17 września

Tag książkowy

Tag książkowy

Dzisiaj prezentuję Wam inny post i mam nadzieję, że będzie to miła odmiana od ciągłych recenzji. Sylwka z z unserious.pl nominowała mnie do tagu książkowego, za co bardzo dziękuję i z werwą biorę się do odpowiedzi. Lubię tagi, bo dzięki nim można lepiej poznać blogującego :)

1. Jaki jest Twój ulubiony autor/autorka i dlaczego?
Gdyby ktoś mi zadał to pytanie jakiś rok temu, bez wahania odpowiedziałabym, że Terry Pratchett. Teraz jednak mam problem, bo z tego zaszczytnego pierwszego miejsca w moim osobistym rankingu Pratchetta spycha Brandon Sanderson. I chyba jednak wybiorę tego drugiego. Za niesamowite, dopracowane światy. Za Drogę Królów, najbardziej epickie fantasy, jakie do tej pory przyszło mi czytać. Za oryginalne systemy magii, fantastycznych bohaterów, za końcówkę pierwszej ery Z mgły zrodzonego, która złamała mi serce, za Mostowych, za Kaladina, za... może po prostu napiszę, że za wszystko :)

2. Jakiej książki nie poleciłabyś swojemu najgorszemu wrogowi?
Zmierzchu. Aż się wzdrygam na samą myśl o tym.

3. Który gatunek literacki jest najbliższy Twojemu sercu?
Fantastyka, oczywiście :) Zaczytuję się w niej od dziecka. 

4. Który bohater jest najbardziej podobny do Ciebie lub którym chciałabyś być?
To pytanie przysporzyło mi nieco trudności. Myśląc o tym, do kogo jestem najbardziej podobna, niemal od razu do głowy przyszła mi Steris ze Stopu prawa. Kiedy zapytałam Kam, do kogo ona by mnie porównała, też wytypowała Steris (nie wiedząc, że myślałam o tym samym), więc może coś w tym jest? Steris jest nudna, sztywna i poważna, ale kto ją pozna lepiej ten wie, że to tylko pozory :) 

5. Czy oceniasz książkę po okładce?
Lubię ładne, estetyczne rzeczy, więc automatycznie ładna okładka mnie do siebie przyciąga. Oczywiście jest to tylko pierwsze wrażenie, bo jak coś chcę przeczytać, to i tak przeczytam, a samej książki przez okładkę nie ocenię. Niemniej jednak nie lubię mieć w domu starych i zniszczonych książek.

6. Czy bierzesz udział w wyzwaniach czytelniczych? 
Tak! :) W tym roku po raz pierwszy zaczęłam się w nie bawić. Na dobry początek wybrałam sobie standardowe wyzwanie "52 książki w ciągu roku" i mam już 49 na koncie :D Drugie wyzwanie, w którym biorę udział, to wyzwanie u Wiedźmy :)

7. Ebook czy tradycyjna książka? A może audiobook?
Jest mi najzupełniej w świecie obojętne, czy czytam ebooka, czy papierową książkę. Nie skreślam ani e-czytania, ani czytania w tradycyjnej formie, lubię obie i z obu korzystam. Audiobooki to forma, którą ostatnio testuję, i jeszcze nie wiem, jak się do niej ustosunkować. 

8. Jaką książkę koniecznie musisz mieć na swojej półce i dlaczego?
Dawcę przysięgi? :D Nie no, może zostawmy tego Sandersona, bo to się robi już nudne. Wybiorę Belgariadę Davida Eddingsa, serię, którą w omnibusie ma wydać w tym roku Prószyński (w takiej samej formie, jak LeGuin). Miałam już kupować ją po angielsku, bo zebranie polskich tomów graniczy z cudem, więc Prószyński zrobił mi miłą niespodziankę :) Kocham tę serię, jest bardzo prosta, ale niezwykle humorystyczna i ma wspaniałych, wyrazistych bohaterów. To jedyny cykl, który czytałam dwa razy :)

9. Czy zdarzyło Ci się zarwać noc dla książki? 
Jasne, że tak. Ale odkąd poszłam na studia nie praktykuję już takich rzeczy, tym bardziej, że jak zarywam nocki, to następnego dnia jestem nie do życia (zombie mode on). Poświęcałam się jednak dla Władcy Pierścieni, wspomnianego wyżej Eddingsa, Sagi o Midkemii i Kelewanie Raymonda E. Feista, Skrytobójcy Robin Hobb... to pierwsze, co mi przychodzi do głowy :)

10. Którego bohatera książki chciałabyś spotkać i dlaczego?
Chciałabym spotkać Hermionę Granger z Harrego Pottera, żeby jej zwinąć Zmieniacz Czasu. Wyobraźcie sobie: tyle dodatkowego czasu na czytanie książek! :)

Do zabawy zapraszam:

  • Wiedźmę z bloga Wiedźmowa Głowologia
  • Wszystkie osoby, które miałyby ochotę na takie pytania odpowiedzieć :)

Pytania:
1. Jaki typ bohatera najbardziej Cię drażni?
2. W jakim książkowym świecie chciałabyś zamieszkać i dlaczego? 
3. Jednotomówki czy długie serie?
4. Jaki jest Twój ulubiony autor/autorka i dlaczego?
5. Częściej czytasz wypożyczone książki czy raczej preferujesz własny zakup?
6. Jakiej książki nie poleciłabyś swojemu najgorszemu wrogowi?
7. Jaka książka zrobiła na Tobie największe wrażenie, kiedy byłaś dzieckiem?
8. Jaka książka zrobiła na Tobie największe wrażenie w ostatnim czasie?
9. Czy w Twoim otoczeniu dużo osób czyta?
10. Na jakie elementy w książce zwracasz największą uwagę (fabuła, rozbudowany świat, postacie...)?

14 września

Z walizką do Częstochowy. "Stancje" Wioletty Grzegorzewskiej

Z walizką do Częstochowy. "Stancje" Wioletty Grzegorzewskiej

Do polskiej literatury podchodzę jak pies do jeża. Niby już się trochę do niej przekonałam, ale wciąż nieufnie spoglądam na wszelkie książki polskich autorów, mimo wszystko starając się przełamać te wewnętrzne bariery. W tym przypadku zainteresowały mnie Stancje Wioletty Grzegorzewskiej, autorki dość znanej i docenionej zarówno wśród czytelników, jak i krytyków książki pt. Guguły. O Gugułach usłyszałam na jednym z książkowych kanałów na youtube, który cenię i regularnie oglądam, toteż gdy dostałam możliwość przeczytania Stancji, szybko te Guguły nadrobiłam. To, co zachwyciło mnie w obu książkach, to piękno języka Grzegorzewskiej, pełnego niedopowiedzeń, ale i poetyckości. Jednak o ile same Guguły były dla mnie po prostu dobre, o tyle Stancje spodobały mi się tak mocno, że aż sama jestem tym zaskoczona.

Na początku warto nadmienić, że Stancje nawiązują do Guguł osobą bohaterki, ponieważ i tu, i tu śledzimy losy Wiolki, jednak wcześniejsza znajomość książki Grzegorzewskiej w ogóle nie jest potrzebna, by Stancje zrozumieć (chociaż pozwoliłoby to spojrzeć na nie w szerszym horyzoncie). W Stancjach nasza bohaterka jest już dorosła i tuż po maturze postanawia opuścić swoją rodzinną wieś, Hektary, by wyjechać na studia do Częstochowy. Jednak te studia są poniekąd pretekstem do rzeczywistego celu Wiolki: znalezienia Pana Kamila, doktoranta, w którym dziewczyna się zakochała.

Stancje są mi zdecydowanie bliższe pokoleniowo, niż Guguły, bo ich akcja osadzona jest w latach dziewięćdziesiątych, a więc w latach mojego dzieciństwa. Również tematyka studiowania to coś, co jest u mnie w tej chwili bardzo aktualne... tyle że tego studiowania w Stancjach w ogóle nie ma. Niby wiemy, że Wiola chodzi na zajęcia, ale nic poza tym - w końcu kto by się przejmował edukacją bohaterki? Znacznie ciekawszym tematem jest ona sama, dziewczyna ze wsi, która próbuje sobie poradzić w wielkim mieście. Pierwszą moją myślą było to, że Wiola będzie zagubiona i zahukana, ale o ile dziewczyna faktycznie nie potrafi odnaleźć tutaj siebie, to do wszystkiego podchodzi z niebywałą odwagą. Ze względu na to, że nie przyznano jej akademika, Wiolka zmuszona jest mieszkać w różnych dziwnych miejscach (tytułowych stancjach), i choć za każdym razem ma ochotę uciec z powrotem na Hektary, to jednak zostaje.

Skoro akcja dzieje się w Częstochowie, to wklejam zdjęcie miasta nocą || źródło

Książka jest cieniutka, liczy sobie około 190 stron, ale jej akcja rozgrywa się w ciągu trzech lat. Spotkamy kilku znajomych z Guguł, ale też mnóstwo nowych postaci, które wpływają na to, kim dziewczyna się staje. Będziemy mogli porozmawiać z Rosjanami w nieogrzewanym hoteliku Wega, napić się dziwnych ziółek u sióstr Oblatek, wysłuchać miłosnej historii znajomego ochroniarza, poznać demony ludzi naznaczonych piętnem wojny. Czasem przeszłość miesza się tu z teraźniejszością, kiedy Wiola przypomina sobie fragmenty z życia, które ją ukształtowały, a innym razem do głosu dojdzie dziadek Władek, przemawiając do nas gwarą. Pośród tego wszystkiego Wiola gubi i odnajduje samą siebie, dojrzewa i odkrywa własną cielesność; włóczy się po Częstochowie z lat dziewięćdziesiątych, pokazując nam miasto i ludzi tamtych czasów.

Jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić to wątek pierwszej miłości Wiolki, który był w porządku, dopóki w końcu nie pojawił się rzeczony pan Kamil. Bo kiedy już się pojawił, fragmenty z nim w moich oczach wyszły jakoś tak sztucznie i drętwo, ale na szczęście nie ma ich zbyt dużo. Reszta książki - bez wad. Jej długość jest w sam raz, opowiedziana historia zaabsorbowała mnie tak mocno, że gdyby nie to, że rano musiałam wstać do pracy, najchętniej czytałabym ją całą noc. Poruszyły mnie wspomnienia Wiolki, w których widzimy, że całe dzieciństwo ktoś ją bił - czy to ojciec z powodów, których nie rozumie, czy to babcia dla zasady, nauczycielka linijką po palcach za to, że nienawidzi swojej pracy a chłopcy z prostego powodu, że była bezbronną dziewczynką. I tylko dziadek, który musiał zabijać podczas wojny, nikogo bić już nie zamierza. Przemówiła do mnie końcówka, która tak subtelnie, a jednak dosadnie pokazuje kolejny punkt zwrotny w życiu dziewczyny. Wreszcie z ciekawością zasłuchiwałam się, tak samo, jak bohaterka, w historiach kolejno poznawanych ludzi, bez których Stancje byłyby książką bardzo pustą, ponieważ to w większości oni tę historię tworzą. Jak mówi sama Wiolka, ona tylko szła z walizką pozwalając po drodze, by inni wybierali dla mnie rolę, dyrygowali i wyznaczali kierunek dalszej podróży. 

Stancje są więc dla mnie niesamowicie klimatyczną, melancholijną, duszną i dojrzałą opowieścią. Trafiły do mnie znacznie bardziej niż Guguły być może przez różnice pokoleniowe, a może przez to, że bohaterka jest w wieku zbliżonym do mojego i na podobnym etapie życia. Napisane są pięknym, czasem poetyckim językiem, który co prawda tym razem krył w sobie mniej niedopowiedzeń, niż Guguły, ale wciąż potrafił zaczarować. Książkę pozostaje mi tylko polecić, bo zdecydowanie jest tego warta, a sobie, i Wam życzyć jak najwięcej takich pięknych, literackich doznań.


 Za egzemplarz do recenzji dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal.




10 września

Przetrwają najsilniejsi. "Wrota Obelisków" N. K. Jemisin

Przetrwają najsilniejsi. "Wrota Obelisków" N. K. Jemisin
 

Po fantastycznej Piątej Porze Roku przyszła kolej na drugi tom Trylogii Pękniętej Ziemi, czyli na Wrota Obelisków. Kontynuacja bezpośrednio podejmuje wątki opowiedziane w tomie pierwszym, niemożliwym jest więc sięganie po nią bez wcześniejszego przeczytania Piątej Pory Roku. Tym razem będzie znacznie spokojniej, bo książka nie obfituje w ogrom wydarzeń, jaki mieliśmy poprzednio; autorka odsłania za to dużo więcej kart dotyczących funkcjonowania jej świata.

We Wrotach Obelisków historia ponownie jest opowiadana z kilku perspektyw. Wciąż mamy Essun, która zatrzymuje się na dłużej w Castrimie, miejscu, gdzie ludzie i górotwory żyją razem we względnym pokoju, ale obserwujemy też losy Nassun, córki Essun. Sporadycznie rozdziały są pisane z perspektywy Stróża i Zjadacza Kamieni, co jest świetnym ruchem, bo pozwala spojrzeć na wszystko oczami najbardziej tajemniczych postaci z pierwszego tomu.

W Piątej porze roku autorka dużo uwagi poświęciła tematom takim jak tolerancyjność, ślepa wiara w stereotypy i własne uprzedzenia, i tak samo dzieje się tutaj. Bardzo dobrze widać to w wątku Essun, która, nawet jeśli trafiła do wspólnoty względnie akceptującej górotwory, to w końcu odkrywa, że ta sielankowa idylla zbudowana jest na kruchych fundamentach. Również wątek Nassun świetnie pokazuje, jak bardzo wmawiane nam od małego stereotypy potrafią niszczyć i zaburzać nasz własny osąd świata - nawet do własnego dziecka. Ojciec Nassun jest więc rozdarty między dwoma prawdami i nie wie, w co powinien wierzyć: z jednej strony wpajano mu, że górotwór to coś gorszego, to przekleństwo, nieczłowiek; z drugiej Nassun to przecież jego córeczka, oczko w głowie. I chociaż od początku czujemy do niego niechęć, to w pewnym momencie możemy czuć jedynie litość do tego ślepego i ograniczonego człowieka.

Zna tę cenę. Lepiej już umrzeć, niż ją zapłacić. Co innego jednak postanowić umrzeć, a co innego utrzymać to postanowienie, kiedy naprawdę się umiera.

Najciekawszą postacią okazała się jednak dla mnie Nassun. To tylko dziecko, kilkuletnia dziewczynka, której większość świata stanowią rodzice. Matka była dla niej od zawsze szorstka i surowa, toteż siłą rzeczy miłość Nassun skierowała się w stronę rozpieszczającego ją ojca... który potem gołymi rękami zabija jej młodszego braciszka. Naszą pierwszą myślą jest to, że Nassun przerazi się ojca i będzie chciała uciec, ale nie - ona z miejsca bierze winę na siebie, a potem obarcza nią paskudną w jej oczach matkę. Dziewczynka zbyt mocno kocha ojca, by naprawdę zobaczyć i zrozumieć to, co się stało, i jest to moim zdaniem jeden z najlepszych elementów książki. Łącznie z tym, jak bardzo przewrotny okazuje się los Nassun, a z czego może wyjść bardzo ciekawa konfrontacja w przyszłości.

We Wrotach Obelisków wyjaśnia się sporo na temat funkcjonowania świata. Autorka rozwija temat wprowadzonych już w pierwszym tomie Zjadaczy Kamieni, dowiadujemy się też więcej o Stróżach oraz o tym, do czego to wszystko zmierza. W tym tomie mocniej niż w Piątej porze roku pokazany jest motyw post apokalipsy, ponieważ Sezon już się zaczął i wyraźnie widać, że przetrwają najsilniejsi. Jest tu jednak znacznie mniej akcji i więcej rozmów, a bohaterowie prawie w ogóle się nie przemieszczają; ten tom jest zdecydowanie bardziej stonowany i nie ma tu takich trzęsień ziemi, jakie autorka zaserwowała nam w pierwszej części. Można uznać to za wadę, ja jednak jestem usatysfakcjonowana, bo Jemisin w zamian za to skupiła się na rozwoju bohaterów, relacjach między nimi i rozbudowaniu swojego świata, aczkolwiek porównując ten tom do pierwszego sama dam gwiazdkę niżej. Zabrakło mi tego elementu zaskoczenia, czegoś, co nami potrząśnie i sprawi, że zdumieni będziemy wpatrywać się w tekst.

Czy warto więc sięgać po Wrota Obelisków i w ogóle po Trylogię Pękniętej Ziemi? Tak! Wciąż podtrzymuje zdanie, że to jedna z lepszych serii fantasy, jakie przyszło mi ostatnio czytać, i zdecydowanie warto się z nią zapoznać. Wrota Obelisków tak samo, jak poprzedniczka otrzymały nagrodę Hugo, niedawno też ogłoszono, że na podstawie tej serii wyjdzie serial. Dobra passa autorki trwa i mam nadzieję, że rozciągnie się ona też na trzeci tom. Oby dla The Stone Sky nie starczyło mi skali.

W serii:
2. Wrota obelisków



06 września

Opowieść o pijaczkach, a może coś więcej? "Tortilla Flat" John Steinbeck

Opowieść o pijaczkach, a może coś więcej? "Tortilla Flat" John Steinbeck
Nie samą fantastyką człowiek żyje, a nawet jeśli jest to mój ulubiony gatunek, to staram się też sięgać po inne książki. Tortillę Flat wygrzebałam w bibliotece i jest to moje pierwsze spotkanie z Johnem Steinbeckiem. Na początku nie byłam do tej książki przekonana, ale w miarę czytania odkryłam, że jest to lektura naprawdę przyjemna i rozbrajająca, a jednocześnie starająca się przekazać coś więcej. Pytanie tylko, czy za otoczką pijaństwa i lenistwa to coś więcej dostrzeżemy. 

Książka opowiada historię Danny'ego i jego przyjaciół. Po powrocie z wojny Danny dowiaduje się, że jego dziadek zostawił mu w spadku dwa domy w miasteczku Monterey, w dzielnicy Tortilla Flat. Jeden z domów postanawia wynająć, i tak powoli zaczynają tam mieszkać jego przyjaciele: Pilon, Jezus Maria, Pablo, Wielki Joe Portugalczyk oraz Pirat ze swoimi psami. Ich życie kręci się wokół wina, drobnych kradzieży, zdobywania jedzenia, kobiet i... czy wspominałam już o winie? 

Na pierwszy rzut oka Tortilla Flat to opowieść o alkoholikach, którzy żadną pracą swoich rąk skalać nie chcą. Może poza Piratem, który dzień w dzień pchał przed sobą taczki z drewnem na opał, aż wszystkiego nie sprzedał. Codzienność naszych bohaterów to ciągła walka o przetrwanie, a mimo posiadania nieruchomości i tak żyją w skrajnej nędzy. Tutejsza rzeczywistość sprawia, że  spokojnie mógłby to być dramat, jednak sposób przedstawienia historii przez Steinbecka oferuje nam zupełnie co innego. Danny i spółka niezwykle pozytywnie podchodzą do otaczającego ich świata, a wytrwale w tym pomaga im wino. I chociaż to pijaczkowie podbierający ci jajka z kurnika, to nie sposób w końcu nie zapałać do nich sympatią i myśleć o nich źle. Zazwyczaj mają bardzo dobre zamiary, ale gdzieś po drodze ich pokrętna logika doprowadza do bardzo przewrotnych, zabawnych wniosków. Sutkiem tego są działania zupełnie inne, niż początkowo zamierzali, i tak dobre zamiary kończą się tylko na zamiarach, aczkolwiek są oni święcie przekonani, że czynią dobrze (swoją drogą ile razy my potrafimy sobie tłumaczyć coś tak długo, aż w końcu wyjdzie na nasze?). Z czasem cała szóstka zaczyna mieć swój własny kodeks moralny i tworzy zgraną grupę, dla której spoiwem jest Danny. Dla niego są w stanie wiele zrobić, a on w zamian jest w stanie wiele im wybaczyć. 

Jest rzeczą dowiedzioną i wykazaną w wielu opowieściach, że dusza zdolna do najlepszych uczynków jest także zdolna do najgorszych przestępstw. Czy można znaleźć większego ateistę od staczającego się w rynsztok kapłana? Czy jest niewiasta bardziej namiętna i nienasycona od niedawnej dziewicy? A może to jednak tylko sprawa pozorów.

Książkę charakteryzuje prostota, naturalność i lekki, niewymuszony humor. Jest to czwarta książka Johna Steinbecka, ale pierwsza, która została doceniona przez czytelników i krytyków. A czy kryje ona w sobie coś więcej niż tylko banalne historyjki o alkoholikach? Wiecie, kiedy Jezus Maria opowiada przyjaciołom pewną historię, Pablo kwituje ją słowami: Mnie się podoba, bo nie ma żadnego specjalnego znaczenia, które od razu widać, a jednocześnie zdaje się coś znaczyć. I ja tak właśnie myślę o Tortilla Flat. Każdy epizod z życia bohaterów chce nam coś przekazać, nieść jakieś moralne przesłanie, które tylko czeka, aż je dostrzeżemy. Ja dostrzegłam i polubiłam sposób pisania Steinbecka, aczkolwiek Tortilla Flat jest dla mnie książką jedynie dobrą.




03 września

Sierpień w książkach, czyli podsumowanie miesiąca

Sierpień w książkach, czyli podsumowanie miesiąca
W sierpniu nie udało mi się pobić czytelniczego rekordu z lipca, ale utrzymałam normę, więc nie jest tak źle. Zupełnie nie chciało mi się w tym miesiącu czytać, i z książkami przeprosiłam się dopiero wtedy, jak za chwilę miał być wrzesień. Miałam urlop, z którego tydzień poświęciłam na naukę, a drugi spędziłam nad morzem, w Trójmieście. Jeśli będziecie w tamtych okolicach polecam wybrać się zwłaszcza do Gdyni Orłowo. 

Filmy / Seriale

Niewiele czytałam, ale i niewiele obejrzałam. Miesiąc zaczęłam od Konga: Wyspa Czaszki i naprawdę dobrze się na tym filmie bawiłam. Szczególnie podobał mi się tutejszy zwierzyniec. W kinie byłam na Bodyguard Zawodowiec i dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam: pokręconą komedię akcji z dużą ilością pościgów, wybuchów i nieco durnego humoru. Uśmiałam się na tym nieźle, z Reynoldsa i Jacksona wyszedł naprawdę fajny duet. W domu odpaliłam sobie po raz enty Władcę Pierścieni: Drużynę Pierścienia, i od razu miesiąc stał się lepszy. Jak ja kocham te filmy! We wrześniu przyjdzie pora na Dwie Wieże :) Z filmów to wszystko, a z seriali oglądałam tylko Grę o Tron. Nie bójcie się, nie będzie tu spoilerów. Nowy sezon na początku ogromnie mi się podobał, ale ile im dalej w las, tym było gorzej. Najbardziej dobijająca była ciągła teleportacja postaci. Ech. Po poprzednim sezonie w trybie natychmiastowym chciałam kolejny, teraz jakoś mi się do następnego nie pali. Polecam podsumowania odcinków pisane przez Gryzipióra oraz Catus Geekus na fejsie.


Opublikowane teksty

Garść statystyk

Wyświetlenia: 12 229 (było 10 155)
Liczba obserwatorów: 92 (było 86)
Liczba obserwatorów na facebooku: 60 (było 52)
Liczba obserwatorów na instagramie: 240 (było 182)

Co przeczytałam?


Najdalszy brzeg, Ursula K. LeGuin
Tehanu, Ursula K. LeGuin
Inny wiatr, Ursula K. LeGuin
Japoński wachlarz. Powroty, Joanna Bator
Nigdziebądź, Neil Gaiman

W sumie 5 książek, czyli nie jest tak dobrze jak w lipcu, ale utrzymuję swoją normę. Chyba muszę ją podnieść z 4 książek do 5, bo jak zawsze twierdziłam, że moja średnia to 4, tak ostatnio jest to książka więcej :) Byłam pewna, że skończyłam już Ziemiomorze, ale okazuje się, że zostały mi jeszcze Opowieści z Ziemiomorza. Jestem już w połowie, więc skończę na dniach. Książki czytałam pojedynczo, a nie w tym jednotomowym wydaniu, ale tekst ukaże się o całości. Japoński wachlarz. Powroty to najlepsza książka o Japonii, jaką do tej pory przeczytałam. Nigdziebądź to kontynuacja mojej przygody z Gaimanem i rany, jakie to było dobre! Początkowo czytałam tę książkę z wypiekami na twarzy, wszystko mi się w niej podobało, ale chociaż po drodze gdzieś ten zachwyt się zagubił, to i tak oceniam wysoko.


Stosik


Ani nie poszalałam w tym miesiącu z kupowaniem książek, ani specjalnie nie ma posuchy. Jest w sam raz. Zaczynając od góry mamy Rolanda Stephena Kinga, pierwszy tom Mrocznej Wieży, którą pożyczyłam od Kam. Mam nadzieję, że we wrześniu uda mi się przeczytać. Niżej są dwie książki, które już czytałam, ale Piąta pora roku i jej kontynuacja spodobały mi się tak bardzo, że musiałam mieć własne, papierowe egzemplarze. Mitologia nordycka Gaimana to pierwsza książka od... tak dawnych czasów, że nawet ich nie pamiętam, którą kupiłam w księgarni stacjonarnej po cenie okładkowej. Miałam zły dzień, weszłam do księgarni i wyszłam z książką. Zabawę w chowanego Ketchuma wygrałam u Kasi, za co bardzo dziękuje :) Lśnij, morze Edenu to też książka wygrana, ale na blogu Micha Kultury, który prowadzi Mirya. Również dziękuję :)

I to wszystko. Mam nadzieję, że we wrześniu dalej utrzymam swoje czytelnicze tempo bo nie łudzę się, że przeczytam więcej książek, kiedy zaczynają mi się studia (mój początek roku już w połowie miesiąca, a nie w październiku, ha). Chociaż, kto wie... wykłady bywają nudne :) 

31 sierpnia

Jaki piękny świat zniszczyliśmy. "Metro 2033" Dimitry Glukhovsky

Jaki piękny świat zniszczyliśmy. "Metro 2033" Dimitry Glukhovsky
Metro 2033 to już druga książka Dimitra Glukhovskiego, którą czytam. Pierwszą było Futu.Re, które wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie, chociaż nie ustrzegło się od wad. Podobne odczucia mam po lekturze Metra 2033, ale jeśli miałabym wybierać, która z tych dwóch książek bardziej mi się podobała, bez wahania wybrałabym Futu.Re. Metro 2033 to postapokaliptyczne science-fiction, natomiast Futu.Re to antyutopia, gdzie ludzie osiągnęli to, o czym od zawsze marzyli: nieśmiertelność. Dzisiaj jednak będę pisać o Metro 2033.

Zacznijmy od tego, że Metro 2033 to debiut Dimitra Glukhovskiego. Książkę tę pisał już jako nastolatek, a główny bohater, Artem, pokonuje tę samą trasę, którą Glukhovsky pokonywał w drodze do szkoły. Ciekawostką jest, że pierwsza wersja powieści została opublikowana w 2002 roku na stronie autora, ponieważ żadne wydawnictwo nie chciało jej wydać z jednego, konkretnego powodu. Jakiego? To już musicie znaleźć sami, ale raczej po lekturze książki, bo przed będzie to dla was spoilerem. Powiem tylko, że chodziło o końcówkę. Po kilku latach autor za namową fanów decyduje się przeredagować powieść, ale co ciekawe w tym procesie twórczym owi fani aktywnie mu pomagają, udzielając rad w kwestii funkcjonowania metra czy broni. Pierwsza wersja poprawionej powieści ponownie ukazała się w internecie, natomiast wersje papierowe ukazywały się kolejno w latach 2005 (wydawnictwo Esmo) i 2007 (wydawnictwo Populiarnaja Litieratura).

A potem, po jakichś pięciu minutach milczenia, prawie niesłyszalnie, mówiąc raczej do siebie niż do Artema, westchnął:
- Boże, jaki piękny świat zniszczyliśmy...

Fabuła książki sprowadza się do ponurej wizji ludzkości, która po zagładzie nuklearnej skryła się przed promieniowaniem w sieci moskiewskiego metra. Jak już wspomniałam, głównym bohaterem jest Artem, dziewiętnastoletni chłopak zamieszkujący stację WOGN-u. Aby ratować swoją stację i właściwie całą społeczność przed tajemniczymi Czarnymi, którzy schodzą z powierzchni na dół, chłopak musi dotrzeć do legendarnej stacji w sercu metra, Polis, i tam prosić o pomoc. Po drodze Artem spotka mnóstwo ludzi, z którymi będzie mógł zamienić kilka słów, którzy gotowi będą mu pomóc albo wręcz przeciwnie, zaszkodzić.

Mapa moskiewskiego metra jest zamieszczona na okładce książki

Głównym atutem Metra 2033 niewątpliwie jest klimat. Ciasny, duszny, ciężki. Niepokojący, szczególnie kiedy wraz z Artemem wchodziliśmy w ciemne tunele. Nie wiadomo było, co kryje się za zakrętem, nic nie było widać, nie mieliśmy światła, byliśmy sami, zdani tylko na siebie, a w ciemności umysł potrafi płatać różne figle. Tutaj pojawiają się elementy horroru/grozy, i to właśnie te momenty lubiłam najbardziej. Równie niesamowita jest atmosfera na stacjach, gdzie widzimy zagonionych do pułapki ludzi, niegdyś potężnych, a teraz zamkniętych w klatce. Bardzo podobał mi się początek książki, kiedy jesteśmy świadkami rozmowy grupy ludzi przy ognisku, pilnujących jednego z wejść do metra. To idealnie wprowadza czytelnika w ponurą atmosferę całości, w warunki, jakie panują w metrze.

Autor w jednym ze swoich wywiadów przyznaje, że postapokaliptyczna wizja świata jest jedynie pretekstem do snucia własnych przemyśleń o społeczeństwie. I to widać, ponieważ w książce mocno rozbudowany jest wątek filozoficzny. Metro 2033 to powieść drogi, w której Artem ciągle prze do przodu. W trakcie swojej wędrówki widzi ludzi, którzy nawet w obliczu własnej zagłady nie potrafią się ze sobą dogadać. W metrze znajdziemy wszystko: faszystów, komunistów, religijnych fanatyków, przemytników, kanibali, a każda stacja tworzy osobne państewko w całe sieci metra. Są wojenki między stacjami, kultura zanika, a człowiek, niegdyś pionier technologii i wielki zdobywca, cofa się w rozwoju. Nieubłaganie dążymy do samodestrukcji, a końcówka zostawia nas w fantastycznym poczuciu beznadziei. Filozoficzny aspekt książki to drugi, ogromny plus książki, ale traci na tym cała reszta, bo rozważań autora jest tu mnóstwo.

O ile łatwiej jest umierać tym, którzy w coś wierzą! Tym, którzy są przekonani, że śmierć to nie koniec wszystkiego. W oczach których świat dzieli się wyraźnie na białe i czarne, którzy wiedzą dokładnie, co trzeba robić i dlaczego, którzy niosą pochodnię idei, wiary, a w ich świecie wszystko wygląda prosto i zrozumiale. Tym, którzy nie mają żadnych wątpliwości, żadnych wyrzutów sumienia. Takim ludziom umiera się lekko. Umierają z uśmiechem.

Metro 2033 ma jedną, główną wadę. Identyczny zarzut miałam w kwestii Futu.Re, więc może to cecha charakterystyczna twórczości autora. Bo widzicie, lektura tej książki przypomina bieg przez wzgórza. Raz mamy z górki, raz pod górkę, i identycznie jest tutaj: raz czyta się to świetnie, by zaraz ugrzęznąć na jakimś fragmencie, który piekielnie się dłuży i jest po prostu przeraźliwie nudny. A potem znowu jest z górki i trafiamy na świetny fragment, by po chwili ponownie musieć piąć się pod górę. Niestety w książce takich momentów, gdzie w pocie czoła walczymy z tekstem wcale nie jest mało.

W tle przewija się mnóstwo bohaterów, ale praktycznie żaden nie zostaje z nami na dłużej. To tylko przystanki na drodze Artema, które cudownie pojawiają się wtedy, kiedy on ich potrzebuje. Niemniej jednak są oni przedstawieni bardzo dobrze, są realistyczni, a przyczepić się mogę do samego Artema. To postać do bólu nijaka, a chociaż w teorii ma być dorosłym, to zachowuje się jak nastolatek. Nasz młody wybawca moskiewskiej stacji metra przez większość czasu po prostu... jest, a innym razem denerwuje nas swoim przekonaniem o własnej wyjątkowości. I naiwnością, bo bez cienia refleksji przyjmuje każdą pomoc, jak nawinie mu się po drodze. Ale Artem to tylko przewodnik po świecie metra, osoba, dzięki której możemy zobaczyć świat autora. To nie on jest tu najważniejszy.

Jak więc ocenić Metro 2033? Sama nie wiem. Z jednej strony mamy fantastyczny pomysł i klimat, z drugiej dłużyzny, przez które sporo czytelników może odpuścić sobie czytanie po pewnej ilości stron. Fabuła, akcja i bohaterowie nie są mocną stroną tej książki, ale nawet jeśli ja sama zwracam na te elementy największą uwagę, to Metro 2033 wciąż miało w sobie to coś, co mnie do siebie przyciągało. I nie ważne, jak bardzo znudzona byłam danym fragmentem, po kilku minutach i tak brałam książkę znów do ręki i czytałam dalej. Ostatecznie daję jej ocenę 7. Metro 2033 mogę polecić fanom fantastyki, ponurych wizji przyszłości i filozoficznych rozważań z zastrzeżeniem, że lektura nie będzie należała do łatwych.


P.S. Wróciłam znad morza i powoli nadrabiam wszelkie blogowe zaległości. Stąd też dłuższa przerwa w publikacji postów :) 
 

18 sierpnia

Krótko o "Pożarze" i "Calamity" Brandona Sandersona

Krótko o "Pożarze" i "Calamity" Brandona Sandersona

Przeglądając posty, jakie ostatnio publikowałam, rzuciło mi się w oczy to, że dawno nie było tutaj wpisu o książkach Brandona Sandersona. Śpieszę dzisiaj ten karygodny błąd naprawić i oto post o dwóch tomach z serii Mściciele. Pierwotnie miałam o nich pisać osobno, ale właściwie niewiele mam do dodania, więc luźno wypowiem się na ich temat razem. Poza tym bardzo ciężko pisze mi się o kontynuacjach cyklu, bo nigdy nie wiem, co powinnam napisać, żeby nikomu przypadkiem czegoś nie zdradzić, a i często moje wrażenia z dalszych tomów są bardzo podobne do tych z pierwszego.

Po zakończeniu cyklu wciąż uważam Mścicieli za bardzo dobrą młodzieżówkę, ale w szerszej perspektywie oceniam ją jako przeciętną. Przez wszystkie trzy tomy Sanderson utrzymuje poziom, nieustannie zadziwiając nas swoją wyobraźnią. W Pożarze akcja przenosi się z Chicago do Babilaru, dawnego Manhattanu, gdzie niepodzielnie rządzi kolejny super-extra-silny Epik: Regalia. Nasi bohaterowie znów będą musieli na końcu pokonać głównego bossa, a po drodze zdjąć kilku pomniejszych; tym razem jednak nie odbywa się to tak zupełnie bez refleksji, bo znacznie więcej tu gadania i przemyśleń na temat tego, czy Epików da się naprawić. Ogromnie podoba mi się pomysł z ludźmi, którym moc poprzewracała w głowach stwarzając tych "złych superbohaterów", bo i lubię kiedy autorzy wnikają w naturę człowieka. Tym samym spodobały mi się też takie rozważania, czy Epicy są źli z natury. Babilar za to oferuje nam mnóstwo nowych cudów, bo tak jak poprzednie miasto mieliśmy zamienione w stal, tak tutejsze jest zatopione w wodzie. Dalej mamy też mnóstwo akcji, walk i pościgów, pokręconych metafor Dawida i humorystycznych dialogów między ekipą, a na końcu autor oferuje nam porządny plot twist, który wprawia nas w konsternację. Szczerze byłam zaciekawiona, jak Sanderson z tego wybrnie, ponieważ wydawało się, że wszystko jest już stracone i utkwiliśmy w naprawdę beznadziejnej sytuacji.


Wybrnął... kiepsko. W Calamity wszystko jest utrzymane w podobnym tonie jak w tomach poprzednich i komu podobały się dwie poprzednie części, ten nie zawiedzie się i tutaj. Problemem jest ta nieszczęsna końcówka. Być może pasuje ona do serii młodzieżowej, ale jeśli bym nie przypominała sobie co chwila, że czytam młodzieżówkę, to byłabym nią znacznie bardziej zawiedziona i rozczarowana. Dodatkowo w ogóle nie pasuje mi ona do Sandersona, który przyzwyczaił nas do mocnych i epickich rozwiązań. Końcówka jest tak nagła i przesłodzona do tego stopnia, że można przy niej pluć cukrem. Wiecie, w którejś z kolei części Strasznego filmu była taka scena, gdzie bohaterowie próbowali przekonać Sadako (ta dziewczynka z The Ring, co wyłazi ze studni), żeby nie robiła im kuku tekstami, że brak jej troski i domowego ciepła, co oni oczywiście mogą jej zapewnić. Wychodzili z założenia, że Sadako w głębi serca na pewno jest dobrą dziewczynką, a jedynie skrzywdzoną przez los. Sadako wtedy ze szkaradnego potwora zamienia się w śliczną dziewoję, promiennie się uśmiecha i dziękuje mówiąc, że uzdrowiła ją ich miłość. Mniej więcej tak można podsumować zakończenie tej serii.

Chodziło o nią. I o mnie. Musiałem coś powiedzieć. Coś romantycznego. Coś, co jej zawróci w głowie.
- Jesteś jak kartofelek! - krzyknąłem za nią. - Na polu minowym.
Zastygła w miejscu. Potem obróciła się do mnie z twarzą oświetloną przez na pół dojrzały owoc.
- Kartofelek? - zapytała bez emocji. - To najlepsze na co cię stać? Poważnie?
- To ma sens - odpowiedziałem. - Posłuchaj. Idziesz przez pole minowe i boisz się, że wylecisz w powietrze. I nagle następujesz na coś i myślisz: "już po mnie". Ale to tylko kartofelek. A jesteś uszczęśliwiony, znajdując coś cudownego tam, gdzie spodziewałeś się czegoś okropnego. Tym właśnie jesteś. Dla mnie.
- Kartofelkiem.
- Oczywiście. Frytki? Puree? Kto by nie lubił kartofelków?
- Mnóstwo ludzi. A dlaczego nie może to być coś słodkiego jak ciasteczko?
- Bo ciasteczko nie wyrosłoby na polu minowym. Oczywiście.

Z plusów bardzo podobał mi się wątek Megan i rozwinięcia jej mocy. Niestety nic nie mogę powiedzieć więcej, bo za bardzo wam zdradzę fabułę. Trochę się też obawiałam trójkącika miłosnego, ale na szczęście okazało się, że niczego takiego nie było. I chociaż wątek romansowy tutaj jest, to nie jest on drażniący ani wysuwający się na pierwszy plan. Muszę też dodać, że mimo mojego narzekania na końcówkę i przeciętność serii ogółem, to Calamity połknęłam w jeden dzień, a i poprzednie tomy dużo czasu mi nie zajęły. Sandersona jak zawsze świetnie się czyta, bo nawet jeśli nie ma tu jakiegoś mocnego tąpnięcia, to jego styl wciąż jest lekki i przyjemny, a wyobraźnia zachwyca.

Konkluzja jest więc taka, że Mściciele to naprawdę dobra seria młodzieżowa, ale nic więcej. Nie wywoła w nas burzy emocji ani nie zostawi z kacem książkowym, nie znajdziemy w niej bohaterów, za którymi będziemy tęsknić czy fabuły, do której będziemy wracać. To seria dobra na raz, i tyle. Absolutnie nie można jej porównywać z innymi dziełami Sandersona, tj. z Archiwum Burzowego Światła czy z Z mgły zrodzonym, bo to zupełnie inny kaliber i zwyczajnie nie wypada. Mściciele to seria prosta i przyjemna, którą miło było przeczytać, ale na pewno do niej nie wrócę i szybko o niej zapomnę. Chociaż wciąż bardzo chciałabym zobaczyć ją na wielkim ekranie, bo dalej utrzymuję, że to seria świetna do ekranizacji. Komu mogę ją polecić? Przede wszystkim fanom akcji i superbohaterów. Czy mogę Mścicieli polecić wielbicielom twórczości Sandersona? Myślę, że nie do końca, ale patrząc realnie każdy fan tego autora i tak w końcu na te książki trafi. Proponuje wtedy nie mieć zbyt wysokich oczekiwań, bo możecie się srogo rozczarować.

W serii:
1. Stalowe serce 7/10
2. Pożar 6/10
3. Calamity 6/10




10 sierpnia

Jak odstresować się w trakcie egzaminów, czyli "Zawód Wiedźma" Olgi Gromyko

Jak odstresować się w trakcie egzaminów, czyli "Zawód Wiedźma" Olgi Gromyko
 
Książki Olgi Gromyko były polecane mi już od dawna, ale dopiero w tym roku udało mi się po jakąś sięgnąć. Zrobiłam to w trakcie sesji, co było doskonałym wyborem, bo Zawód Wiedźma to książka luźna i niewymagająca, dokładnie taka, jakiej potrzebowałam w trakcie wzmożonego wysiłku umysłowego. Nie jest skomplikowana, nie jest rozbudowana, napisana jest prostym, swobodnym, czasem wręcz potocznym językiem, dodatkowo ma fragmenty, które autentycznie mnie rozbawiły. Ci, którzy szukają w książkach intelektualnej rozrywki, niech sobie książkę odpuszczą; natomiast tych, którzy chcą po prostu przyjemnej, acz porządnej książki rozrywkowej na wakacje, zapraszam do dalszej części posta.

Główną bohaterką i narratorką całej powieści jest Wolha Redna, młoda adeptka sztuk magicznych, która jako jedyna na swoim roku wybrała specjalizację w magii praktycznej wbrew ogólnemu poglądowi, że "magia praktyczna nie jest dla dziewczyn". No bo która chciałabym walczyć z bazyliszkiem czy chodzić na uroczyska, gdzie czekały strzygi? Nie, normalne dziewczęta preferują kobiece zajęcia, jak wróżbiarstwo, zielarstwo czy uzdrawianie. Wolha jednak ma ognisty temperament, cięty język i bystry umysł, jest porywcza, niecierpliwa i, jak sama o sobie mówi, "chyba za mało było we mnie współczucia, bym miała leczyć ludzi. A strzygi chyba współczucia nie wymagają". Dziewczyna w wolnych chwilach robi psikusy zarówno wykładowcom, jak i kolegom z roku, a przez całokształt otrzymała przydomek W.Redna.

Książka dzieli się na dwie części. Pierwsza rozpoczyna się wędrówką naszej bohaterki do Dogewy, miasta wampirów, gdzie źle się dzieje, bo następują niewytłumaczalne zgony, a wysyłani na pomoc magowie nie wracają. W drugiej dostajemy trochę studenckich żartów z Wyższej Szkoły Czarodziejów, Pytii i Zielarek, a potem standardową opowieść fantasy, gdzie drużyną wyruszamy ku przygodzie.

- Ależ wy, magowie, macie tajny alfabet, ani jednej runy nie potrafię odczytać!
- Gdzie? A, to po prostu ja mam takie pismo.

Zacznijmy od kilku najważniejszych faktów, czyli na przykład od tego, że książka pisana jest w narracji pierwszoosobowej. Jest to fantasy humorystyczne, gdzie ten humor faktycznie śmieszy i w żaden sposób nie jest wymuszony. Bohaterowie są złośliwi i bezczelni (szczególnie Wolha), wielokrotnie bawiły mnie ich docinki i przepychanki słowne pod swoim adresem. Również narracja skrzy od złośliwości i autoironii. Kilkukrotnie śmiałam się w głos podczas czytania i chociaż początkowo nie byłam do tej książki przekonana, tak pod koniec stwierdziłam, że naprawdę miło spędziłam przy niej czas.

Pierwsza część to trochę powieść pisana na dwóch bohaterów, gdzie ona spotyka Czarującego, Przystojnego Wampira, który jest nią zainteresowany i wzajemnie. Zaznaczam jednak, że to nie jest romans, absolutnie nie, chociaż gdzieś tam w domyśle widzimy, że ta dwójka ma się ku sobie, ale w żadnym fragmencie książki nie wychodzi to na pierwszy plan. Skupiamy się na rozwiązaniu problemów Dogewy, czyli na poszukiwaniu czegoś, co wesoło grasuje sobie w mieście i sieje mord, oraz na poznaniu wampirzej społeczności, bo Wolha przy okazji chce napisać na ich temat pracę zaliczeniową. Wspomnę tutaj, że strasznie podoba mi się pierwsza strona książki, która przedstawia tytułową stronę z pracy dyplomowej. W kwestii wampirów Wolhę czeka dużo niespodzianek, bo nie są one takie, jak przedstawia je ogólnodostępna i akceptowana wiedza. Dociekliwa Wolha sprawdzi większość, jeśli nie wszystkie mity na ich temat w praktyce (no bo w końcu jaki czosnek działa na wampiry? "Czy powinien być zimowy czy letni? Wyhodowany z ząbka, czy z odroślą? Czy do obrony nada się zielona nać? A niedojrzałe różowawe główki i kwiaty?"). W części drugiej ekipa poszerza się o klnącego jak szew trolla. Świat zarysowany jest dobrze, choć nie jest specjalnie rozbudowany, mamy w nim pełno magicznych istot takich jak mantykorę, smoka, trolle, gnomy i kto wie, co w tej fantastycznej menażerii jeszcze się znajdzie. 

Kryna skinęła pokrzepiająco i znikła w kuchni, zostawiwszy mnie sam na sam z moim mózgiem, czyli praktycznie w samotności.

Wspomnieć muszę jeszcze o wampirach. Widzicie, od czasów Zmierzchu mam prawdziwy uraz do tych istot. Tym bardziej że moja mama Zmierzchem mnie katowała, ciągle go oglądając i zaczytując się w książkach, do których później musiałam drukować fanfiction. Mnóstwo fanfiction. Olga Gromyko wyleczyła mnie z tych uprzedzeń, robiąc z wampirów normalną społeczność, która tak naprawdę niewiele się od ludzi różni. Nie znajdziemy tutaj wyniosłych krwiopijców, którzy śpią w trumnach i wysysają krew z dziewic. Tutejsze wampiry mają nietoperze skrzydła, które chowają pod płaszczem, cierpią na choroby zębów, uprawiają pola, handlują i kłócą się o krowy. W wątku z Dogewy można się też dopatrywać poruszenia tematów tolerancji, ksenofobii i tego, jak ludzie boją się nieznanego i wierzą w krzywdzące stereotypy. 

Zawód Wiedźma pozostaje mi tylko polecić. Czytając tę książkę czułam się jak w domu i spędziłam przy niej kilka przyjemnych godzin odstresowując się od egzaminów. Słowiańskie klimaty, dużo żartów, barwni bohaterowie i akademicka otoczka to coś, co bardzo przypadło mi do gustu. Ten tom otwiera Kroniki Belorskie, a ja na pewno sięgnę po kontynuację, bo Zawód Wiedźmę ciągle mam w głowie i zwyczajnie bardzo chcę do tego świata wrócić. A wam książkę polecam, bo to świetna rozrywka i idzie się przy tym nieźle pośmiać :)




05 sierpnia

O magii pełnej światła. "Czarny Pryzmat" Brent Weeks

O magii pełnej światła. "Czarny Pryzmat" Brent Weeks

Brent Weeks debiutował w 2008 roku trylogią Nocny Anioł, której pierwszy tom ukazał się w Polsce w 2009 roku nakładem wydawnictwa MAG. Czarny Pryzmat rozpoczyna jego drugą serię fantasy, tj. Sagę Powiernika Światła. Cykl liczy sobie w tej chwili cztery tomy, a planowany jest jeszcze jeden. Brent Weeks to dość popularny i wysoko oceniany autor, nie jest więc dziwne że ja, jako fanka fantastyki, w końcu natknęłam się na jego książki. Spotkanie to jednak nie wypadło dość dobrze. Dużo oczekiwałam po tym autorze, który jest porównywany do Sandersona, a po przeczytaniu książki mogę stwierdzić, że tę dwójkę porównywać można tylko pod względem kreacji świata. 

Czarny Pryzmat to opowieść złożona i wielowątkowa. Historię rozpoczynamy z perspektywy Kipa, grubego, pierdołowatego chłopca, którego wioska została zaatakowana przez samozwańczego króla Garadula, by zrobić z nich przykład. Kip będzie próbował przeżyć, a chwilę potem okaże się, że jest synem Bardzo Ważnego Człowieka, o czym, rzecz jasna, nie wiedział. Powieść poznajemy też z perspektywy Karris, czarnogwardzistki, twardej żołnierki, która jest jedną z lepiej wykreowanych postaci kobiecych w tej książce, a także od strony młodej Liv, córki generała Danavisa, która w stolicy Chromerii uczy się na krzesicielkę. Na pierwszy plan wysuwa się jednak tytułowy Pryzmat, Gavin Guile, który jest postacią ze wszech miar niejednoznaczną. Nie można jasno określić, czy jest on dobry, czy zły; trudno nawet stwierdzić, czy się go lubi, czy nie. Gavin Guile jest najpotężniejszym krzesicielem swoich czasów, który jako jedyny włada całym spektrum barw. Ze względu na swoją moc jest Pryzmatem, cesarzem, choć tak naprawdę jedynie figurantem i nie sprawuje realnej władzy. Przy okazji jest też nieprzyzwoicie bogatym, przystojnym i charyzmatycznym mężczyzną, w łóżku którego chciałaby znaleźć się niemal każda niewiasta. 

- Jesteś świetny, Kip. To jak zmęczenie młodszego brata, którego nigdy nie miałam. 
Och, porównanie do młodszego brata. Każdy facet chce usłyszeć coś takiego od pięknej dziewczyny. Właśnie mnie wykastrowała.

Generalnie w książce znajduje naprawdę bogata ilość postaci i nie sposób wymienić każdej. Większość jest wykreowana porządnie, każda z nich ma swój indywidualny charakter, a jest ich taka ilość, że każdy znajdzie kogoś dla siebie. Najmocniejszą postacią jest niewątpliwie sam Gavin, ale na uwagę zasługuje też Żelazna Pieść, umięśniony dowódca z poczuciem humoru, który mocno skrywa, oraz genialny strateg, generał Danavis. Fabuła jest po brzegi wypchana intrygami, spiskami, i nie wszystko jest tutaj takie, jak się wydaje. Mamy wojnę, sceny batalistyczne, trochę politykowania, manipulowania ludźmi, humor i przygody. W pierwszej części autor raczej nas wprowadza w swój świat i wyjaśnia mechanizmy jego działania, w drugiej jest znacznie więcej akcji. Brent Weeks miał naprawdę świetny pomysł na system magii, który opiera się na świetle, oraz na sam świat z jego intrygami, pomniejszymi wojenkami między państwami, które wciąż żywią o coś urazę i chcą ugrać jak najwięcej dla siebie, oraz wiarą w Orholama, Pana Światła. Magia w Czarnym Pryzmacie w skrócie polega na tym, że obdarzona mocą osoba (krzesiciel) może krzesać jeden albo dwa kolory, ale zawsze jest też obecny jeden Pryzmat, który krzesa wszystko (taki Z mgły zrodzony, haha). Autor dobrze to sobie obmyślił, wprowadzając też mnóstwo niuansów, takich jak to że krzesanie zielonej barwy odpowiada dzikości, a większość kobiet to superhromatki co sprawia, że świetnie rozróżniają kolory.

Grafika ze starej okładki

No dobrze, więc przejdźmy teraz do tego, w czym tkwi problem. Jednym z moich głównych zarzutów do książki Brenta Weeksa jest niespójność bohaterów. Na przykład taki Kip. Chłopak bardzo często podejmuje kompletnie niedorzeczne decyzje tylko po to, by autor miał o czym pisać i by popchnąć fabułę do przodu. Nie wiem, co innego mogłoby stać za decyzjami Kipa, ale na pewno nie logika i instynkt przetrwania. Chłopak radośnie pcha się do obozu wroga, odzywa się wtedy, kiedy naprawdę nie powinien, robi sobie wrogów przez bezczelne i pyskate odzywki, które są tak bardzo nie na miejscu, że aż rażą, nie szanuje autorytetów i tradycji, chociaż sam jest tylko małym trybikiem w wielkiej maszynie. Kip ma też ogromne skłonności do użalania się nad sobą, przy czym to użalanie przewija się kilkukrotnie przez całą książkę i zazwyczaj dotyczy tego samego, więc w pewnym momencie naprawdę można mieć tego dość. W niespójności towarzystwa dotrzymuje mu Liv, młoda dziewczyna uczona w Chromerii na krzesicielkę, która wesoło przyklaskuje głupim decyzjom Kipa i sama podejmuje równie idiotyczne. Za szczyt uznałam to, że ma pretensje do ojca kiedy ten zgodził się pracować dla wroga, co nie przeszkadza jej w owym wrogu się podkochiwać. Ręce opadają.

- Dobrze - powiedział Kip. - Przynajmniej mamy tu nad czym popracować. Jak na pocałunek wyszło to trochę niezdarnie, ale rozumiem twój zapał. I rozumiem, że jak ma się taki pysk jak twój, to nie często nadarza się okazja do ćwiczeń. Ale powiedziałem, żebyś mnie pocałował w tyłek. W tyłek. Nie w twarz. Tyłek. Twarz - Kip wskazywał odpowiednie części ciała. - Jest różnica. Spróbuj jeszcze raz, ale tym razem z uczuciem.

Inną sprawą jest pewna toporność w tłumaczeniu swojego świata. Bardzo rzadko mam problemy ze zrozumieniem nowego systemu magii, ale tutaj naprawdę szło mi to opornie i nie wiem, co jest tego powodem. Może przesadna drobiazgowość? Może to, że jak już dostawaliśmy informacje o świecie, to byliśmy zarzucani informacjami na kilka stron? Dodatkowo czasem miałam wrażenie, że autor nie bardzo przemyślał sobie historię, którą chce opowiedzieć. To znaczy w szerszej perspektywie przemyślał sobie wszystko, świetnie zbudował intrygę (która, nawiasem mówiąc, jest potężna, chociaż zadziwiająco łatwo można tutaj oszukać ludzi), ale dorabiając kolejne warstwy powieści czasem zapominał, co napisał wcześniej. Przez to zdarzają się momenty, gdzie autor sam sobie zaprzecza. Przykład: bohater Z mówi, że jego oszustwo może odkryć tylko bohaterka X. Parę stron dalej już twierdzi, że zdemaskować go mogą tylko bohaterowie poprzedniej wojny, którzy siedzą w danej sali. Nie chciało mi się już grzebać i wypisywać kolejnych przykładów, ale zdarzały się sytuacje w których czułam, że coś mi nie gra i chyba wcześniej autor pisał co innego.

A tu grafika z innego, angielskiego wydania

Książki Brenta Weeksa nie czytałam z przesadnym entuzjazmem. I nie mówię tu o wcześniejszych moich zarzutach, ale chodzi mi o styl autora. Bo widzicie, z jednej strony naprawdę chciałam wiedzieć, co będzie dalej i o co w tym wszystkim chodzi, ale z drugiej zupełnie nie chciało mi się tego czytać. I to nie tylko ja, ponieważ Kam, która czytała tę książkę przede mną miała identyczne odczucia. Myślę że tą niechęć do czytania mogą powodować dłużyzny, opisywanie scen od a do z, bo niektóre fragmenty naprawdę można było skrócić czy przyśpieszyć. I tak oto moi drodzy wychodzi nam taka cegiełka na 800 stron. Inna sprawa to język. Nie wiem, czy jest to wina tłumaczenia czy tak też jest w oryginalne, ale powieść Brenta Weeksa przypomina mi literaturę młodzieżową. Bohaterowie czasem używają młodzieżowego slangu, jest mnóstwo zwrotów nowoczesnych, szczególnie w dialogach, a całość jest napisana bardzo prostym językiem. Dodatkowo autor zwraca uwagę na kobiecą aparycję tak, jak robił by to nastolatek. Bardzo często zdarzają się wstawki, że Kip gapi się na jej pierś, ale nie chce i nie powinien, co nie przeszkadza mu zerknąć sobie znowu, bo ona taka piękna, co z tego że wokół leje się krew i padają trupy. Właściwie narracja z perspektywy Kipa jest dość... rubaszna (żarty z kobiecą bielizną, potykanie się tak, że akurat wpada między piersi) i prawdopodobnie miało to śmieszyć. Drugi zasób żartów dotyczy samego Kipa i wyśmiewania się z jego tuszy i pierdołowatości. Cóż, mnie to wszystko nie śmieszyło.

Niektórzy ludzie nie radzą sobie z mocą, z władzą. Niektórzy ludzie wydają się przyzwoici, dopóki nie dasz im niewolnika, bo wtedy okazują się tyranami, biją go i gwałcą. Władza to próba. Wszelka władza i moc to próba.


Podsumowując, autor miał naprawdę fajny i ciekawy pomysł na książkę, stworzył fantastyczną intrygę, co do której chce się poznać, jak to wszystko się skończy i o co tu w ogóle chodzi, ale wykonanie wyszło mu dużo gorzej. Jego system magii jest oryginalny i stoi na wysokim poziomie, świat zbudowany jest solidnie, bohaterów przez książkę przewija się mnóstwo, widać, że jest to fantasy na większą skalę. A jednak ja czuję się rozczarowana, bo oczekiwałam czegoś… bardziej na poważnie, czegoś zbliżonego do poziomu Sandersona, a dostałam taki misz masz z literaturą młodzieżową. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego seria i sam autor cieszy się dużą popularnością, ale ja sama mam bardzo mieszane odczucia w stosunku do tej książki i nie potrafię określić, czy ona mi się podobała, czy nie. Teoretycznie książka ma w sobie wszystko to, co lubię w literaturze fantasy (oryginalny system magii, plejada barwnych bohaterów, humor, sceny batalistyczne, intryga, rozmach...), ale wykonanie odebrało mi przyjemność z czytania. Pewnie i tak sprawdzę, co będzie dalej, chociaż na kolejne tomy Sagi Powiernika Światła patrzę trochę z rozpaczą, bo są grubsze niż tom pierwszy. Serię polecałabym raczej młodszym fanom fantastyki, bo ma największe szanse trafić właśnie do nich. Polecam ją też osobom, które po prostu chcą przeczytać coś niezobowiązującego i prostego, ale jeśli razi was niespójność bohaterów i nie lubicie młodzieżówek, to lekturę bym odradzała.



P.S. Polecam też zajrzeć do recenzji tej książki u Wiedźmy z bloga Wiedźmowa Głowologia :)



Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger