22 marca

Czy złodziej może być honorowy? "Honor złodzieja" Douglas Hulick

Czy złodziej może być honorowy? "Honor złodzieja" Douglas Hulick
Pisanie pochwalnych tekstów o książkach jest łatwe. Podobno tak naprawdę ćwiczy się swój warsztat dopiero wtedy, kiedy pisze się o książkach złych. Dzisiejsza recenzja (czy też opinia, ale umownie nazwijmy moje wypociny recenzjami) jako pierwsza na tym blogu nie będzie o książce dobrej, nawet nie o średniej, ale właśnie o takiej, której nikomu bym nie poleciła. Mowa o "Honorze Złodzieja" Douglasa Hulicka, pierwszej części z serii "Opowieści o kamratach". Autor pisał tę powieść przez ponad 10 lat, na przełomie których przeżył różne sytuacje, które rzucały mu kłody pod nogi na drodze pisarskiej kariery. Cztery razy się przeprowadził, był bezrobotny, urodziła mu się dwójka dzieci, a w końcu zepsuł mu się komputer i w efekcie stracił wszystkie pliki związane ze swoją książką (tak bardzo współczuję). Mimo tych wszystkich przeciwności losu w końcu udało mu się wydać "Honor złodzieja". Mnóstwo osób porównuje serie do "Niecnych dżentelmenów" Scotta Lyncha ze względu na podobny klimat, i ja nie jestem tutaj wyjątkiem. Ale akurat z Lynchem też nie mam dobrych wspomnień, bo "Kłamstwa Locka Lamory" czytało mi się wyjątkowo topornie. Dalszych części nawet nie tknęłam.

Przede wszystkim jednak posłuchałem go, bo stał za mną murem i wierzył we mnie nawet wtedy, gdy wszyscy inni przestawali.

Akcja "Honoru złodzieja" rozgrywa się w mieście pełnym złodziejaszków, opryszków i wszelkiego rodzaju złoczyńców. Główny bohater książki, Drothe, należy do przestępczej organizacji, która zwie się Kamratami. Pracuje jako informator dla szefa jednej z frakcji, które rządzą miastem, i z niebywałą sobie wprawą porusza się pośród rozgrywających tutaj intryg. Pewnego dnia, zupełnym przypadkiem, natrafia na ślad czegoś większego. Zwykła z pozoru sprawa przeradza się w wyścig o tajemniczą, prastarą księgę, którą wszyscy chcą dopaść. 

Muszę przyznać, że przez "Honor złodzieja" przeszłam łatwiej, niż przez "Kłamstwa Locka Lamory". Książka była dla mnie o wiele bardziej lekkostrawna, ale w pojedynku tych dwóch pozycji i tak druzgocące zwycięstwo odniesie Lamora. W powieści Scotta Lyncha wszystko trzymało się kupy, fabuła była o niebo lepsza, przemyślana, książka potrafiła choć trochę zaciekawić i sprawić, że los bohatera nie będzie nam tak całkiem obojętny. W "Honorze złodzieja" niczego takiego nie ma. Mimo, że co i rusz coś się dzieje, a fabuła pędzi na łeb, na szyję, to paradoksalnie wynudziłam się jak mops i kompletnie nie potrafiłam wykrzesać z siebie zainteresowania ani dla akcji, ani dla bohaterów. W ten sposób przeszłam przez jakąś połowę książki z nadzieją, że może coś się zmieni, że nagle będzie jakiś plot twist, ale im dalej w las, tym było gorzej. Do końca książka była mdła i nijaka, a nawet pod koniec dodatkowo mnie zniesmaczyła. Owo zniesmaczenie ma związek z tytułowym honorem, który podobno Drothe posiada. Bo nawet jeśli autor zupełnie nagle na koniec książki wyskakuje z twierdzeniem, że główny bohater ma jakieś zasady, to jego czyny, o których czytaliśmy przez całą książkę świadczą o czymś zupełnie innym. Drothe co i rusz zdradza zawarte ustalenia, by w końcu wbić nóż w plecy komuś, z kim dzielił wzajemne zaufanie, i kto poświęcił dla niego wiele. Czy jest coś, co jeszcze dobitniej może świadczyć o tym, że bohater tej książki to zwykły drań bez zasad? W zasadzie nie jestem w stanie powiedzieć, czym on tak naprawdę się kierował przez te wszystkie strony. Prawdopodobnie tym, co akurat było wygodniejsze dla autora, a w tym przypadku Drothe jedynie podejmował działania, które władują go w następną kabałę, coby nie było nudno. W sumie sformułowanie, że Drothe to drań bez zasad, to przesada, bowiem jest on zbyt nijaki na dobrego drania. Drażniło mnie też niepomiernie, że autor co i rusz powtarzał, że Drothe parę dni już nie spał i jest tak bardzo zmęczony. Ciekawe, jakim cudem on w ogóle jeszcze był w stanie cokolwiek zrobić...

- Poprzysiągłem sobie, że nigdy tu nie wrócę.
- Przysięgi są po to, by je łamać.

O fabule książki mogę powiedzieć tyle, że była dla mnie strasznie sztuczna, wymuszona, momentami wręcz losowa, i wcale nie lepiej jest z bohaterami. Są oni płytcy, bez żadnego charakteru, z praktycznie w ogóle nie zarysowaną osobowością. Końcówka jest do bólu sztampowa. Po następne części rzecz jasna nie sięgnę, a i tą doczytałam do końca, bo szkoda mi było ją zostawić, kiedy tyle już przeczytałam. "Honoru złodzieja" zupełnie nie polecam, ale znalazły się głosy, którym historia się podobała, więc jak zawsze wszystko rozbija się o własne, czytelnicze preferencje.

Ocena: 3/10

"Honor złodzieja", Douglas Hulick, Wydawnictwo Literackie, 2012, s. 484

19 marca

O spisku złych Bibliotekarzy. "Alcatraz kontra Bibliotekarze. Piasek Raszida" Brandon Sanderson

O spisku złych Bibliotekarzy. "Alcatraz kontra Bibliotekarze. Piasek Raszida" Brandon Sanderson
Alcatraz kontra Bibliotekarze to książka dziwna. Zwariowana. Pełna absurdu. Brandon Sanderson tym razem postanowił napisać coś dla młodszego czytelnika, i tak powstał Alcatraz, chłopiec, który ma talent do psucia absolutnie wszystkiego, czego się dotknie. Z tym właśnie talentem musi uratować świat przed złymi Bibliotekarzami, ale na początek wystarczy, że z narażeniem życia i kończyn odzyska woreczek piasku. Tak, wiem, jak to brzmi. Absurdalnie. Autor słynie z tworzenia oryginalnych światów i systemów magii, a pomysły, które przedstawił w tej książce, mimo że są kompletnie pokręcone (aż ciśnie się na usta pytanie, co autor brał i gdzie można znaleźć tak dobrego dilera), są też oryginalne i zabawne. Ujęła mnie wizja złych Bibliotekarzy (no bo serio, bibliotekarze jako zła sekta zagrażająca światu?) i nie tylko oni, ale nie będę się specjalnie o tym rozpisywać, żeby nie zepsuć wam przyjemności.

 I pamiętajcie: mimo że ta książka sprzedawana jest jako powieść fantastyczna, musicie traktować wszystko, co w niej przeczytacie, z absolutną powagą, bo są to rzeczy ważne, w żadnym razie nie głupie, i zawsze mają sens. Kalarepa.

Świat w książce dzieli się na dwa: na Wolne Królestwa, i na Bibliotekarię Wewnętrzną, zwaną inaczej Ciszlandami. To właśnie w Ciszlandach panuje demoniczna organizacja Bibliotekarzy, i to właśnie tutaj żyjemy my, normalni ludzie otumanieni przez rządnych władzy, niepozornych pracowników bibliotek. Wolne Królestwa natomiast to świat, w którym używa się mieczy zamiast zacofanej broni palnej, gdzie schody są technologicznie lepsze niż winda, a zwykłe lampy stawia się ponad elektrycznymi... I z którym związane jest mnóstwo innych dziwów, o których nie wspomnę. Lekturę rozpoczynamy od poznania Alcatraza, trzynastoletniego chłopca, wyjątkowo uzdolnionego w tworzeniu wokół siebie chaosu. Alcatraz trafia od jednej rodziny zastępczej do drugiej, bowiem żadna nie jest w stanie wytrzymać z nim zbyt długo mimo najszczerszych chęci. Samo imię "Alcatraz" wzięło się od najsławniejszego więzienia w dziejach USA. Czyżby jego rodzice mieli zbyt pokręcone poczucie humoru? W każdym razie w dniu swoich urodzin dostaje dziwną przesyłkę, spadek, czyli tytułowy Piasek Raszida. Ale na co komu woreczek piasku?! Alcatraz pewnie szybko by o tym zapomniał, ale chwilę później piasek zostaje skradziony, a na progu jego domu pojawia się zwariowany staruszek podający się za jego dziadka, który wiecznie się spóźnia.

 Niektórzy sądzą, że autorzy piszą książki, bo mają bujną wyobraźnię i chcą się podzielić swoją wizją. Inni zakładają, że autorzy piszą, bo rozsadzają ich opowieści – a zatem musimy je zapisać w chwilach twórczej propondencji. Obie te grupy zupełnie się mylą. Autorzy piszą książki z jednego i tylko jednego powodu: lubimy torturować ludzi. 

Sam początek jest szalony, a to jeszcze nic w porównaniu z tym, co serwuje nam reszta książki. Narracja jest prowadzona z punktu widzenia Alcatraza, zdrowo upiększona jego ironicznymi komentarzami. To chłopiec z wyjątkowym dystansem do siebie, trzeźwo stąpający po ziemi, a co za tym idzie, ciężko mu uwierzyć w rewelacje o spisku bibliotekarzy. W każdym razie warto wspomnieć, że książka jest niby autobiografią naszego bohatera, który wyjawia, że ostatecznie został pisarzem, bo lubi torturować ludzi. W środku zresztą pełno jest odniesień do zawodu pisarza i o tym jak skutecznie pisać, by dręczyć czytelników. Bo wiecie, Brandon Sanderson to tak naprawdę pseudonim literacki Alcatraza, żeby źli bibliotekarze nie znaleźli tej książki, bo z pewnością wycofają ją z obiegu...

No właśnie, książka doskonale też udowadnia, że i sam Sanderson ma do siebie mnóstwo dystansu. No bo przeczytajcie ten opis: 

 BRANDON SANDERSON to pseudonim literacki Alcatraza Smedry’ego. Wydawca zmusił go do używania pseudonimu i wydania wspomnień jako fikcji literackiej.
Alcatraz zna jednak człowieka, który nazywa się Brandon Sanderson. Lecz ten mężczyzna jest autorem fantasy, ma zatem skłonność do urojeń pod postacią literatury. Alcatraz wie z pewnych źródeł, że Brandon Sanderson jest tak naprawdę analfabetą i dyktuje swoje ciężkie, przydługie tomiszcza fantasy swojej roślinie doniczkowej, zwanej Hrabią Duku.
Jest oczywiste, że Sanderson oszalał już wiele lat temu, ale tylko nieliczni to zauważają, bo jego proza od zawsze była bardzo dziwna…

Wracając do tematu przewodniego, Alcatraz konta Bibliotekarze to przedziwna, ale całkiem niezła książka, przy której ciężko się nudzić, kiedy już się przyswoi obecne tutaj dziwactwa. Akcja galopuje do przodu i praktycznie co chwilę coś się dzieje. Pełno tu ironii i zgryźliwych komentarzy, zabawnych elementów czy gadających dinozaurów. Książka ma też sporo ilustracji, które idealnie pasują do całości, chociaż jeszcze bardziej dają nam odczuć, że trzymamy w ręku książkę dla młodszego czytelnika. Ale nie dajcie się zwieść: historię o Alcatrazie może przeczytać każdy. Nie wiem, jak książkę odbierze ktoś młodszy, ale ja sama czerpałam mnóstwo frajdy z lektury i kilka razy głośno śmiałam się do tekstu. Oczywiście tak zakręcona historia wymaga równie zakręconych bohaterów. I owszem, są tutaj. Pomijając psującego wszystko Alcatraza i wiecznie spóźniającego się dziadka (nawet na własną śmierć), w historii występuje rycerz z torebką, przerośnięty antropolog oraz bełkoczący szpieg w smokingu. Ale poznajcie ich sami :)

- Ach, chłopcze. Ta wojna, którą toczymy... Tu nie chodzi o pistolety ani nawet o miecze.
- W takim razie o co? O piasek?
- O informacje - odparł. - To jest prawdziwa władza w tym świecie.

Miałam dużo obaw związanych z Alcatrazem, głównie z tym, że to nie moja grupa wiekowa, ale okazały się bezpodstawne. Historia jest szalona i pełna absurdu, sposób narracji bardzo luźny i zabawny, ciekawe są wstawki dotyczące zawodu pisarza. Nie jest to z pewnością jedna z lepszych serii autora, ale jest to też książka zupełnie inna od pozostałych pod każdym względem, więc tak naprawdę ciężko je porównywać. Z początku odrzucał mnie humor, miałam wrażenie, że autor za mocno stara się być śmieszny, ale potem przywykłam i przestało mnie to drażnić, a w końcu zaczęło śmieszyć. Ostatecznie Alcatraz mi się podobał, ale jest to książka na raz i z pewnością nie wywrze na czytelniku takiego wrażenia, jak pozostałe książki Sandersona :)

Ocena: 7/10

"Alcatraz kontra Bibliotekarze", Brandon Sanderson, wydawnictwo IUVI, 2017, s. 312

15 marca

Kłamstwa nigdy nie umierają. "Już mnie nie oszukasz" Harlan Coben

Kłamstwa nigdy nie umierają. "Już mnie nie oszukasz" Harlan Coben
Mimo tego, że ciągle zaczytuję się w kryminałach, to nie przeczytałam jeszcze żadnej książki Harlana Cobena. Ten pan jest autorem powieści kryminalnych, o których ciężko nie usłyszeć, jeśli jest się fanem tego typu książek. Wstyd! W końcu jednak naprawiłam ten błąd i skusiłam się na jego ostatnią nowość, czyli Już mnie nie oszukasz. Książka okazała się bardzo miłą niespodzianką i zdecydowanie będzie początkiem mojej bliższej znajomości z twórczością Cobena.
  
 Kłamstwa nigdy nie umierają. Możesz chwilowo je zatuszować, jednak zawsze znajdą sposób, aby znów się ujawnić.

Historia zaczyna się od pogrzebu Joe - męża głównej bohaterki, Mai Stern. Kobieta była świadkiem jego śmierci, kiedy małżeństwo zostało zaatakowane przez dwóch zamaskowanych mężczyzn. Podobno był to napad na tle rabunkowym. Maya próbuje pogodzić się z odejściem męża prowadząc własne śledztwo odnośnie zabójstwa. Jest przekonana, że ta śmierć nie była przypadkowa, zwłaszcza że kilka miesięcy wcześniej jej siostra została zamordowana przy użyciu takiej samej broni, co Joe. Dodatkowo sytuację komplikuje nagranie, które zostało zarejestrowane przez ukrytą w multimedialnej ramce kamerę. Pokazuje ono nie tylko opiekunkę i to, jak bawi się z córką Mai, ale później także mężczyznę, na którego widok 2-letnia Lily się cieszy, i który niepokojąco przypomina zmarłego Joe. Czy to, co widziała, to wpływ demonów spowodowanych niegdyś przeprowadzoną akcją, które nawiedzają byłą oficer co noc? Czy zupełnie zaczyna tracić zmysły? Dokąd kobieta może się posunąć żeby poznać prawdę o śmierci męża i zapewnić bezpieczeństwo dziecku? Maya natrafiając na kolejne wskazówki, którymi dążyła jej siostra, zaczyna rozumieć, że rodzina Joe skrywa własne demony, niekoniecznie chętnie wywlekane na światło dzienne. Sęk w tym, że prawda zawsze się kiedyś wyda. 

 Powiedzenie osobie z depersją, aby wzięła się w garść i wyszła do ludzi, jest tym samym co powiedzenie człowiekowi ze złamanymi nogami, aby przebiegł przez pokój.

Książkę czyta się błyskawicznie. Mimo przeładowania elementami pojawiającymi się w sensacjach czy kryminałach, takich jak machlojki wielkich firm, mroczne tajemnice rodzinne czy psychiczne problemy weteranów wojennych, to byłam w stanie przymknąć oko na tak wielki zbieg wszelkich okoliczności ;) Po kilku dniach od przeczytania lektury zdałam sobie jednak sprawę, że było to wszystko nieco naciągane... Ale spełniło swoje zadanie, bo ostatnie strony czytałam z zapartym tchem. Spodobało mi się zakończenie, bo takie właśnie powinno być w kryminałach. Harlan Coben mnie zaskoczył, a to coś, co bardzo rzadko mi się zdarza, zwykle przewiduję zakończenia albo przynajmniej podejrzewam, co może się stać. Tym razem jednak stało się coś, co może gdzieś tam błąkało mi się z tyłu głowy, ale wydawało się zbyt niemożliwe, żeby autor naprawdę nam to zrobił. A jednak niemożliwe stało się możliwe, za co autor ma ode mnie ogromnego plusa na sam początek naszej znajomości. Znajomość ta niewątpliwie będzie miła, bo pan Coben wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie :)

Ocena: 8/10

"Już mnie nie oszukasz", Harlan Coben, Albatros, rok wydania 2017, s. 416

08 marca

A jaki jest cel twojego życia? "Był sobie pies" W. Bruce Cameron

A jaki jest cel twojego życia? "Był sobie pies" W. Bruce Cameron
Są takie książki, które z doskonałą sobie wprawą potrafią wywołać w czytelniku skrajne emocje. Są też takie o książki o których z góry wiesz, ze to zrobią. Był sobie pies to jedna z tych pozycji, które doprowadziły mnie do płaczu, i byłam w pełni świadoma, że pewnie tak to się skończy. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak wielkim wyciskaczem łez okaże się film. W książce niby nie było aż tak wielu łzawych fragmentów, najbardziej płaczogenna jest końcówka, ale na filmie, gdzie dojdzie muzyka poruszająca czułe struny, pewnie będzie inaczej. Ja popełniłam ogromny błąd czytając ostatnie strony w pociągu i musiałam bardzo się starać, żeby zwyczajnie nie rozkleić się przy ludziach.

05 marca

Ten zakapturzony szkielet z kosą. "Mort" Terry Pratchett

Ten zakapturzony szkielet z kosą. "Mort" Terry Pratchett

Terry Pratchett to autor, na którym się wychowałam. Czytałam jego książki już w podstawówce, zaczynając od serii dla dzieci, a potem przyszła kolej na Świat Dysku. Pożerałam każdą książkę jaka wpadła mi w ręce, nie zwracając specjalnie uwagi na chronologię. Czytałam je wybiórczo, tak, jak akurat były dostępne w bibliotece, a dopiero niedawno zorientowałam się, że hej, Kirima, ty przecież nie przeczytałaś jeszcze wszystkiego! No więc śpieszę nadrobić te haniebne zaległości, i postanowiłam sobie, że wszystko przeczytam od deski do deski. W zeszłym roku zaliczyłam cykl o Straży (moi ulubieńcy!), a teraz przyszła pora na... Śmierć.

Kiedy stwórca składał ten świat miał mnóstwo znakomitych pomysłów, jednak uczynienie go zrozumiałym jakoś nie przyszło mu do głowy.

Musicie wiedzieć, że książki ze Świata Dysku można czytać na dwa sposoby. Jednym z nich jest czytanie ich chronologicznie, w kolejności takiej, jakie zostały wydane. Drugim jest czytanie ich chronologicznie, owszem, ale seriami, które Terry Pratchett stworzył dla Świata Dysku. W tym uniwersum są cykle poświęcone Wiedźmom, Straży, Magom, Rewolucji Przemysłowej, Tiffany i właśnie Śmierci. Mort jest czwartą książką w całej serii, ale pierwszą dotyczącą bezpośrednio postaci, jaką jest Śmierć. 

Śmierć to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w książkach Pratchetta. Mówi kapitalkami, co symbolizuje fakt, że jego pusty i głuchy głos nie trafia do nas poprzez fale dźwiękowe, tylko dostaje się bezpośrednio do naszego umysłu. Jak sam siebie opisuje, jest "antropomorficzną personifikacją ludzkich wyobrażeń na swój temat". Zrezygnował z kościstego konia o płonącej grzywie, bo był bardzo niepraktyczny i puszczał stodołę z dymem. Swojego wierzchowca z krwi i kości nazwał "Pimpuś". Śmierć uwielbia koty, curry i przejawia niezdrową fascynację ludźmi. Przez większość wolnego czasu próbuje zrozumieć ich zachowania, co zwykle kończy się katastrofą. 

Zobaczył swoje życie rozciągające się przed nim na podobieństwo długiego, ciemnego tunelu bez światełka na końcu.
(...) Mylił się. Na końcu tunelu jaśniało światełko: miotacz ognia.

W Morcie Śmierć dochodzi do wniosku, że potrzebuje urlopu. Znajduje więc ucznia, Morta, który mógłby trochę odciążyć go od swoich obowiązków, a może kiedyś <tu następuje sugerujące mrugnięcie okiem> przejąć po nim schedę związaną z tym biznesem poprzez ewentualny ożenek z jego córką (rzecz jasna adoptowaną). Owa córka o imieniu Ysabell charakteryzuje się prerafaelicką urodą i cierpi na niewielką nadwagę. Sam Mort ma kompleksy związane z faktem, że wszyscy mówią do niego per "chłopcze" i generalnie zadaje kłopotliwe pytania, chcąc WIEDZIEĆ. 

Wszystko idzie dobrze, dopóki Mort nie dostaje swojego pierwszego zadania odesłania ludzi na tamten świat, a raczej dopóki nie trafia na piękną księżniczkę, skrytobójce i morderstwo, do którego nie doszło. I wszystkiemu winien jest on sam. Szykują się kłopoty, prawda? A zachwianie równowagi świata to coś, czego Mort z pewnością nie chce mieć na swoim sumieniu. Tymczasem Śmierć szuka pracy, łowi ryby, a nawet chodzi do fryzjera. Nigdy nie wiesz, gdzie możesz spotkać tego pana z kosą, o pięknych błękitnych oczach i nieustannym uśmiechu na czaszce... 

CO?, zdumiał się Śmierć (...).
- Wolne popołudnie - powtórzył Mort (..).
ALE DLACZEGO?, Śmierć nie mógł zrozumieć. PRZECIEŻ NIE NA POGRZEB BABCI, dodał. WIEDZIAŁBYM COŚ O TYM.

katea.deviantart.com
Mort jest krótką książką wypełnioną po brzegi absurdalnym humorem, tak bardzo charakterystycznym dla Pratchetta. Niemal na każdej stronie znajdziemy jakieś gagi czy dowcipne dialogi, lub też humor wpleciony w narrację. Początkowe książki z dorobku Pratchetta są znacznie lżejsze i bardziej zakręcone niż te późniejsze, ale to wciąż jest ten sam inteligentny humor, który w śmieszny sposób zwraca nam uwagę na absurdy naszego świata. Czasami jest to śmiech przez łzy. Ja czytałam książkę w trakcie sesji, i był to doskonały wybór, bo po prostu mogłam się rozluźnić i pośmiać przy lekturze, a jednocześnie nie była ona na tyle długa, żeby specjalnie odciągnąć mnie od nauki. Książki Pratchetta z reguły są cienkie i szybko się je czyta, sam Mort ma zaledwie 262 strony. Co to jest w porównaniu z takimi cegłówkami jak Droga Królów czy Amber... 

Morta gorąco polecam, tak samo jak i polecam cały Świat Dysku i wszystkie książki Pratchetta. Myślę, że to jest jeden z tych autorów, którego ze względu na specyficzny styl albo się kocha, albo nienawidzi. Ja, rzecz jasna, kocham i chętnie dzielę się tą miłością z wami.

A na zakończenie taki pozytywny akcent: 

– Nie ma sprawiedliwości.
Śmierć westchnął znowu.
NIE, przyznał, wręczając kielich paziowi, który ze zdumieniem stwierdził, 
że trzyma nagle puste naczynie. 
JESTEM TYLKO JA.

Ocena: 8/10

"Mort", Terry Pratchett, Prószyński i S-ka, rok wydania 1996, s. 262

02 marca

Podsumowanie lutego

Podsumowanie lutego

Luty zleciał błyskawicznie, głównie pod znakiem egzaminów. A teraz mamy marzec i wiosna nieśmiało zagląda przez okna. W końcu, bo już mam szczerze dość zimy :) 

W marcu będą miały premiery kilku interesujących książek. To, co głównie nas kręci, to Brandon Sanderson i jego "Legion" oraz "Idealny Stan". Kamyczuś pewnie będzie zainteresowana nową książką Jima Butchera, a ja czekam na "Królestwo Kanciarzy" Leigh Bardugo. Interesująco zapowiada się też "Głębia Challengera" Neala Shustermana. Tyle nowych książek, a wśród starych wciąż jest tyle zaległości. I kiedy znaleźć na to wszystko czas?

27 lutego

Żadnych żałobników. Żadnych pogrzebów. "Szóstka Wron" Leigh Bardugo

Żadnych żałobników. Żadnych pogrzebów. "Szóstka Wron" Leigh Bardugo

Szóstka Wron mnie prześladowała. Widziałam ją w każdym zakątku internetu... no dobrze, to akurat przesada, ale bardzo często gdy wchodziłam na jakiegoś książkowego bloga czy vloga, to z reguły ktoś o niej pisał czy mówił. Szóstka Wron zbiera same ochy i achy, na lubimyczytać ma ocenę 8,44, a na goodreads 4,45. Tak wysokie noty i te wszystkie pozytywne opinie coraz bardziej zachęcały mnie do sięgnięcia po książkę Leigh Bardugo. Nawiasem mówiąc ta pani zdążyła już wcześniej zasłynąć z Trylogii Grisza, która nie jest mi znana, ale ma wielu fanów na całym świecie. Tak czy inaczej musicie wiedzieć, że bardzo sceptycznie podchodzę do książek, które wszyscy chwalą. Zwykle wietrzę w tym jakiś podstęp, i nie inaczej było w tym przypadku. Niemniej jednak w końcu uległam i książkę przeczytałam. Decyzji tej ani trochę nie żałuję, bo choć mam sporo zastrzeżeń do Szóstki Wron, to szłam przez nią jak burza i ostatecznie jestem bardziej na tak, niż na nie. 
Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger