19 stycznia

O przyjaźni, odpowiedzialności i poświęceniu. "Myszy i ludzie" Johna Steinbecka

O przyjaźni, odpowiedzialności i poświęceniu. "Myszy i ludzie" Johna Steinbecka

Na swój styczniowy klasyk pierwotnie chciałam wybrać inną książkę, ale ostatecznie stanęło na Johnie Steinbecku. Myszy i ludzie to już druga książka, którą czytam od tego autora, i muszę powiedzieć, że jest ona nieporównywalnie lepsza od Tortilla Flat. Ciężko mi o niej napisać, bo tyle treści można z niej wyciągnąć, że nie wiadomo, co wybrać ostatecznie. Ale gdybym chciała napisać o wszystkim, to byłyby to straszne spoilery. A ja chcę bez spoilerów. Chociaż drobne mogły się wkraść.

Myszy i ludzie to historia o dwójce przyjaciół, którzy tułają się od rancza do rancza w poszukiwaniu roboty. Już samo to, że tej roboty szukają razem jest rzeczą niecodzienną i dziwi ona innych, bo w tak ciężkich czasach każdy patrzy nie dalej niż na czubek własnego nosa. Nikt nie dba o drugiego człowieka tak, jak robi to George względem Lenniego, toteż ludzie próbują wręcz zwietrzyć tutaj podstęp (bierzesz działkę z jego zarobków?). A George o Lenniego troszczy się tak po prostu, bezinteresowne, z przyjaźni. Trzeba powiedzieć, że nie jest to rzeczą łatwą, ponieważ Lennie to człowiek upośledzony. Jest jak dziecko w ciele dorosłego człowieka, kieruje się emocjami, nie potrafi niczego zapamiętać, ciągle pakuje się w kłopoty na przykład przez chęć głaskania miękkich rzeczy. I nie ma w tym nic szczególnie złego dopóty, dopóki tymi "rzeczami" są myszy, które notabene kończą zaraz martwe, ale co, kiedy Lenniemu przyjdzie do głowy pogłaskać miły w dotyku materiał sukienki przypadkowej kobiety albo jej włosy? Co, jeśli Lennie zechciałby pogłaskać słodkie z wyglądu dziecko? Potrzymać je? Co, jeśli skończyłoby tak samo, jak mysz?

Człowiek musi mieć kogoś bliskiego. Dostaje fioła, jak nikogo nie ma. - Głos mu się łamał. - Nieważne, kim jest ten drugi, byleby tylko był. Mówię ci - zawołał - mówię ci, człowiek z tej samotności może się rozchorować.


Problem z przyjacielem George'a jest jeszcze jeden, ponieważ tworzy on niebezpieczną mieszankę dużego, bezmyślnego dziecka i dorosłego, wielkiego mężczyzny o nieprzeciętnej sile. I nawet jeśli Lennie nie chciałby nikomu wyrządzić nic złego, nie miałby na celu żadnych podłości, to i tak mógłby to zrobić. Przypadkiem. Niechcący. Przez niezrozumienie. Dlatego myszy, które Lennie nieustannie znajduje i ze sobą zabiera, zaraz są martwe. Lennie potrafi je zagłaskać na śmierć. Potrafi pogruchotać kości dłoni tylko ją ściskając. Ten człowiek nie panuje nad swoją siłą i niczego nie rozumie.

Myszy i ludzie są dla mnie piękną w swej surowości historią nie tyle o przyjaźni, ile o odpowiedzialności za drugiego człowieka. Także o poświęceniu i wyrzeczeniach, które ta odpowiedzialność za sobą ciągnie. Bo nawet jeśli George'a i Lenniego łączy przyjaźń, to bez George'a nie byłoby Lenniego. On za niego myśli, on za niego mówi, on robi wszystko, by Lenniego tłumaczyć i pomóc mu w tym świecie egzystować. Normalnym ludziom jest tutaj ciężko, a co z kimś takim jak Lennie? Może powinno się go zastrzelić jak starego, nikomu niepotrzebnego psa Candy'ego? I choć George wielokrotnie daje nam znać, że ma dość swego przyjaciela i bez niego byłoby mu na świecie łatwiej, to jednak nie potrafi go zostawić. To jest w przyjaźni piękne. A może to już chodzi o odpowiedzialność? A może to się łączy?

Scena ze spektaklu "Myszy i ludzie" w reżyserii Anny D. Shapiro. W roli George’a wystąpił James Franco, a w rolę Lenniego wcielił się Chris O’Dowd

Piękna jest relacja tej dwójki. Piękne jest zaufanie Lenniego i piękne jest poświęcenie George'a. A jednocześnie dużo w tym smutku, tęsknoty i melancholii, bo Myszy i ludzie to też opowieść o niespełnionych marzeniach. Bohaterowie tej opowieści żyją snem o własnym kawałku ziemi, tęsknią za drugim człowiekiem, do którego można by się odezwać. Samotność, brak akceptacji i wyobcowanie przewija się przez całą książkę.

Niesamowite jest to, jak wiele treści zawarł John Steinbeck w tak cienkiej książce. Jak wiele mądrości i ładunku emocjonalnego. O Myszach i ludziach można by pisać długo, a wciąż miałoby się wrażenie, że coś gdzieś umknęło. To prosta opowieść o prostych ludziach, w brutalnych czasach Wielkiego Kryzysu w latach 30 XX wieku. Całość jest bardzo autentyczna, ale nie mogło być inaczej, skoro Steinbeck badał sytuację ówczesnych migrujących pracowników, a także zawarł w książce własne doświadczenia z pracy na farmie. Wszyscy jego bohaterowie są z krwi i kości. A to taka cienka książka!

- Faceci tacy jak my nie mają rodziny. Co zarobią trochę grosza, zaraz to przepuszczają. Nie mają na świecie nikogo, pies z kulawą nogą się nimi nie przejmuje.
- Ale my to co innego! - Zawołał radośnie Lennie. - Teraz powiedz o nas.
George milczał przez chwilę.
- Ale my to co innego - rzekł wreszcie.
- Bo ja...
- Bo ja mam ciebie, a...
- ...a ja ciebie!


Myszy i ludzie są więc dla mnie historią przede wszystkim o ciężarze odpowiedzialności, który przyjmujemy na siebie w chwili, w której decydujemy się zaopiekować drugim człowiekiem. Zwłaszcza upośledzonym, który sam o sobie decydować nie może. Jednak ta opowieść zostaje w nas długo ze względu na niejednoznaczną moralnie końcówkę. Rozumiem ją i jednocześnie nie rozumiem. Stanęliśmy tam przed wyborem: mniejsze zło, czy większe zło? A co ja bym zrobiła w takiej sytuacji? Nie wiem.

John Steinbeck pokazał nam odpowiedzialność do samego końca i sprawił, że o tej trochę ponad stu stronicowej książeczce zapomnieć trudno. Smutne to wszystko. Ale do bólu prawdziwe.

Polecam.



14 stycznia

W świecie Tolkiena. "Atlas tolkienowski" David Day

W świecie Tolkiena. "Atlas tolkienowski" David Day

W dzisiejszym wpisie chcę wam przedstawić coś, co osobiście nazywam małym dziełem sztuki. Atlas tolkienowski jest rzeczą na tyle ładną, że właściwie ciężko zwrócić uwagę na treść, kiedy z niemal każdej strony atakują nas prześliczne ilustracje. Spróbuję jednak wykazać choć trochę krytyki i przedstawić wam tę książkę w kilku słowach więcej niż tylko "no ładne, bierzcie".

Atlas tolkienowski jest geograficznym i chronologicznym przewodnikiem dla wszystkich fanów Tolkienowskiego świata. Ma on na celu ukazanie spójnej wizji ewolucji geograficznej i historycznej Śródziemia, od stworzenia świata do czasów Wojny o Pierścień. W przedmowie autor zaznaczył, że Atlas tolkienowski może także służyć za kompas dla tych, którzy pragną wziąć się lekturę trudniejszego Silmarillionu. Znajdziemy w nim opisy stworzeń, postaci czy miejsc, a także niektórych wydarzeń. Atlas tolkienowski stara się jednak nie spoilerować i opisuje skutki tylko tych zdarzeń, które miały wpływ na losy całego świata. 

Przyznam się wam, że połowa treści z Atlasu tolkienowskiego była dla mnie nowością, ponieważ w lekturze Silmarillionu jestem dopiero na 50 stronie. David Day wspomina jednak w przedmowie, że jego przewodnik nie ma na celu zastępować ani Hobbita, ani Władcy Pierścieni, ani rzeczonego Silmarilionu i jest to coś, z czym ja się absolutnie zgodzę. Atlas tolkienowski bardzo powierzchownie traktuje opisywane wydarzenia, a hasła w nim zawarte są proste i ogólnikowe. Po przeczytaniu tej książki ani trochę nie czuje się, jakbym nie musiała już sięgać po Silmarillion, posiadam za to przedsmak tego, co mogę w nim znaleźć. Część Atlasu dotyczy scen rozgrywających się w Hobbicie i Władcy pierścieni, a te książki akurat mam za sobą i tutaj również zgadzam się z powyższą tezą. Z Atlasu nie dowiemy się co, jak i dlaczego, nie ma tutaj opisu wszystkich wydarzeń, lecz tylko tych najważniejszych. Ponadto niektóre informacje potrafią się dublować w poszczególnych hasłach, możemy więc kilka razy przeczytać o tym samym, ale w zupełnie innym kontekście, co moim zdaniem wprowadzało mały chaos. Najwięcej czasu, bo aż połowę książki autor poświęcił na pieczołowite przedstawienie początków tego świata, i mam wrażenie, że następujące po tym Ery zostały przez to potraktowane już po macoszemu. 
  

Książka pozwala jednak uporządkować sobie trochę informacji na temat Tolkienowskiego świata, przypomnieć o niektórych rzeczach czy też, jak wspomniano we wstępie, może ona służyć za przewodnik. Dla osób, które Śródziemie znają jedynie z ekranizacji i nie zamierzają sięgać po pierwowzory książka może być także encyklopedycznym zbiorem informacji o tym, co było na początku. Dla wnikliwych gratką będą mapy ukazujące, jak zmieniał się ten świat na przestrzeni dziejów, znajdziemy tutaj również drzewa genealogiczne, tablice chronologiczne, no i oczywiście fenomenalne grafiki. Atlas tolkienowski nie zawiera jednak nowych ilustracji, lecz jest zbiorem wszystkich tych dzieł, które były uprzednio publikowane w innych książkach autora (w większości nie opublikowanych w Polsce). Warto dodać, że grafik akurat w Atlasie jest najwięcej, nie miejcie więc mylnego wrażenia, że będzie to książka przepełniona głównie mapami czy tablicami, bo tych jest najmniej. Mapy natomiast pokazują tylko to, jak zmieniał się Tolkienowski świat w kolejnych jego tysiącleciach.


A jeśli już jesteśmy w temacie ilustracji to tak, jak wspomniałam we wstępie, Atlas tolkienowski jest dla mnie małym dziełem sztuki. Tę książkę nie tyle chce się mieć dla informacji w niej zawartych, ile właśnie dla wszystkich tych przepięknych grafik. Wszelkie hasła to tylko miły dodatek, bo to właśnie ilustracje są tutaj rzeczą najważniejszą. Właściwie cały ten wpis mógłby zawierać tylko mnóstwo zdjęć i parę zdań, bo i tak wszyscy będą patrzeć na zdjęcia. Książka jest także fenomenalnie wydana, ponieważ jest w twardej oprawie, z obwolutą i zieloną tasiemką, a całość drukowana jest na kolorowym papierze. Atlas tolkienowski zwyczajnie cieszy oko i ogromną przyjemność sprawia samo jego przeglądanie. 


I choć nie jest to rzecz niezbędna dla każdego fana Tolkiena, bo spokojnie mogłabym się bez tego obyć, to przez wzgląd na to, jak piękna jest to książka i tak byłaby dla mnie niezwykle pożądana. Stanowi ona miły dodatek do Tolkienowskiego świata, będzie idealnym prezentem dla każdego, o którym wiecie, że lubi Hobbita czy Władcę Pierścieni, tym bardziej, jeśli ceni sobie przy tym przepięknie wydane książki. Atlas tolkienowski mogę więc polecić jako fajne uzupełnienie i bardzo ładną rzecz do oglądania, pamiętajcie tylko, że "atlas" w tym przypadku to nazwa nieco myląca.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!




10 stycznia

O dwóch takich co razem szli przez świat. "Rycerz siedmiu królestw" George'a R. R. Martina

O dwóch takich co razem szli przez świat. "Rycerz siedmiu królestw" George'a R. R. Martina

Dobrze jest wrócić do Westeros. Świat ten znam zarówno z serialu, jak i z książki, i choć z książką tymczasowo zerwałam znajomość po którymś tomie to i tak bardzo lubię to, co stworzył George R. R. Martin. Rycerz Siedmiu Królestw przypomniał mi, jak bardzo niesamowitym gawędziarzem jest ten autor, i jak dobrze czuję się w jego świecie.

Rycerz Siedmiu Królestw po raz pierwszy został opublikowany w Polsce w 2014 roku, teraz zaś otrzymaliśmy tę książkę w wersji ilustrowanej. Zawiera ona trzy nowele napisane w latach 1998-2010, które dzieją się około sto lat przed wydarzeniami znanymi z Gry o Tron. Książka umożliwia więc głębsze wejście w historie, o których na kartach swojej głównej powieści autor nam tylko wspominał. Rycerz opowiada bowiem o losach Dunka, znanego światu pod imieniem ser Duncana Wysokiego, który w przyszłości zostanie lordem dowódcą Gwardii Królewskiej. Towarzyszy mu Jajo, czyli chłopiec, którego my znamy pod imieniem Aegona V Targaryena, króla Westeros.

Kiedy myślę o Rycerzu Siedmiu Królestw pierwsze, co przychodzi mi na myśl to to, że jest to książka bardzo lekka i przyjemna w odbiorze. Klimatem jest znacznie lżejsza od Gry o Tron, ma prostsze słownictwo i trup nie ściele się tu tak gęsto. W okresie, w którym rozgrywają się wydarzenia Rycerza panuje pokój pod rządami Targaryenów, i choć zdarzają się jakieś niesnaski albo próby wywołania rewolty, to jednak czytelnik czuje, że ten świat jest znacznie bezpieczniejszy. Prostotę tych opowieści wzmaga też postać Dunka. To właśnie z jego perspektywy prowadzona jest narracja, a on sam wielokrotnie wspomina, że jest tępy jak buzdygan, powolny w myśleniu jak tur. Jest to człowiek prostolinijny, honorowy i szlachetny, który jako jeden z nielicznych wciąż wyznaje rycerskie ideały wśród wszechobecnego zepsucia. Dunka można scharakteryzować jako wielkiego, tępego osiłka o dobrym sercu, który w świecie Martina dawno powinien już zginąć. Ma on jednak sporo szczęścia w życiu i posiada za towarzysza jedenastoletniego Jajo, który inteligencją, bystrością i wygadaniem nadrabia za nich obu. Kontrast pomiędzy tą dwójką widoczny jest jak na dłoni, ale tworzą niezwykle zgrany duet i nawzajem uzupełniają swoje słabości.


Rycerza Siedmiu Królestw rozpoczynamy w momencie, w którym Dunk dopiero zostaje rycerzem i poznaje Jajo. Sam Dunk jest niskiego pochodzenia, ale zobaczymy u niego więcej honoru i rycerskości niż u szlachetnie urodzonych lordów. W książce spotkamy też rycerzy, którzy są rycerzami tylko dlatego, że w zamian zaoferowali cnotę swej siostry, a także takich, którzy na turnieju rycerskim stosują wszystkie możliwe sztuczki, byleby tylko zarobić na nim jak najwięcej. Przeczytamy o tym, że historię piszą wygrani, choć przecież obie strony mają swoją rację i wcale nie jest łatwo wybrać, która była słuszna. A wśród tego wszystkiego odnajdziemy Dunka w roli mentora i Jajo jako ucznia, którzy razem przemierzają świat śpiąc na drogach i szukając zatrudnienia u napotkanych po drodze lordów. Nasuwa mi się refleksja, że gdyby wszyscy książęta mieli takiego swojego Dunka, który trzepnąłby ich w ucho, kiedy trzeba, to świat byłby piękniejszy. Zresztą giermkowanie u wędrownego rycerza pod przykrywką zwykłego chłopca stanowi dla Jaja doskonałą szkołę życia.


Jeśli chodzi o jakieś wady, to nie potrafię ich znaleźć. Martin ma znakomity, gawędziarski styl, i nawet jeśli te historie nie są niczym odkrywczym to i tak czyta się o nich z przyjemnością. Żadna z trzech opowieści nie nudzi, chociaż moim faworytem zdecydowanie została pierwsza z nich, czyli Wędrowny rycerz. Późniejsze również nie są złe, ale fabularnie to właśnie ta pierwsza zaabsorbowała mnie najmocniej. Nie jest to poziom Gry o Tron, gdzie za każdym rogiem czaiła się intryga, gdzie wszędzie mogliśmy wpaść na trupa albo sceny przeznaczone dla osób dorosłych, nie ma tu tej wielowątkowości, ale Rycerza i tak czyta się bardzo dobrze. Szczególnie, że wciąż mamy tutaj odcienie szarości, a nie wyraźny podział na dobro i zło, gdzie podjęcie jakiejkolwiek decyzji wciąż budzi moralne zastrzeżenia, a górnolotne ideały to już właściwie przeszłość.


Wspomnieć trzeba też o wydaniu, ponieważ zawiera ono mnóstwo wplecionych w tekst ilustracji. Są one dopasowane do tego, o czym akurat czytamy, miło więc sobie zerknąć na nie i zobaczyć, jak to mogło wyglądać w wyobraźni ilustratora. Całość prezentuje się po prostu rewelacyjnie, tym bardziej jeśli dodać do tego twardą oprawę i kolorową wklejkę. Rycerz jest w tej chwili jedną z ładniejszych książek, które posiadam, a czytać te historie w takim wydaniu to prawdziwa przyjemność.


Rycerz Siedmiu Królestw jest więc świetnym dodatkiem do głównej serii, który doskonale broni się jako twór samodzielny. Osobiście bardzo chętnie poznałabym więcej opowieści o Dunku i Jaju, bo niesamowicie przypadły mi one do gustu i chciałabym z tymi bohaterami zostać dłużej. Rycerz ma w sobie coś, do czego się tęskni, jakby taką fantazję o jedynym prawdziwym rycerzu i jego wiernym towarzyszu w świecie, w którym o honorze mało kto pamięta. Książkę z czystym sumieniem mogę polecić osobom choć trochę zaznajomionym z Grą o Tron jako lekką w odbiorze opowieść o dwójce towarzyszy, którzy razem przemierzają świat w drodze do wielkości.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!




03 stycznia

Podsumowanie roku. Najlepsze i najgorsze książki 2017. Pierwsze urodziny bloga!

Podsumowanie roku. Najlepsze i najgorsze książki 2017. Pierwsze urodziny bloga!

W ten wyjątkowy dla mnie dzień publikuję podsumowanie ubiegłego roku. Pierwotnie miało się ono ukazać w ostatnim dniu 2017, ale zamiast tego wrzuciłam wtedy podsumowanie miesiąca. Podsumowanie roku przesunęłam na 1 stycznia, ale nie dałam rady go na ten dzień ogarnąć. Na wczoraj też się nie udało. W końcu jest dzisiaj.  W pierwsze urodziny mojego bloga.

Podsumowanie podzieliłam na cztery części. W pierwszej, którą nazwałam czytelniczą, przyjrzymy się temu, ile książek przeczytałam i dlaczego tak dużo. W części drugiej będzie trochę prywaty i smęcenia, a w trzeciej będziemy się radować, że Misie czytanie podoba ma już rok.

Czwarta część poświęcona jest najlepszym i najgorszym książkom, które miałam okazję przeczytać w ubiegłym roku.

Zapraszam!


Część czytelnicza

Lubię statystki i swoje książkowe postępy notuję w trzech miejscach: na lubimy czytać, na goodreads i we własnym zeszycie. Goodreads natomiast publikuje bardzo fajne podsumowanie roczne i zamierzam się tutaj nim posiłkować. Wynika z niego, że w 2017 przeczytałam w sumie 69 książek. To trzy razy lepszy wynik niż za 2016 rok, kiedy to przeczytałam 21 książek.

Dlaczego tak bardzo wystrzeliłam do góry z ilością? Składa się na to kilka czynników. Widzicie, odkąd poszłam do liceum, praktycznie w ogóle przestałam czytać. Miałam straszny kryzys, próbowałam czytać chociaż te lektury, ale i tak bardzo często kończyło się na tym, że sięgałam po streszczenia, bo a) nie przeczytałam lektury w ogóle, b) nie wyrabiałam się przed klasówką. To trochę zabawne, że będąc na studiach z własnej woli chcę to teraz nadrabiać. W każdym razie kryzys trwał sobie w najlepsze pogłębiany jeszcze tym, że miałam w owym czasie bardzo mocną fazę na mangę i anime. Kiedy poszłam na studia, z kryzysu powolutku zaczęłam wychodzić. Ilość książek notuję mniej więcej od tego właśnie okresu, i te lata w liczbach prezentują się zawsze w okolicy 20-30 książek rocznie. W tym roku najwyraźniej kryzys minął mi w pełni. Co poradzić? Trzeba było przeczekać. :)


Dla wielu z Was nawet te 20-30 książek na rok to i tak jest dużo, i ja to rozumiem i szanuję. Absolutnie nie umniejszam. Sama jednak przed liceum czytałam w ilościach hurtowych i po prostu smucił mnie ten spadek formy, dlatego teraz strasznie się cieszę, że w końcu zaczęłam czytać więcej.

Drugim czynnikiem, który niesamowicie mnie wspomógł w czytaniu, jest blog. Pisanie o książkach, dzielenie się wrażeniami, uczestniczenie w dyskusjach, bycie częścią książkowej blogosfery naprawdę dużo daje. Napędza. Motywuje. Polecam Wam ten sposób, choć niekoniecznie chodzi tu o założenie bloga, ale raczej o bycie częścią jakiejś książkowej społeczności.

I jest jeszcze rzecz trzecia. W ostatnich dwóch miesiącach przerzuciłam się z czytaniem bardziej na czytnik. Kiedy zaczęłam czytać e-booki, moje tempo czytania wzrosło. Dlaczego — nie mam pojęcia. Może to te większe litery i komfort czytania? A może dlatego, że odchodzi element macania książki, kartkowania jej i spoilerowania sobie końcówek? Kto wie.. :)

No więc przeczytałam w sumie 69 książek, co daje 26 945 stron. Najkrótszą książką był Idealny Stan Brandona Sandersona, a najdłuższą Elantris Brandona Sandersona. Przypadek, że obie kategorie zamyka mi Sanderson?


Część osobista

Rok 2017 nie był u mnie rokiem wielu zmian, za to był rokiem wielu frustracji. Jest dużo rzeczy, które chciałabym w swoim życiu zmienić, ale jeszcze nie mogę. Jest też dużo takich, na które nie mam wpływu i wciąż się uczę, by się tym nie przejmować. A przynajmniej nie myśleć o tym za dużo.

Tak naprawdę o wielu sprawach zdecyduje rok, który teraz do nas zawitał. Będę w nim kończyć studia, czego bardzo się boję i jednocześnie nie mogę się doczekać. Obecny moment to już właśnie ten czas, kiedy człowieka łapie panika, że nie da rady, i najchętniej uciekłby gdzieś daleko (do Śródziemia!), gdzie nie trzeba się niczym przejmować. Ale potem przychodzi refleksja, że przecież nikt za mnie mojego życia nie przeżyje i uciekać nie można. Wraz z końcem studiów planuję również zmianę pracy, a potem, powolutku, będę myśleć o wyprowadzce. Będzie się działo. :)


Część blogowa. Misie czytanie podoba ma już rok!

Dokładnie tego samego dnia, tyle że rok wcześniej, opublikowałam pierwszy, historyczny wpis na tym blogu. Był on o Stopie prawa Brandona Sandersona i szczerze mówiąc, kiedy teraz go czytam, łapie mnie mocne zakłopotanie. Żywię mocną nadzieję, że mój styl pisania przez ten rok nieco się poprawił i że przemycam do swoich wpisów dość informacji, byście mogli zdecydować, czy książkę warto przeczytać, czy lepiej sobie odpuścić. Wciąż staram się poprawiać, zwracać uwagę na więcej rzeczy podczas czytania książki, robić dobry reaserch, z uporem maniaka po kilka razy sprawdzam literówki i błędy ortograficzne w swoich tekstach, potrafię godzinę spędzić na doborze obrazków. Mój perfekcjonizm kiedyś wpędzi mnie do grobu.

Ale hej, to już rok! Cieszmy się! Ja się cieszę. :) Bycie tu z Wami jest niesamowitą przygodą w moim życiu, możliwość wejścia w dialog z innymi pasjonatami literatury to najlepszy aspekt blogowania, no i nie mogę powiedzieć, że cierpię na brak lektur, bo ciągle gdzieś znajduję coś wartego przeczytania. I choć często łapią mnie wątpliwości, czy warto prowadzić Misie czytanie podoba i poświęcać tyle czasu na przygotowywanie wpisów, i choć czasem jest ciężko i zdaje się, że nic nie ma sensu, to zawsze znajdzie się taka Kam, która mi powie, że dopóki sprawia mi to frajdę, to warto. Zawsze warto. Dlatego bardzo jej dziękuję, a Wam życzę takiego dobrego ducha, bo to nieoceniony skarb.

Podziękować chciałabym też wszystkim czytelnikom tego bloga. Statystyki ciągle lecą w górę, a ja wciąż nie mogę nadziwić się temu, że są osoby, które tu zaglądają. Szczególnie dziękuje tym, którzy komentują i dyskutują, bo uwielbiam czytać i odpowiadać na Wasze komentarze. Nie będę tutaj wymieniać konkretnych osób, bo na pewno kogoś pominę ale wiedzcie, że jesteście dla mnie ważni i mam nadzieję, że taki stan rzeczy będzie trwał jeszcze długo. :)

Statystyki roczne
Wyświetlenia: 26 790
Obserwatorzy: 122
FB: 79
Instagram: 486
Google Plus: 6
Ilość opublikowanych wpisów: 84
Najpopularniejszy wpis: Legimi - co jest i czy warto?
Oprócz tego opublikowałam jedną relację z Big Book Festival. Chciałabym, żeby w 2018 roku takie wydarzenia pojawiały się częściej. Zapoczątkowałam też Wyzwanie z klasyką i nawiązałam jedną stałą współpracę z wydawnictwem.

Jest dobrze.


Najlepsze książki



Trylogia Prochowych Magów, Brian McCllelan 
Fantasy, w której magia miesza się z prochem strzelniczym. Seria jest cudowna, dużo w niej akcji, pełnokrwistych bohaterów o silnych charakterach, są wątki detektywistyczne, rodzinne, jest trochę polityki, a nawet romansu. No i przede wszystkim jest to militarne fantasy, a ja mam do takiego straszną słabość.

Ziemiomorze, Ursula LeGuin 
W tym roku miałam przyjemność przeczytać całe Ziemiomorze autorstwa Ursuli LeGuin. Była to wyprawa cudowna, refleksyjna i bardzo symboliczna. Do tego język, jakim posługuje się autorka, jest przepiękny. Ziemiomorze pozwoliło mi się wyciszyć, nastroiło melancholijnie, dało pretekst do zadumy nad kilkoma sprawami. Jest to klasyka fantasy, którą warto znać i którą polecam wszystkim niezależnie od wieku.

Piąta pora roku, N. K. Jemisin 
Fantastyczną serią okazała się Piąta pora roku N. K. Jemisin. Nie przypuszczałam, że tak bardzo przypadnie mi ona do gustu, ale wywołuje we mnie takie same emocje, jak Sanderson... i myślę, że jest to największa pochwała z moich ust. Seria oryginalna, mocna, ze wspaniałym plot twistem w pierwszym tomie — po prostu idźcie to czytać.


Nigdziebądź, Neil Gaiman 
W 2017 roku zapoznałam się z twórczością Neila Gaimana i w kategoriach "najlepszych książek" muszę wspomnieć o jego Nigdziebądź. To wspaniała książka, która pod względem wywołanych wrażeń przywiodła mi na myśl Harrego Pottera, a więc pozwoliła znów poczuć się jak dziecko, które odkrywa nowy, fantastyczny świat. Poza tym zawiera fenomenalną kreację dwóch sadystycznych zabójców, a mianowicie Croupa i Vandemara.

Ostatni jednorożec, Peter S. Beagle 
Sięgnęłam też po prozę Petera S. Beagle i przeczytałam Ostatniego Jednorożca, który okazał się przepiękną baśnią. Jest to opowieść, którą uważam jednocześnie za smutną i dowcipną, melancholijną, przekorną i naiwną. Przede wszystkim jednak ta książka w cudowny sposób pozwala oderwać się od rzeczywistości.

Władca much, William Golding 
Klasyka literatury, która stała się jedną z moich ulubionych książek. Bardzo chciałabym jeszcze raz to kiedyś przeczytać i zdobyć swój własny egzemplarz. Władca much to antyutopia opisująca losy grupki dzieciaków (chłopców wyłącznie) na bezludnej wyspie. Książka ukazuje to, do czego jesteśmy zdolni, kiedy zabrać nam cywilizację, opisuje ludzką naturę i podłości, do których możemy się dopuścić. Przy tym powieść napisana jest bardzo prostym językiem i nie powinna stanowić dla nikogo trudności.

Autostopem przez Galaktykę Douglasa Adamsa 
Ta książka prawie pokonała mnie swoim absurdem. Potrzebowałam połowy, by w końcu przestawić się na całkowity brak logiki, jazdę bez trzymanki i zwariowany humor. Jednak kiedy już mi się to udało, Autostopem przez Galaktykę okazało się fenomenalną lekturą. Autor dużo rzeczy wyśmiewa, wiele jego spostrzeżeń jest w punkt, a jednocześnie wciąż nas one bawią. To trochę jak z Pratchettem, ale w kosmicznych klimatach.



EDIT: Elantris, Brandon Sanderson
Zabijcie mnie, ale na śmierć zapomniałam wrzucić tutaj książkę swojego ulubionego autora. Chyba za mało ostatnio śpię. Elantris jest w moim TOP 3 jego twórczości, a zachwyciło mnie przede wszystkim pomysłem na fabułę, bo mamy tutaj takie więzienne miasto dla trędowatych zombie. Książka nie jest pełna akcji, ale i tak niesamowicie wciąga. Od początku jesteśmy ciekawi, o co chodzi w przekleństwie Elantryjczyków, a ich ciężki los sprawia, że mimowolnie im kibicujemy. Zresztą samo nazwisko Brandona Sandersona to już pewien znak jakości, chociaż jego młodzieżówki są raczej średnie.

Rozczarowania


Honor Złodzieja, Douglas Hulick 
Ta chyba była najgorsza. Autor przez większość książki pokazywał nam, że główny bohater to drań bez zasad, który zdradzi każdego (nawet najlepszego przyjaciela), a potem nagle próbował nam wmówić, że ma on jakiś honor. Fabuła jest sztuczna i wymuszona, bohaterowie płytcy, końcówka do bólu sztampowa. Żeby było śmieszniej, nasz tytułowy złodziej przez większość książki nie spał, o czym wielokrotnie nam przypominano, więc pozostaje tylko pytanie, jakim cudem on funkcjonował.

Wszyscy patrzyli, nikt nie widział, Tomasz Marchewka 
To jest debiut, ale autor pracował już nad scenariuszem do Wiedźmina 3, więc z pisaniem już jakoś był związany. Książka zawiodła mnie pod wieloma względami: przede wszystkim drażnił mnie kompletny brak tła, a miasto jawiło się jako takie, w którym oprócz szulerki, złodziejstwa i zabójstw nie ma żadnych innych profesji. Postacie były słabo wykreowane, a na koniec główny bohater ni stąd, ni zowąd dostał zastrzyku mocy i osiągnął coś, w czym wcześniej koncertowo nawalił. Zupełnie to do mnie nie przemówiło.

Królowie Dary, Ken Liu 
To nie jest zła książka. Znalazła się w tym niepochlebnym towarzystwie dlatego, że rozczarowała mnie osobiście. Miałam wobec niej strasznie duże oczekiwania, bo wszyscy ją chwalili, no i nie wyszło. Odebrałam ją bardziej jako suchą, kronikarską relację, która dość mocno mnie wynudziła. Przykro mi z tego powodu, bo wiele osób, których gust szanuję bardzo ją sobie chwaliło.

31 grudnia

Książkowy grudzień, czyli ostatnie podsumowanie miesiąca w tym roku

Książkowy grudzień, czyli ostatnie podsumowanie miesiąca w tym roku

W ten piękny, ostatni dzień roku przychodzę do Was z podsumowaniem miesiąca. Pierwotnie miało to być podsumowanie roku, ale stwierdziłam, że najpierw wypadałoby zakończyć miesiąc. Wpis z podsumowaniem rocznym pojawi się jakoś na dniach, a tymczasem bez zbędnej, dłuższej gadaniny przejdźmy do tego, co się działo u mnie w grudniu.

Ale jeszcze zanim to zrobimy, to...

Chciałabym wam życzyć wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Oby był lepszy, niż uciekający nam 2017, i oby przyniósł wam mnóstwo wspaniałych książek. Bawcie się dzisiaj dobrze. :) 

Filmy

Grudzień upłynął pod znakiem Gwiezdnych Wojen i to nie przez Ostatniego Jedi, którego jeszcze nie widziałam, bo nie mam z kim iść do kina a samej tak nie bardzo, ale przez to, że namiętnie nadrabiałam wszystkie pozostałe filmy oprócz Łotra. Obejrzałam więc epizody I-III oraz VII. Te z Anakinem... pierwszy był całkiem przyjemny, o drugim chciałabym zapomnieć, a trzeci miał niesamowite sceny już przy końcu. Moment powstania Lorda Vadera... cudo, przechodziły dreszcze.

Oprócz Gwiezdnych Wojen widziałam znany i kochany świąteczny film, który nie jest Kevinem, lecz zwie się To właśnie miłość. Oglądałam go po raz pierwszy i jest naprawdę przyjemny. Podobno nasze Listy do M się na nim wzorowały. Cóż, bardzo marnie im to wyszło w porównaniu do oryginału.

W kinie byłam na Morderstwie w Orient Expresie. Nie znam pierwowzoru i nie jestem fanką kryminałów, a na film poszliśmy tylko dlatego, że mieliśmy bilety, które koniecznie trzeba było wykorzystać do końca roku, a nic innego nie grali o tej godzinie. Wiecie, nie miałam żadnych oczekiwań wobec tego filmu, ale podobał mi się niesamowicie i zapragnęłam wręcz poczytać książki Agathy Christie. 

Opublikowane teksty




















Garść statystyk

Wyświetlenia: 25 853 (było 20 505)
Liczba obserwatorów: 120 (było 112)
Liczba obserwatorów na facebooku: 79 (było 68)
Liczba obserwatorów na instagramie: 479 (było 402)


Co przeczytałam?

Miesiąc zaczęłam od Tekstu Dmitra Glukhovskiego, którą to książką naprawdę byłam zaskoczona, bo zabierałam się do niej z myślą, że będę się męczyć, a skończyłam ją nie wiadomo kiedy. Link do recenzji znajdziecie wyżej. Później był Ostatni jednorożec Petera S. Beagle, który mnie totalnie zachwycił. To przepiękna baśń, która przywodziła mi na myśl książki Gaimana. Czy raczej to książki Gaimana przywodzą na myśl Ostatniego jednorożca, bo to książka z 1998 roku. :) Na tę chwilę więcej o niej pisała Ewelina, a może i ja coś niedługo skrobnę. W każdym razie warto przeczytać i gorąco do tego zachęcam.


Wspomniałam o Gaimanie i cóż, jest on następny w kolejności, bo mam za sobą Księgę Cmentarną. To niezwykle urocza opowieść, i chyba jeszcze nie znalazłam tak przyjemnie i bezboleśnie opowiedzianego procesu dorastania w fantasy, jak tutaj. Elantris Brandona Sandersona zdążyłam już zrecenzować, link wyżej. Miesiąc, a zarazem rok zamknęłam Opowieściami wigilijnymi Charlesa Dickensa. Same dobre książki mi się trafiły w grudniu, bo z ocenami nie zeszłam poniżej ósemki. :)

Stosik, a raczej Stosisko


Ekchem. Tak. No trochę się nazbierało w tym grudniu. Ostatnio była u mnie stosikowa posucha, więc w tym miesiącu obrodziło. :) Idąc od lewej do prawej, na samej górze mamy całość Lyonesse Jacka Vance. Książki są używane, za całość zapłaciłam 60 zł. Jeszcze nigdy tak szybko nie kliknęłam "kupuj" jak w przypadku tej serii widząc taką cenę. Normalnie dwa tomy z trylogii chodzą po 40-90 zł za JEDEN. Drugi kosztuje 20 zł z przesyłką, także uważam, że mi się poszczęściło. O serii słyszałam wiele dobrego i już jakiś czas się na nią czaiłam.

Poniżej mamy serię Pamięć, smutek i cierń Tada Williamsa. Do kupna tych książek w sporej mierze przyczynił się Ciacho, ale też i wcześniej zasłyszane, pozytywne opinie. To również klasyka, i też dorwana w używanym stanie w cenie 100 zł za komplet. Waga tych książek równa się wszystkim pozostałym... a ciężkie to strasznie. Jeśli ktoś ma zbiorcze wydania Czarnej kompanii, to jest to wydane w ten sam sposób.

Po stronie prawej mamy sporo darów losu. Silmarillion to mój prezent świąteczny, z którego do tej pory cieszę się jak głupia. Książka jest pięknie wydana, zaczęłam już ją czytać i wiem, że to będzie coś niesamowitego. Rycerz siedmiu królestw to egzemplarz recenzencki i kolejna pięknie wydana książka w tym stosisku. Zawiera mnóstwo ilustracji wplecionych w tekst, co prezentuje się wspaniale. Do recenzji dostałam też Opowieści wigilijne, o których już pisałam, i Atlas tolkienowski, który jest takim małym dziełem sztuki. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to na fb wrzuciłam kilka zdjęć tej książki.

Mistrza i Małgorzatę do dawna chciałam dorwać w tym wydaniu, ponieważ ma ono zaznaczone  na czerwono fragmenty, które kiedyś były ocenzurowane. Z tego, co zdążyłam zauważyć, to czasem są to całe strony. Mam nadzieję, że książka nie będzie długo czekać na przeczytanie.

Ostatni jest Rękopis znaleziony w smoczej jaskini Andrzeja Sapkowskiego, czyli kompendium wiedzy o literaturze fantasy. Dostałam tę książkę na mikołajki i to też jest prezent, na który się strasznie ucieszyłam. Chciałam to przeczytać od dawna, ale książka nie jest już dostępna i trzeba szukać używanych. Także ten, będziemy się dokształcać.

A jak tam grudzień u Was? Co ciekawego znaleźliście pod choinką? ;)

30 grudnia

Czym jest dla nas Boże Narodzenie? "Opowieści wigilijne" Charlesa Dickensa, tom 3

Czym jest dla nas Boże Narodzenie? "Opowieści wigilijne" Charlesa Dickensa, tom 3

Charles Dickens niedawno gościł na tym blogu, i tak się złożyło, że dzisiaj znów będzie o jego książce. I to ponownie o Opowieściach wigilijnych, ale tym razem w trzeciej odsłonie. Już na samym wstępie mogę Wam powiedzieć, że ten trzeci tom jest o wiele lepszy, niż drugi, i w moim odczuciu nawet lepszy, niż pierwszy. Sam autor natomiast jeszcze wielokrotnie będzie gościł w moich skromnych progach, bo jego prozą jestem po prostu zauroczona.

Opowieści wigilijne. Czym jest dla nas Boże Narodzenie? to trzeci zbiór wigilijnych opowiadań wydawanych w ostatnich latach przez Zysk i S-ka. I to nie wydawanych byle jak, ponieważ są one w twardej oprawie, z obwolutą, pod którą kryje się płócienna oprawa, w środku zaś czeka nas mnóstwo przepięknych, oryginalnych ilustracji, całość drukowana jest na grubym papierze, a każdy rozdział rozpoczyna się zdobionym inicjałem. To taka mała, wizualna uczta dla oczu. Sam tom zawiera natomiast nie dwa, nie trzy, lecz czternaście opowiadań, każde mniej lub bardziej związane z okresem świątecznym, a dwa z nich są powiązane między sobą. Pierwsze opowiadanie zatytułowane Opowieści o goblinach, które podkradły zakrystiana pochodzi z powieści Klub Pickwicka, zaś cała reszta była publikowana w świątecznych numerach czasopism Household Words oraz All the Year Round, w których ukazywały się opowiadania nie tylko Dickensa, lecz i innych autorów. W Polsce natomiast ukazują się one po raz pierwszy.

Wyjątkowo tym razem będą foty ;)

Nie sposób opowiedzieć o każdym opowiadaniu z osobna, kiedy jest ich taka ilość, zresztą ich fabuły pomieszały mi się już do tego stopnia, że nawet nie byłabym w stanie tego zrobić. Mogę natomiast opowiedzieć o kilku, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Przykładowo w Choince autor snuje wspomnienia związane ze swoim dzieciństwem, które przychodzą mu na myśl, gdy patrzy na tytułową choinkę i prezenty, które można pod nią znaleźć. Opowiadanie dziecięce jest bardzo krótką, wzruszającą opowieścią, w której wraz z podróżnym przechodzimy przez różne etapy życia jednej osoby. Opowieść niczyja jest historią o bezimiennych, których skryła ziemia. W Ostrokrzewiu znajdziemy opowieść Pucybuta, który opowiada o tym, jak to dzieci w wieku pięciu czy sześciu lat uciekły z domu, by wziąć ze sobą ślub. Pensjonat pani Lirriper powiązany jest ze Spadkiem pani Lirriper, a obie te opowieści skupiają się na właścicielce pensjonatu, wiekowym majorze, który miał zamieszkać na chwilę, a został na stałe i dziecku, które wzięli razem na wychowanie. Ostatni tekst, o którym chciałabym wspomnieć, to Doktor Marigold, w którym znajdziemy poruszającą historię o kupcu, który po stracie córki przygarnął głuchoniemą sierotę. Wiele z tych opowiadań sprawiło, że zapiekły mnie oczy, przy wielu się śmiałam i rozczulałam, i choć były wyjątki, które mnie znudziły, to jednak zdecydowana większość tych opowiadań stoi na wysokim poziomie. 



Charles Dickens zdecydowanie potrafi poruszyć czułą strunę w człowieku i z wielką wprawą zrobił to w trzecim tomie Opowieści wigilijnych. Jego opowiadania tak jak i poprzednie pełne są ciepła domowego ogniska, uroku i serdeczności, pełne są wzruszających, ludzkich historii, smutków i radości. Sporo czasu spędzimy w różnych pensjonatach, wiele razy o losach naszych bohaterów zadecyduje odpowiedni przypadek w odpowiedniej chwili, czasem doświadczą oni nieporozumień, czasem cierpień, ale zawsze znajdą to pozytywne światełko wśród mroków. Będą wybaczać, będą poszukiwać, a przede wszystkim będą skłaniać nas do refleksji i w swoim towarzystwie pozwolą spędzić mnóstwo wspaniałych chwil, w których tak po prostu zrobi nam się cieplej na sercu. 


Opowieści wigilijne. Czym jest dla nas Boże Narodzenie? to lektura idealna w okresie świątecznym nie tylko przez swój tytuł czy związek tych historii z Bożym Narodzeniem/Nowym Rokiem, lecz także ze względu na to, jak bardzo ciepłe, wzruszające i urokliwe historie możemy w niej przeczytać. Dickens sprawia, że w jednej chwili się śmiejemy, a w drugiej szukamy chusteczek. Ja ze swojej strony gorąco polecam i mam nadzieję, że wkrótce uda mi się sięgnąć po kolejne książki autora, bo powoli staje się on jednym z moich ulubionych.


W serii:
1. Opowieści wigilijne. Kolęda prozą
2. Opowieści wigilijne. Świerszcz za kominem
3. Opowieści wigilijne. Czym jest dla nas Boże Narodzenie?

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!


P.S. Książkę skończyłam czytać wczoraj. Wczoraj też oglądałam Morderstwo w Orient Expresie, w którym Herkules Poirot również czytał Dickensa. Poczułam więź z głównym bohaterem. :) Przez cały seans próbowałam wypatrzeć, jaką dokładnie czytał książkę, ale nie dałam rady.

P.S2. Film świetny.


Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger