagła moc i władza pomieszała w głowach sprawiając, że stali się okrutnikami.

Gdybym miała scharakteryzować Stalowe serce w jednym słowie, to powiedziałabym, że to książka bardzo filmowa. Jest idealna do ekranizacji, szczególnie teraz, kiedy filmy Marvela czy DC Comics cieszą się niesłabnącą popularnością. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że Mściciele to taka odpowiedź autora na wszechobecnych superbohaterów, którymi koniecznie muszą kierować szlachetne pobudki. Jak zwykle miał bardzo oryginalny pomysł, a i wykonanie jest porządne. Próbował nawet wzorem Marvela unaukowić zabiegi, które zastosował w książce. Napięcie jest stopniowo budowane, aż w końcu dochodzimy do punktu kulminacyjnego i efektywnej, dobrze opisanej walki, która wspaniale wyglądałaby na dużym ekranie. Jest nawet porządny plot twist. Niemniej jednak Stalowe serce to taki średniaczek. Dobre do poczytania, idzie łatwo, szybko i przyjemnie, zapewni świetną rozrywkę, ale czegoś zabrakło. Ma brawurową akcją i nawet wątek romansowy, ale nie potrafił jakoś mnie porwać i sprawić, że nie mogłabym się od tego oderwać. Myślę, że po prostu nie przemówiło do mnie to, że całość opiera się na akcji, bez jakiegoś porządnego wniknięcia w świat czy w bohaterów.


Rzecz jasna Stalowe serce to nie tylko wady, bo książka ma też swoje plusy. Przede wszystkim niezwykle oryginalny jest pomysł na świat i na Epików, z ich supermocami i słabościami, które mogą ich pokonać. Wspominałam już, że bardzo podobała mi się tutejsza religia, ale też bardzo przemawia do mnie zwrot „Bohaterowie przyjdą… może tylko będziemy musieli trochę im pomóc". To tak cudownie pokazuje, że nie można siedzieć bezczynnie jak księżniczka w wieży i czekać na cud, tylko trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i pomóc własnemu losowi. Ogromnie podoba mi się też to, nawet jeśli to młodzieżówka, to tylko dwoje z sześciu bohaterów jest nastolatkami. To takie fajne w porównaniu z na przykład Szóstką Wron, gdzie bohaterowie byli dziećmi, ale próbowali zachowywać się jak dorośli i momentami wychodziło to śmiesznie. Ogólnie książka jest bardzo przyjemna w odbiorze i idealna jako lżejsza pozycja pomiędzy bardziej wymagającymi tytułami. Świetnie mi się ją czytało, ale nie ciągnęło mnie do niej specjalnie, gdy już ją odłożyłam na półkę. Trzeci tom wciąż czeka, a mi się do niego zwyczajnie nie śpieszy.

Komu więc mogę polecić Stalowe serce? Szczególnie fanom marvelowskiego świata i akcji. Fani Sandersona i tak w końcu na te książki trafią. Ja natomiast z ogromną niecierpliwością czekam na ekranizacje. Ja jestem fanką Marvela i z przyjemnością je obejrzę. Spodziewam się też, że filmy okażą się lepsze od książki, bo to po prostu taka seria, której odbiór będzie przyjemniejszy z tymi wszystkimi efektami specjalnymi na ekranie.




04 czerwca

Książkowy maj, czyli podsumowanie miesiąca

Książkowy maj, czyli podsumowanie miesiąca
Maj mi się strasznie dłużył. Koniec roku akademickiego się zbliża, zaczęły się więc wszelkie egzaminy i kolokwia, a w czerwcu będzie ich jeszcze więcej. Szczerze mówiąc, to najchętniej rzuciłabym te studia w diabły, ale jeśli teraz nie zrobię magisterki, to później tym bardziej nie. Ech, problemy...

Przejdźmy może do lepszego tematu, czyli do książek! W czerwcu nie mam zbyt wielu nowości na oku i łudzę się, że może mój portfel trochę odpocznie, bo ostatnio wpadłam w jakiś zakupowy nałóg, jeśli chodzi o książki. Stos nieprzeczytanych zbiera się coraz większy, a ja tylko dokupuje... Zazwyczaj starałam się ograniczać zakupy, dopóki nie przeczytałam zaległych książek z półki, ale ostatnio mi to nie idzie.

Próbuję też zdać prawo jazdy. Jestem jedną z tych osób, które nie rzuciły się na prawko zaraz po skończeniu osiemnastki, i teraz bujam się z tym na studiach. Nie żałuję, że wcześniej tego nie zrobiłam, musiałam do tej decyzji dorosnąć. I tak sądzę, że będę kiepskim kierowcą, bo strasznie roztrzepana i niepewna ze mnie osoba. Kurs mam już zrobiony, teraz tylko egzaminy... Żeby się odpowiednio zmotywować obiecałam sobie, że kiedy zdam, kupię Drogę Królów Brandona Sandersona po angielsku w twardej oprawie. Taka przyjemność kosztuje 150 zł. Auć. Swoją drogą znacie jakieś fajne sklepy z zagranicznymi książkami? Mnie najlepszy wydaje się Book Depository, bo ma darmową dostawę, ale dajcie znać, jeśli wiecie o czymś tańszym :)

Targi Książki


W maju największym czytelniczym wydarzeniem były Targi Książki. Nie zabrakło tam i nas, chociaż byłyśmy tylko w sobotę. Jak zwykle targowy tłum wyssał ze mnie wszelką energię i już po trzech godzinach miałam dość. Zawinęłyśmy się do domu, mimo że miałam czekać na Roberta M. Wegnera i zdobyć jego autograf. Nie miałam jednak już siły na to. Byłyśmy za to u Davida Lagercrantza, kontynuatora serii Millenium. Szczerze mówiąc, to spodziewałam się tłumu przez to, jak bardzo popularna jest ta seria, ale sala była zapełniona chyba tylko w połowie. Zdobycie autografu zajęło parę minut, a sam autor okazał się bardzo miłym, sympatycznym i inteligentnym człowiekiem. Po spotkaniu z nim poszłyśmy do Olgi Gromyko po autograf, ale jak zobaczyłam wcale nie taką krótką kolejkę, to odpuściłam. Potem i tak zdobyłam ten autograf, bo jakiś czas później usiadłyśmy, żeby coś zjeść akurat przy stoisku wydawnictwa i Kam mi zwróciła uwagę, że kolejki prawie już nie ma, więc czemu by nie skorzystać z okazji?

Jeśli chodzi o targowe zdobycze, to kupiłyśmy niewiele. Na targach zawsze mi szkoda kasy, bo te same książki mogę kupić w sklepie internetowym taniej, a na targach nigdy nie ma jakiś konkretnych promocji. Zaopatrzyłam się więc tylko w nowość od SQN autorstwa Tomasza Marchewki pt. Wszyscy patrzyli, nikt nie widział, oraz dwie zakładki od Epic Page. Książkę mam już za sobą i mogłam wydać te 30 zł na coś innego, ale złapałam się na tekst "scenarzysta od Wiedźmina wydaje książkę!!! Fani Wiedźmina, róbcie miejsce na półkach!!11!". Kam z kolei brała tylko książkowe gadżety, czyli dwie fajne podstawki pod kubek z Sherlockiem, torbę z Sherlockiem i dwie zakładeczki od Epic Page. Nie zgadniecie, ale jedna przedstawia Sherlocka!

Blogowe zmiany w obsadzie

Napisałam zmiany, ale to nie będzie taka wielka zmiana, ponieważ od teraz oficjalnie bloga prowadzić będzie tylko jedna osoba. Kam od początku nie bardzo była chętna do tego przedsięwzięcia i bardzo rzadko coś publikowała, ale zgodziła się, by zachęcić mnie do pisania o książkach. To się akurat udało :) Bardzo dziękuję za próbę prowadzenia bloga razem ze mną :*

Opublikowane teksty


Garść statystyk

Wyświetlenia: 5898 (było 4496)
Liczba obserwatorów: 63 (było 50)
Liczba obserwatorów na facebooku: 36 (było 25)
Liczba obserwatorów na instagramie: 103 (było 59)

Co przeczytałam?

  • Wszyscy patrzyli, nikt nie widział Tomasz Marchewka
  • Stalowe Serce Brandon Sanderson
  • Pożar Brandon Sanderson
  • Nowy wspaniały świat Aldous Huxley
  • Czarnoksiężnik z Archipelagu Ursula LeGuin
Mój majowy czytelniczy wynik jest raczej przeciętny. Trzymam normę. Nie trafiłam na nic szczególnie złego, chociaż Wszyscy patrzyli, nikt nie widział Tomasza Marchewki zawiodło mnie i oceniam książkę słabo. Dałam jednak radę przeczytać ją do końca, więc nie było znowu tak fatalnie. W maju swoje miejsce jak zwykle miał też Sanderson, bo przeczytałam dwie pierwsze części jego młodzieżowej serii. Tekst o Stalowym sercu pojawi się wkrótce, a Pożar będzie wtedy, jak stworzę kilka postów pomiędzy, żeby nie było tutaj ciągle Sandersona :) Seria jest przeciętna, ale miło się ją czyta. Dalej jest Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya, którego większość przeczytałam jeszcze w kwietniu. Słabsze to było od takiego Roku 1984, ale dawało do myślenia szczególnie w kwestii konsumpcjonizmu i nadmiernego postępu. Moja ostatnia książka to audiobook Ursuli LeGuin. Od dawna chciałam zacząć przygodę z jej twórczością, a kiedy stwierdziłam, że spróbuje książek słuchać, to padło na Czarnoksiężnika z Archipelagu. To jest cudo, absolutne cudo, jestem tą książką totalnie zachwycona. Sama idea audiobooka też bardzo mi przypadła do gustu, bo jadąc pociągiem do pracy często śpię, a gdy ktoś mi czyta wtedy książkę, to przynajmniej nie tracę czasu.

Stosik


W tym miesiącu kupiłam tylko jedną książkę. Sukces! Jestem z siebie taka dumna. Mowa o Marchewce, o którym już tutaj wspominałam. Pozostałe dwie książki to mój prezent urodzinowy. Z Kronikami Belorskimi od dawna chciałam się poznać, bo słyszałam, że to fajna i przyjemna seria. Od razu na targach zdobyłam autograf autorki, tak na wszelki wypadek, bo gdyby mi się naprawdę spodobało, to strasznie bym żałowała, że tego nie zrobiłam. Miecze cesarza to pierwszy tom Kronik Nieciosanego Dworu i jestem tej książki szalenie ciekawa, bo zapowiada się świetna, brutalna seria fantasy. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie :) Zakładnik Borkowskiego to moja pierwsza książka wygrana w konkursie. Nie bardzo lubię się z kryminałami, więc pójdzie na wymianę z Kam. W maju wygrałam też jeszcze jedną książkę na instagramowym rozdaniu, ale nie mam pojęcia jaką, bo to książka niespodzianka i jeszcze do mnie nie doszła.


Ten drugi stosik to książki z tajemniczego, zapomnianego miejsca zwanego biblioteką. Ostatni raz w bibliotece byłam... em... w zeszłym roku?... Albo jeszcze dalej... W każdym razie dawno. Mam nadzieję, że znów uda mi się ją włączyć do moich czytelniczych planów i podratuję tym trochę kieszeń. Teraz próbuje uzupełniać braki w edukacji i ogólnie zainteresować się czymś innym niż fantastyka, więc wypożyczyłam aż dwie książki Johna Steinbecka. Pierwsza to Tortilla Flat, a druga Kasztanek. Perła. Nie ukrywam, że przy wyborze lektur kierowałam się ich objętością... Dalej jest Wehikuł czasu Herberta G. Wellsa, którą to książeczkę właśnie czytam. Ostatnia pozycja to pierwsza część cyklu esejów historycznych Pawła Jasienicy. Już od jakiegoś czasu chodziło za mną, by zainteresować się bardziej historią własnego kraju, której właściwie w ogóle nie znam. Paweł Jasienica podobno przybliża historię w bardzo przystępny sposób, więc na spróbowanie wzięłam Polskę Piastów. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie :)

***

To już koniec mojego podsumowania miesiąca. Gratuluję wszystkim, którzy dobrnęli do jego końca :) A jak tam wasz czytelniczy maj?

01 czerwca

Powrót do przeszłości, czyli książki mojego dzieciństwa

Powrót do przeszłości, czyli książki mojego dzieciństwa

Dzisiaj uraczę Was czymś innym, bo postem specjalnym na Dzień Dziecka. Myślałam o tym, żeby zaproponować kilka fajnych książek do czytania dla młodzieży, ale zamiast tego postanowiłam jednak iść w inną stronę i pokazać wam serie, w których ja zaczytywałam się za młodu. A jako że jestem dziwnym człowiekiem, który od dziecka pochłaniał tylko i wyłącznie fantastykę, to z góry zastrzegam, że nie ma tutaj nic innego. Lubię mówić, że wychowały mnie trolle i hobbici :)

Wybrane książki to oczywiście nie wszystko, co czytałam gdy smarkaczem byłam, lecz jedynie te, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Będą to książki tylko i wyłącznie z okresu podstawówki. Pierwotnie miałam dać jeszcze kilka fajnych serii, które czytałam w gimnazjum, ale gdy wypisałam tylko te z podstawówki i popatrzyłam na długość posta, zrezygnowałam. Napiszę Wam o nich innym razem :) Tworzenie tego wpisu zajęło mi mnóstwo czasu, ale miałam z tego ogromną frajdę i poczułam straszną nostalgię. Czuję się taka stara.

Drogie dzieci! Bez różnicy, czy jesteście dziećmi wiekiem, czy też duszą, z okazji waszego święta życzę wam wszystkiego najlepszego :)

  Hobbit, R. R. Tolkien


"Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad."
 
Cała moja świadoma przygoda z fantastyką zaczęła się od wepchnięcia mi w ręce przez brata Hobbita R. R. Tolkiena. Byłam nim tak zachwycona i zafascynowana, że przez wiele dni męczyłam tą książką swoje otoczenie, a nawet powypisywałam z niej zagadki i próbowałam je zadawać. Niestety, nikt nie znał odpowiedzi i raczej dostawałam tylko bardzo dziwne spojrzenia z gatunku tych "a poza tym to w domu wszyscy zdrowi?". Pełny tytuł książki brzmi Hobbit, czyli tam i z powrotem. Jest to pełna przygód i niebezpieczeństw opowieść o hobbicie, który wraz z trzynastoma krasnoludami i jednym czarodziejem wyruszył na wyprawę, by odzyskać krasnoludzkie skarby zawłaszczone przez smoka. Podejrzewam, że wszyscy znają tę historię, albo chociaż o niej słyszeli :)

  Władca Pierścieni, R. R. Tolkien 

  
"Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A niejeden z tych, którzy umierają zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Nie bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci, nawet bowiem najmądrzejszy nie wszystko wie."
 
Władcę Pierścieni czytałam już po obejrzeniu filmów, i to właśnie ich wpływ natchnął mnie do przeczytania książek. W każdym innym przypadku powiem, że to książka stoi ponad filmem, ale tutaj to właśnie filmy bardziej do mnie przemówiły, niż książki. Kocham te ekranizacje i oglądam je średnio raz w roku. Moją ulubioną postacią jest Aragorn, szczególnie ten filmowy, ekchem... Wcale nie ma na to wpływu aktor. W ogóle.

Zarówno Władca Pierścieni, jak i Hobbit to klasyka fantastyki. Nie żebym o tym wiedziała, kiedy te książki czytałam - po prostu robiłam to, bo urzekł mnie świat, nowe rasy i sama historia.

Opowieści z Narnii, C.S. Lewis 


"Wcale nie jestem pewien, czy chciałbym żyć i żyć bez końca. Wszyscy, których znam umrą, a ja miałbym żyć sam? To bez sensu. Wolę przeżyć tyle co inni, umrzeć i pójść do nieba."

Moja przygoda z Narnią zaczęła się od szkolnej lektury. To jedyny taki przypadek, i dlatego tym bardziej zasługuje na wyróżnienie. Lew, czarownica i stara szafa podbiło moje serce od samego początku. Ach, jakże żałowałam, że sama nie mam w szafie przejścia do Narnii! Stworzony przez Lewisa świat jest przecudowny, pełen magii, ciepła i uroku. Po latach dowiedziałam się, że pełno u niego nawiązań do chrześcijaństwa, czego nie zauważyłam, czytając jako dziecko. To książki, które chciałabym przeczytać jeszcze raz, nie tyle po to, żeby je sobie odświeżyć, ale bardziej by sprawdzić, jakie wrażenie wywrą na mnie teraz, kiedy jestem już dorosła. Gdy byłam dzieckiem przeżywałam mocno przygody bohaterów, a moimi ulubionymi historiami były Srebrne krzesło oraz Koń i jego chłopiec. Pożerałam książki jedna za drugą, a gdy dobrnęłam już do końca, świat Narnii żegnałam we łzach. Jeśli jeszcze nie czytaliście, to naprawdę warto to sobie nadrobić. 

 Cykl o Kedrigernie Johna Morressy


"W drzwiach stanęła Śmierć z nastawioną kosą. Wyglądała bardzo profesjonalnie."
  
Zabawne, lekkie i humorystyczne opowieści o czarodzieju Kedrigernie to już moje biblioteczne odkrycie. Cały cykl składa się na pięć tomów i jeden zbiór opowiadań. Pierwszy tom opowiada o tym, jak to Kedrigern, mistrz czarów i spec od przeciwzaklęć odchodzi z Gildii Czarodziejów, bo ci weszli w konszachty z alchemikami, i wybiera samotne życie, chcąc je poświęcić studiom i kontemplacjom. Niestety szybko się przekonuje, że samotne życie jednak nie jest dla niego, a troll Ciapek to kiepskie towarzystwo, toteż postanawia znaleźć sobie żonę. Kolejne tomy to kolejne przygody Kedrigerna, a całość bardzo miło wspominam, choć już zupełnie nie pamiętam, co się tam działo. Pamiętam jednak, że po kolejne tomy pędem leciałam do biblioteki, przekonana humorem, magią i przygodą. To nie są wymagające książki, raczej z gatunku tych do poczytania dla odstresowania. Jak tak teraz o tym myślę, to humor i abstrakcja przypominają mi Pratchetta. Warto też wspomnieć, że Cykl o Kedrigernie wchodzi w kanon fantastyki Andrzeja Sapkowskiego.

 Cykl Legenda Drizzta, R. A. Salvatore


"- Pozwól mi zacząć znowu - powiedział Drizzt. - Witaj, Akarze Kessellu. - Skłonił się nisko. - Jestem Drizzt Do'Urden, pogranicznik Gwaerona Windstroma, strażnik Doliny Lodowego Wichru. Przyszedłem, aby cię zabić."
 
Z góry zaznaczę, że nie czytałam wszystkiego. W Polsce wydanych jest obecnie 17 tomów, a jest ich więcej, i wciąż powstają. Niezły tasiemiec, prawda? R. A. Salvatore wykreował w swojej serii jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w fantastyce, mrocznego elfa, Drizzta Do'Urdena. Drizzt to postać z typu tych, którym w końcu zawsze wszystko wyjdzie i umieranie generalnie się ich nie ima. Mimo wszystko to bardzo fajna postać, pełna wewnętrznych rozterek, zasad i szlachetności. To mroczny elf, ale wyrzutek wśród swojej społeczności, bo jest dobry i żyje na powierzchni. Seria o Drizzcie to heroic fantasy, możemy więc poczytać o dużej ilości walk, czy to ze smokami, innymi elfami, orkami czy co tam sobie zamarzycie. Konstrukcja fabuły jest bardzo prosta, i generalnie sprowadza się do machania mieczem, sejmitarem albo toporem, z mniejszymi lub większymi dramatami w tle. Ogólnie bardzo miło wspominam tę serię, szczególnie Drizzta, którego w młodości kochałam. Uwielbiałam też krasnoluda Bruenora za jego cięty język, i przekomarzanki między tą dwójką. Najbardziej podobała mi się Trylogia Mrocznego Elfa, opowiadająca o dzieciństwie Drizzta. Miała w sobie ten mroczny, ciężki klimacik.

Seria Dragonlance, Margaret Weis, Tracy Hickman 

  
(...) Postanowiłem wrócić - odpowiedział kender. Nie spojrzał na maga, lecz nadal wpatrywał się w puste niebo. - Złożyłem obietnicę. Nigdy przedtem się nad tym nie zastanawiałem, ale obietnica to nie jest coś, co składa się ustami. Składa się ją w sercu. Jeśli ktoś łamie obietnicę, w jego sercu pojawia się szczelina, aż wreszcie całe robi się popękane. Myślę, że już lepiej jest dać się rozdeptać olbrzymowi.
 
Moi mili, smoki. Tu były smoki. Mnóstwo smoków. I elfów, półelfów, krasnoludów, szkrzatów, barbarzyńców, wojowników, rycerzy... No i magia! Wyprawy! High fantasy jak się patrzy. Dragonlance to bardzo obszerna seria książek, którą zapoczątkowali M. Weis i T. Hickman, ale tworzyli do niej też inni autorzy. Niestety w tym przypadku też już niewiele pamiętam odnośnie fabuły, poza tym, że w pierwszym tomie bohaterowie spotkali się w tawernie. Od razu poznaliśmy całą drużynę i z miejsca zostałam zarzucona różnymi rasami, nowym światem i świetnymi postaciami (Raistlin! Tasslehoff!). Słowem, esencja fantastyki, którą tak kocham. Byłam serią zauroczona i strasznie cierpiałam, że w bibliotece nie było więcej tomów. Dragonlance to wspaniałe, heroiczne przygody, przyjaźń, zło, które trzeba pokonać, mnóstwo akcji i magicznych stworzeń. W chwili obecnej przypomina mi to taką sesję Dungeons & Dragons na kartkach książki, przepiękną sesję RPG, którą sama chciałabym przeżyć. W tym przypadku też jestem ciekawa, jak odebrałabym te książki dzisiaj.

Cykl Belgariada i Malloreon Davida Eddingsa

 
"- Azaliż świadom jesteś, Belgaracie, naszego nieszczęścia? Zaiste, w trudnej chwili zwracamy się do ciebie po radę.
- Cho-Hagu - zirytował się Wilk. - Mówisz, jakbyś czytał marny arendzki epos. Czy te zaisty i azaliże są naprawdę konieczne?
Cho-Hag spojrzał z zakłopotaniem na Anhega.
- Moja wina, Belgaracie - wyjaśnił z żalem Anheg. - Wyznaczyłem skrybów, by zapisali przebieg naszego spotkania. Cho-Hag przemawiał do historii, nie tylko do ciebie. - Korona króla zsunęła się trochę i zawisła niebezpiecznie nad uchem.
- Historia jest bardzo tolerancyjna, Anhegu - odparł Wilk. - Nie musisz wywierać na niej wrażenia. I tak zapomni większą część tego, co mówimy."

To moja miłość. Pokochałam tę serię tak bardzo, że czytałam ją na komputerze, bo w bibliotece nie było dalszych tomów. Przede wszystkim cenię ją za humor, który jest absolutnie przewspaniały, za bohaterów, których jest mnóstwo, i którzy rzucają celnymi, ciętymi uwagami, którzy droczą się ze sobą i kpią z samych siebie. Belgariada to pięć tomów cudownej przygody Gariona, chłopca, który wychował się na wsi, a którego czeka wielkie przeznaczenie. Obecna jest magia, czarodzieje, różnorodność nie rasowa, lecz kulturowa, bowiem w książce jest kilka państw, które słyną z czegoś innego. I tak na przykład Drasanie to chytrzy i przebiegli ludzie, a zarazem doskonali szpiedzy, Cherecy to wielcy wojownicy stworzeni na wzór wikingów, Algarowie to mistrzowie koni, Sendarzy to poczciwi farmerzy, a Rivanie znani są jako oschli i surowi mieszkańcy wyspy. Ta grupa razem tworzy Alornów, lecz są też i inni: fanatyczni religijnie Ulgosi czy odważni, romantyczni i beznadziejnie głupi Arendowie i Mimbraci. A to jeszcze nie wszystko! Z bohaterów najbardziej kocham Silka, wędrownego akrobatę, szpiega i ironicznego Drasanina w jednym. Jego znakiem rozpoznawczym jest długi nos, z którego zresztą jego przyjaciele często sobie żartują. W książkach dużą rolę odgrywają bogowie, a jednego z nich (tego złego) nasza drużyna będzie musiała pokonać. Tak, moi drodzy, tutaj też osią fabuły jest wyprawa. Kontynuacją Belgariady jest Malloreon, który dzieje się jakiś czas później i też zawiera w sobie pięć tomów. Wiecie co, chyba muszę o tej serii napisać oddzielny post, bo tyle bym chciała Wam przekazać, że naprawdę nie pasuje to do formy tego wpisu. Dodam, że to również kanon Sapkowskiego. Polecam, polecam gorąco, język jest prosty i lekki, w ogóle cały cykl jest bardzo lekki w odbiorze, po prostu czytajcie to!

Harry Potter, J.K. Rowling

 
"Ja nie szukam żadnych kłopotów. To kłopoty zwykle znajdują mnie."

Tutaj chyba nie muszę wiele mówić. Kto z nas nie kocha Pottera i nie czeka wciąż na list z Hogwartu? :) Moja przygoda z młodym czarodziejem zaczęła się od dwóch pierwszych filmów. Za najlepsze części uznaje Więźnia Azkabanu i Zakon Feniksa i dalej ubolewam nad tym, że Syriusz wpadł za zasłonę. Spędziłam godziny, ba, dni, czytając przeróżne fanfiction do Pottera, czy to jakieś marne, blogaskowe wypociny, czy też świetne opowiadania. Marzę o tym, by Rowling napisała coś o Huncwotach, ale to pewnie nie nastąpi, więc trzeba się pocieszyć Fantastycznymi Zwierzętami. Bardzo podobają mi się nowe wydania z ilustracjami, i dlatego też obrazek otwierający część o Potterze pochodzi z książek ilustrowanych przez Jima Kaya. Jeszcze nie mam tych wydań, ale planuję je w najbliższej przyszłości kupić choćby po to, by pogapić się na te cudne ilustracje.

Harry Potter jest świetną serią do czytania w młodości, ale chociaż mam do niej duży sentyment, to zdaje sobie sprawę, że nie jest pozbawiony wad i na pewno nie znajduję w topce moich najlepszych książek. Mimo wszystko naprawdę go lubię i chętnie jeszcze raz wrócę do Hogwartu :)

Księgi Nomów, Terry Prachett

"Sam się przekonasz, że najważniejszą cechą przywódcy nie jest to, czy ma rację, czy się myli, ale to, czy jest pewien swego. Inaczej ci, którym przewodzisz, nie będą wiedzieli, co myśleć. Naturalnie, jeśli ma się przy tym rację, to wybitnie pomaga."

Teraz będzie trochę mojego ukochanego Pratchetta. Nie pamiętam dokładnie, od jakiej książki zaczęła się moja przygoda z nim, ale tutaj zacznijmy od Ksiąg Nomów. Nomy to maleńkie, pulchne ludziki o wzroście dziesięciu centymetrów, które zupełnie niezauważone żyją sobie obok nas. Za swój nomi raj uznają Sklep, który w swej łaskawości ofiarował im Arnold Bros w 1903 roku. Do tego właśnie miejsca trafia Masklin wraz ze swoją gromadką, którzy zmęczeni życiem w ciągłej niepewności, czy coś ich zaraz nie rozjedzie na ulicy, decydują się na przerażającą podróż ciężarówką w nieznane. Problem tkwi w tym, że nomia Ziemia Obiecana ma zostać zamknięta i zburzona, a przerażone życiem poza Sklepem ludziki w końcu będą musiały go opuścić.

Księgi Nomów składają się na trzy części, a każda jest przesycona tym, co u Prachetta najlepsze: dowcipem, ironią i błyskotliwym spojrzeniem na rzeczywistość. Księgi Nomów dedykowane są dla młodszego czytelnika, i jak teraz patrzę, zostały wydane w jednym, zbiorczym tomie. Z ogromną nostalgią wspominam Księgi Nomów i na pewno będę próbowała je wepchnąć w ręce moim chrześniakom.

Johnny Maxwell, Terry Pratchett


"Ze wszystkich sił we wszechświecie najtrudniej jest przezwyciężyć siłę przyzwyczajenia. Siła przyciągania to przy niej pryszcz."

Seria o Johnnym Maxwellu to trzy książki które łączy osoba głównego bohatera. Johnny ma dwanaście lat i spotykają go dziwne rzeczy. Na przykład w części pierwszej dostaje grę komputerową Tylko ty możesz uratować ludzkość, w której za pomocą joysticka powinien roznieść obcych w drobny puch. Ale kiedy już ma to zrobić, obcy się poddają, chociaż gra nie dopuszcza takiej możliwości. Gdy Johnny akceptuje kapitulację, w snach sam przenosi się do gry. W części drugiej Johnny i zmarli nasz bohater prowadzi dysputy z duchami na lokalnym cmentarzu i próbuje im pomóc, gdy cmentarz jest zagrożony. Cześć trzecia, Johnny i Bomba opowiada historię o tym, jak to Johnny znajduje w zaułku nieprzytomną panią Tachyon, której wózek w rzeczywistości jest maszyną do podróży w czasie. Tym razem również całość została wydana w jednym tomie pt. Opowieści o Johnnym Maxwellu. To też książki dedykowane dla młodszych, nawet bardziej, niż Księgi Nomów.

Świat Dysku, Terry Pratchett


"Wiesz co jest największą tragedią tego świata? Ludzie, którzy nigdy nie odkryli, co naprawdę chcą robić i do czego mają zdolności. Synowie, którzy zostają kowalami, bo ich ojcowie byli kowalami. Ludzie, którzy mogliby fantastycznie grać na flecie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żadnego instrumentu muzycznego, więc zostają oraczami. Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć."

Książki ze Świata Dysku to obszerna seria fantasy, której akcja rozgrywa się właśnie na Dysku. Trzeba wspomnieć, że Dysk spoczywa na grzbietach czterech słoni, które stoją na skorupie wielkiego A'Tuina, żółwia płynącego przez Wszechświat. Kocham ten cykl i bardzo ubolewam nad tym, że więcej książek już nie będzie. Znajdziemy tutaj mnóstwo humoru, ciętych, celnych uwag dotyczących życia, które autor przemyca nam wśród morza absurdu i inteligentnych dowcipów. Pratchett porusza różne tematy, takie jak religia, tolerancja czy władza, a im dalej w jego książki, tym bardziej poważne się one stają. Początkowe pozycje ze Świata Dysku to lekkie parodie okraszone pratchettowskim dowcipem. Książki z tej serii właściwie można podzielić na cykle na podstawie tego, o jakich bohaterach opowiadają. Moim ulubionym jest seria o Straży z kapitanem Vimesem na czele, który potrzebuje paru drinków, by w ogóle stać się trzeźwym. Poza nim znajdziemy też cykl o Wiedźmach, Śmierci, Rincewindzie, Tiffany Obolałej czy o Moist von Lipwigu. Zainteresowanych odsyłam do mapki, która bardzo przystępnie wskazuje porządek czytania.

***

To już wszystkie książki, które pamiętam z okresu podstawówki. Mam nadzieję, że ten przydługi post was nie zanudził i jestem bardzo ciekawa, czy sami coś z tego czytaliście. Pierwotnie miałam po prostu zrobić przegląd po seriach fantasy, ale skoro już wsadziłam te wszystkie książki tutaj, to tam sobie daruję. Niemniej jednak taki przegląd też mam w planach, chociaż raczej dalszych :)

21 maja

Wrony znowu w akcji. "Królestwo Kanciarzy" Leigh Bardugo

Wrony znowu w akcji. "Królestwo Kanciarzy" Leigh Bardugo
Szóstka Wron miała w sobie mnóstwo głupotek, ale zasadniczo podobała mi się i była fajnym odmóżdżaczem. Zachęcona opiniami, że drugi tom jest o niebo lepszy, z ochotą wypatrywałam jego premiery. Niestety Królestwo Kanciarzy w moich oczach okazało się słabsze od części pierwszej. Nie czytało mi się go tak dobrze, jak Szóstki Wron, nie wciągnęło mnie, a wręcz odnosiłam wrażenie, że ta kontynuacja powstała jakby na siłę.

Zacznijmy od informacji najważniejszej, czyli od tego, że Królestwo Kanciarzy to młodzieżówka. W takich seriach nie znajdzie się skomplikowanej fabuły i intelektualnych doznań (oczywiście generalizuję), a im człowiek starszy, tym bardziej patrzy na takie serie z góry. Owszem, trafiają się fajne powieści skierowane do młodzieżowy, które spodobają się nawet dorosłym, ale myślę, że są to wyjątki. Jak jest z najnowszą serią Leigh Bardugo? Pierwszy tom sprawił mi mnóstwo frajdy mimo sporej liczby fragmentów, od których bolało mnie czoło przez nieustanne facepalmy. Drugi tom mnie zawiódł pod względem akcji, i spokojnie mogłabym go ominąć. Nie wiem, czy nagle zmieniły mi się gusta, że czuję tak dużą różnicę między tymi tomami, czy on naprawdę był taki nijaki. Niemniej jednak na pewno nie jest to seria, która spodoba się każdemu niezależnie od wieku. 

Królestwo Kanciarzy kontynuuje urwany wątek z poprzedniego tomu. Nie ma pomiędzy nimi żadnej przerwy, autorka po prostu podejmuje opowieść dalej. Ze względu na spoilery, nie mogę opowiedzieć nic o fabule, ale jest ona utrzymana w podobnym tonie, co część pierwsza. Kaz ze swoją drużyną znów będzie kombinował, jak tu zdobyć pieniądze, i używał w tym celu bardzo nieczystych zagrań. Tym razem jednak ekipa nie skupia się na jednym zadaniu, lecz na kilku pomniejszych.

I tu się mylisz, ja nie żywię uraz. Ja na nie chucham i dmucham. Ja je hołubię. Karmię je najsmakowitszymi kąskami i posyłam do najlepszych szkół. Ja swoje urazy pielęgnuję.

Przechodząc do tematu swoich wrażeń z książki, to przede wszystkim w Królestwie Kanciarzy nie czuć było tych emocji, co poprzednio. Wcześniej byłam szczerze zainteresowana tym, co stanie się z bohaterami, czułam, że są zapędzeni w kozi róg i zastanawiałam się, jak z tego wybrną. Akcja była dobrze poprowadzona i pomijając końcówkę, która otwierała drogę do kontynuacji, książka była zamkniętą całością. W Królestwie Kanciarzy dzieje się dużo, a przed bohaterami co rusz wyrastają nowe bariery do pokonania. Mimo tego nie czułam żadnego napięcia, bo przecież Kaz magicznie znajdzie rozwiązanie na każdy problem. I to jest właśnie jeden z poważniejszych błędów serii: bohaterom zbyt łatwo wszystko idzie.

O ile Szóstka Wron skupiała się na jednym problemie (włamaniu i wydostaniu z więzienia Kuweja), to w Królestwie Kanciarzy ciągle pojawia się coś nowego. Miałam wrażenie, że kolejne przeszkody pojawiają się tylko po to, by wydłużyć książkę i niby rzucić czytelnika w wir akcji. Ja natomiast, zamiast pochłaniać to z wypiekami na twarzy, czułam się znudzona, zupełnie nie potrafiąc zaangażować się w to, co czytam.


W tym tomie sporo miejsca dostaje Wylan, który wcześniej robił jedynie za tło. Bardzo polubiłam tego bohatera i byłam szczerze ucieszona, gdy znalazłam tutaj rozdziały poświęcone akurat jemu. Podobał mi się wątek jego rodzinnych problemów i uważam go za najciekawszą postać ze wszystkich Wron. Duży plus idzie też za Jespera i jego ojca. Z kolei sam wątek romansowy Wylana i Jespera uważam za zupełnie nieudany. Nie mam nic do homoseksualistów i lubię o nich czytać, ale ich związek był strasznie płytki, i chociaż mieli się ku sobie od samych początków, autorka praktycznie w ogóle nie wnikała w ich sferę uczuć, jakby się bała to zrobić, bo to geje. Na tym polu o wiele wypada związek Mathiasa i Niny, który pełen jest przekomarzań, podtekstów, wzajemnych docinków i uczuć.

A teraz zaserwuję wam być może taki delikatny spoiler, ale zwyczajnie muszę o tym napisać. Chodzi mi o końcówkę, a mianowicie o to, co stało się z jednym z bohaterów. Wzbudziło to we mnie ogromny niesmak, bo autorka zupełnie z czapy wyskoczyła z takim rozwiązaniem. Było ono zbędne, wymuszone, już pomijając fakt, jak idiotycznie do tego doszło. Leigh Bardugo kierowała swoją postacią z subtelnością młotka, który wali ci w głowę. Być może miało nas przez to zaboleć serce, być może chodziło o to, by pokazać, że wcale nie jest tak kolorowo, ale wyszło to tak sztucznie, że nie sposób nie przewrócić nad tym z politowaniem oczami.

Królestwo Kanciarzy oceniam więc gorzej niż Szóstkę Wron. Całość stanowi przeciętną, odmóżdżającą serię rozrywkową skierowaną do młodzieży, ale nic ponadto. Ma w sobie dużą ilość głupotek i infantylności, które drażnią i na które trzeba przymknąć oko. Pewnie jakbym była młodsza, spodobałoby mi się bardziej, a tak to... cóż :)

W serii:

2. Królestwo Kanciarzy



Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger