19 listopada

Międzygalaktycznej podróży ciąg dalszy. "Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta" Douglasa Adamsa

Międzygalaktycznej podróży ciąg dalszy. "Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta" Douglasa Adamsa
 

Po Autostopie przez Galaktykę szybko przyszła pora na następne tomy zwariowanej, kosmicznej podróży Douglasa Adamsa. Tym razem za jednym zamachem przeczytałam tom drugi oraz trzeci, ponieważ w moje ręce wpadło ich zbiorcze wydanie, które nie tak dawno wypuściło Zysk i S-ka. Seria w sumie ma sześć tomów, chociaż ostatni był już pisany przez innego autora po śmieci Adamsa. Jako że zamierzam przeczytać wszystkie, to jestem już na półmetku.

Restauracja na końcu wszechświata bezpośrednio podejmuje wątki opowiedziane w tomie pierwszym. I tak nasza wesoła zgraja faktycznie leci do restauracji coś zjeść, a czyż nie istnieje lepsze miejsce do spożycia posiłku niż tytułowa restauracja na końcu wszechświata? Zwie się ona Milionowa i faktycznie pokazuje moment zakończenia istnienia wszystkiego. Zanim jednak nasi bohaterowie dotrą do swojego celu, po drodze przeżyją mnóstwo zakręconych i absurdalnych przygód, i omal nie zginą przez to, że Artur Dent zażyczył sobie herbaty. Aha, a wiedzieliście może, że istnieje teoria, że jeśli ktoś kiedyś się dowie, dlaczego powstał i czemu służy wszechświat, to cały kosmos zniknie i zostanie zastąpiony czymś znacznie dziwaczniejszym i jeszcze bardziej pozbawionym sensu?. No cóż, istnieje także teoria, że już dawno tak się stało.


Wiadomo, że istnieje nieskoczenie wiele światów, choćby dlatego, że istnieje nieskończona przestrzeń, w której mogą się znajdować. Nie każdy jest zamieszkany, dlatego liczba zamieszkanych światów musi być skończona. Każda skończona liczba podzielona przez nieskończoność daje (prawie) zero. Można więc stwierdzić, że średnia populacja we wszechświecie wynosi zero. Wynika stąd, że ludność wszechświata wynosi zero, a ludzie, których spotyka się od czasu do czasu, są wytworem chorej wyobraźni.


Wiele osób twierdzi, że drugi tom kosmicznej przygody Artura i spółki rozczarowuje w porównaniu do swojej poprzedniczki, dla mnie jednak był to tom tak samo dobry, jak i poprzedni. Autor znów serwuje nam dużą dawkę humoru i absurdu, drwi i kpi z wielu rzeczy, a jego wyobraźnia wciąż mnie zadziwia. Mało tego, Restaurację czytało mi się właściwie lepiej niż Autostopem przez Galaktykę i zwalam to na karb tego, że w tej części łatwiej było się połapać w tym, co, kto i dlaczego. Wydaje mi się też, że Restauracja była też zwyczajnie bardziej spójna fabularnie. A może to po prostu wina tego, że tym razem od początku byłam przygotowana na to, co serwuje ta seria? Ciężko mi stwierdzić jednoznacznie, ale z pewnością tom drugi w moich oczach niczym nie ustępuje jedynce.

Inna rzecz ma się natomiast z Życie, wszechświat i cała reszta, ponieważ tutaj czuć było już zmęczenie materiału. Ta część nie była już taka zabawna, humor był dla mnie wymuszony, zaprezentowana intryga mocno naciągana... Całość strasznie mi się dłużyła i nie mogłam się już doczekać, kiedy dobrnę do końca. Aby oddać książce sprawiedliwość, muszę zaznaczyć, że problem miałam w większości z drugą jej połową. Świetne były dla mnie strony, kiedy to nasi bohaterowie utkwili w prehistorii, było też później kilka cudownych momentów, które potrafiły mocno mnie rozbawić i z których wypisałam sobie kilka bezbłędnych cytatów. Jeśli brać jednak pod uwagę całość, to powieść była dla mnie męcząca. Także bohaterowie jakby stracili swoje charaktery, jedynie Zaphod i Marvin pozostali sobą. A o Trillian to już chyba zapomniał każdy, łącznie z autorem.


Latanie to sztuka, a raczej sztuczka. Dowcip polega na tym, by nauczyć się rzucać na ziemię i nie trafiać w nią.


Niezwykle trudno jest mi więc ocenić te dwa tomy razem, ponieważ mam w stosunku do nich zupełnie inne odczucia. Restauracja na końcu wszechświata to dobra kontynuacja, pełna absurdu i humoru, ale Życie, wszechświat i cała reszta niestety już męczy. Pozostaje mi mieć nadzieję, że w tomie czwartym autor wrócił do formy i kosmiczna przygoda znów rozbawi mnie do łez. Niewątpliwie Douglas Adams był osobą obdarzoną niezwykłą wyobraźnią i inteligencją, i jego książki po prostu warto znać. Autostopem przez Galaktykę to... to po prostu Autostopem przez Galaktykę, seria jedyna w swoim rodzaju, którą niepodobna jest porównać do czegokolwiek innego. Jeśli się wahacie, przeczytajcie chociaż ten pierwszy tom, ponieważ po nim będzie wiedzieli już, czego się spodziewać, a jest on na tyle zamkniętą całością, że nie trzeba po nim czytać kontynuacji. Ja ze swojej strony gorąco polecam, nawet jeśli część trzecia trochę mnie rozczarowała.

W serii:
1. Autostopem przez Galaktykę
2. Restauracja na końcu wszechświata
3. Życie, wszechświat i cała reszta


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!



14 listopada

O zmianach w Legimi, czyli aktualizacja informacji

O zmianach w Legimi, czyli aktualizacja informacji

W ostatnich tygodniach bardzo popularnym wpisem na blogu jest post o Legimi. Ponieważ pisałam go parę miesięcy temu i trochę się już zdezaktualizował, to postanowiłam zrobić update. Oczywiście główną i najważniejszą zmianą jest to, że teraz Legimi dostępne jest na Kindle.

Post, który opublikowałam w marcu, możecie przeczytać pod tym linkiem.

Dla tych, którzy nie wiedzą, Legimi jest abonamentem na książki. Płaci się określoną kwotę miesięcznie w zależności od pakietu, który wybierzemy, a w zamian możemy czytać książki. Mnóstwo książek. Baza Legimi ciągle się powiększa, a jedyną jej wadą jest to, że nie ma w niej starszych pozycji (oprócz lektur), nie znajdziemy też książek specjalistycznych. Jeśli więc jesteście zainteresowani abonamentem, najpierw sprawdźcie, czy są tam książki, które was interesują, żeby potem się nie przejechać. Pamiętajcie też, że książki te nie pozostaną waszą własnością. Kiedy wasz pakiet wygaśnie, dostęp do pobranych książek zostanie zablokowany. To jak wirtualna biblioteka za opłatą.

Jak i na czym można czytać?

Żeby móc korzystać z Legimi musicie mieć pobraną na swoje urządzenie aplikację o tej samej nazwie. Z tego też powodu nigdy nie było możliwe korzystanie z niego na Kindle, ponieważ Amazon nie pozwalał na instalowanie w swoim systemie obcego oprogramowania. A jednak niemożliwe stało się możliwe i oto teraz możemy korzystać z Legimi na Kindle! Nie wiem jak wy, ale ja się strasznie z tego cieszę.

Niestety nie wszystkie Kindle będą obsługiwały Legimi - mój staruszek się na to nie łapie. Muszą to być czytniki dotykowe, czyli Kindle Touch, 7, 8, Paperwhite 1-3, Voyage i Oasis. Oprócz Kindle oczywiście Legimi można używać na tablecie, telefonie, komputerze czy innych czytnikach, na przykład takich jak InkBook czy PocketBook, które firma zresztą ma w ofercie za złotówkę.

Cena i co w nią wchodzi

Tutaj też rzecz uległa zmianie. Cena na ebooki 300, 1000, 1500 i ebooki bez limitu jest taka sama, ale od tej ostatniej opcji wydzieliły się audiobooki. Jeśli więc lubimy słuchać książek, to musimy zapłacić 7 zł więcej, niż w przypadku samych ebooków.

Przedstawiony cennik ma zaznaczony punkt "z umowa na 12 miesięcy". Bez umowy będzie to ta przekreślona cena. Cennik można znaleźć tutaj.




Bez limitu, ale z limitem

W przypadku urządzeń, które nie pochodzą od Amazona, książek naprawdę możemy pobierać nieograniczoną ilość, natomiast Kindle ma już limit nawet w ofercie bez limitu. Początkowo były to 3 książki w ofercie "tylko ebook", a kiedy wybieraliśmy ebooki+audiobooki książek do wyboru było 5. Firma jednak wzięła pod uwagę ogromny głos niezadowolenia (co się chwali) i zwiększyła ten limit do odpowiednio 7 i 10 książek na miesiąc. Dla mnie to zdecydowanie wystarczająca ilość, tym bardziej że książki, które dodamy w jednym miesiącu, pozostają na półce w miesiącu kolejnym. Czyli jeśli na przykład nie przeczytamy ich w listopadzie, to one wciąż są z nami w grudniu, kiedy to mamy nowy limit na kolejne 7/10 książek do pobrania, w zależności od pakietu. Przy tym wciąż możemy zainstalować sobie Legimi np. na telefonie (oferta bez limitu obejmuje wszak kilka urządzeń) i pobierać tam książki bez ograniczeń, choćby po to, by przeczytać fragment i dopiero wtedy zdecydować, czy chcemy całość pobierać na Kindle, czy bez żalu książkę rzucić w kąt.

Warto też pamiętać, że w przypadku Kindle nie można brać pakietu na 300, 1000 lub 1500 stron, tylko trzeba brać od razu bez limitu. Kindle ma też zaoferowaną mniejszą bazę książek, bo tylko jakieś 7 000 zamiast 20 000.


Ale można czytać na dwa czytniki, co nie?

W zależności od wybranego pakietu z Legimi można korzystać na różnych urządzeniach. Pozwolę sobie tutaj przekopiować fragment z FAQ:

W przypadku pakietów Legimi 300, 1000 i 1500 można czytać na dowolnych urządzeniach (np. 2 czytnikach w pakiecie Legimi 300 lub 1 czytniku i 2 tabletach w pakiecie Legimi 1500), natomiast w pakiecie bez limitu można czytać na 4 urządzeniach w następującej konfiguracji: czytnik (w tym Kindle™), tablet (Android lub iPad), tablet lub komputer (Windows), smartfon (iPhone, Android lub Windows Phone).

Wynika z niego, że w przypadku pakietów z ograniczoną liczbą stron możemy czytać, na czym chcemy, ale w przypadku oferty bez limitu Legimi można instalować tylko na jednym czytniku. Jak się okazuje, od dawna nie jest to prawdą, ponieważ przez kontakt z supportem można było podłączyć drugi czytnik do konta za 10 zł. Legimi pisało o tym tutaj.

Teraz natomiast jeśli chcemy korzystać z Kindle i jeszcze jednego czytnika, to dopłata wynosi już 20 zł. A jeśli tym drugim czytnikiem jest czytnik z androidem, to limitu na nim nie mamy. Yay!

Legimi i ja

Legimi mam już rok i choć nie korzystam z niego na czytniku, bo nie mam jak, to zdążyłam przeczytać w nim całkiem sporo książek i kompletnie się w nim zakochać. Perspektywa, że mogę mieć Legimi na Kindle sprawia, że świat automatycznie staje się piękniejszy. Korzystanie z abonamentu na książki ani trochę nie sprawiło, że przestałam książki kupować czy nawet korzystać z bibliotek: łączę to wszystko i otaczam się książkami z każdej możliwej strony.

Legimi ma dla jedną, bardzo ważną zaletę, a mianowicie to, że często nie chcę kupować nowości, a chcę je przeczytać. Wiadomo, że miejsce na półkach prędzej czy później się skończy, i nie widzę sensu w kupowaniu każdej książki, która wpadnie mi w oko, a która może nawet mi się nie spodoba. Dochodzi też kwestia bardziej prozaiczna, a więc materialna, bo zwyczajnie nie jest mnie stać na te wszystkie książki, które chcę przeczytać. W bibliotece na nowości się czeka, a potem zazwyczaj rzuca się na nie mnóstwo ludzi, przez co trzeba stać w kolejce pół roku albo i dalej, by móc wreszcie przeczytać wypatrzoną pozycję (przykład: Opowieść podręcznej pojawiła się w mojej filii dość szybko po premierze, a ma rezerwację do marca 2018). A gdy już, już zbliża się twoja kolej, to okazuje się, że osoba przed tobą nie ma zamiaru tej książki oddać i przetrzymuje kolejny miesiąc albo dwa... W Legimi nie mam takiego problemu i czytam, co chcę i kiedy chcę. Cenowo kosztuje to książkę miesięcznie, a u nas kwota rozkłada się jeszcze na dwie osoby. Wygoda z takiego abonamentu jest niesamowita.

Dodatkowo posiadanie tej aplikacji w telefonie sprawiło, że czytanie we wszelkich kolejkach, zatłoczonych środkach komunikacji miejskiej i na nudnych wykładach stało się łatwiejsze :) Zaczęłam też testować audiobooki, z czego bardzo ucieszył się mój pies, bo nagle zaczęłam częściej chodzić z nim na spacery.

Podsumowanie

Konkluzja z tego taka, że Kirima koniecznie musi wymienić Kindle na nowszy, bo jest absolutnie nową opcją w Legimi zachwycona. Nasz abonament kończy się teraz pod koniec listopada, więc zrobimy przerwę, żeby wyczytać najpierw książki z półki i nie mieć wyrzutów sumienia, że abonament leci, kiedy się z niego nie korzysta... a potem hulaj dusza, piekła nie ma.

A jak wy się na to zapatrujecie? :)

11 listopada

Porzućcie wszelką logikę wy, którzy to czytacie, czyli "Autostopem przez Galaktykę" Douglasa Adamsa

Porzućcie wszelką logikę wy, którzy to czytacie, czyli "Autostopem przez Galaktykę" Douglasa Adamsa

Lubię absurdalny humor w książkach i dopóki nie przeczytałam Autostopem przez Galaktykę byłam pewna, że Terry'ego Pratchetta nic w tej kwestii nie przebije. Jak to zwykle bywa, zawsze znajdzie się ktoś, kto Ci udowodni, że się mylisz: w moim przypadku takim kimś był Douglas Adams. Jego książka pełna jest absurdów, które wyrwały się spod kontroli i wesoło hasały po kartach tej powieści. I chociaż wciąż wolę utrzymany w ryzach humor Pratchetta, to Autostopem przez Galaktykę ma swój niewyobrażalny urok.

Przekonanie się do tej książki nie przyszło mi jednak tak łatwo, jak można by się spodziewać. Potrzebowałam przebrnąć przez połowę, by w końcu zaakceptować kompletny brak logiki, przestawić się na zwariowane pomysły i obecny humor w stylu Monty Pythona (do którego zresztą autor pisał skecze), a potem zwyczajnie czerpać z tego frajdę. Kiedy to już zrobiłam, książka bardzo zyskała w moich oczach i wreszcie przestała mnie męczyć. Dlatego radziłabym to samo wszystkim osobom, które za Autostopem przez Galaktykę chcą się wziąć: wyłączcie myślenie, nabierzcie dystansu i po prostu dobrze się bawcie.

Autostopem przez Galaktykę zaczyna się dwa tysiące lat po tym, jak pewien człowiek został przybity gwoździami do drzewa za to, że mówił, jak to byłoby świetnie być dla odmiany miłymi dla siebie nawzajem. Oto mamy Artura Denta, zwykłego, przeciętnego Ziemianina w wieku około trzydziestu lat, któremu wielkie, żółte buldożery chcą skasować dom, aby w tym miejscu wybudować autostradę. Plany budowy rzeczonej autostrady były wywieszone od dziewięciu miesięcy w miejscowym biurze planowania i przecież Artur mógł się do nich odwołać: problem w tym, że nikt go o tym nie poinformował. Nie jest to jednak jego największe zmartwienie, ponieważ niedługi czas później na niebie pojawiają się międzygalaktyczne, żółte buldożery w celu zniszczenia Ziemi, bo ta stoi na trasie międzygalaktycznej autostrady. Wszak Ziemianie mieli 50 lat na odwołanie się od tej decyzji, plany wisiały na gwieździe Alfa Centauri... Szkoda tylko, że tak samo, jak w przypadku Artura i jego domu, nikt o tym nie wiedział, ba, nikt nie odkrył jeszcze życia pozaziemskiego.




Jak widzicie, już sam początek obiecuje nam jazdę bez trzymanki. Z miejsca rzuca się też w oczy, jak bardzo Douglas Adams wyśmiewa wszelką biurokrację. A takiego prześmiewczego, cynicznego humoru w książce jest całkiem sporo, i kiedy już przebijemy się przez opary kosmicznego absurdu, łatwo można dostrzec zaserwowaną nam przez autora satyrę na ludzkość. Dużo jego spostrzeżeń jest w punkt, a jednocześnie wiele fragmentów nas bawi; to trochę jak śmiech przez łzy, czyli bardzo podobnie, jak u Pratchetta, chociaż u Douglasa Adamsa więcej jest absurdu. Właściwie można powiedzieć, że Adams to taki Pratchett, tylko w wersji science-fiction.

Jedną z rzeczy, które Ford Prefekt uważał zawsze za najtrudniejsze do pojęcia w istotach ludzkich, był ich nawyk ciągłego stwierdzania i powtarzania najoczywistszych faktów, jak na przykład: "Ładną mamy pogodę" albo "Jesteś bardzo wysoki", albo "Kochanie, wygląda na to, że wpadłeś do trzydziestostopniowej studni, dobrze się czujesz?". Pierwsza z jego teorii wyjaśniających to niepojęte zachowanie głosiła, że jeżeli istoty ludzkie przestają ciągle ćwiczyć swoje usta, to ich otwór gębowy zarasta. Po kilku miesiącach rozważań i obserwacji Ford porzucił tę teorię na rzecz nowej: jeżeli istoty ludzkie przestają ciągle ćwiczyć swoje usta, ich mózg zaczyna pracować.


W kosmicznej wędrówce Artura Denta towarzyszyć mu będzie Ford Prefect, który przybył na Ziemię kilkanaście lat temu przyjmując takie nazwisko, jakie ma obecnie, bo uznał je za wystarczająco pospolite. Do ekipy w późniejszej części książki dojdzie Zaphod Beeblebrox, który został prezydentem Galaktyki w sposób niewiadomy nawet dla samego siebie, czy też cierpiący na depresję robot Marvin przekonany o tym, że wszyscy go nienawidzą.

Na pierwszy plan powieści zdecydowanie wychodzi humor i pomysłowość autora, która niejednokrotnie nas zadziwi. W książce spotkać możemy statek kosmiczny napędzany napędem nieprawdopodobieństwa, rybkę Babel, która wpuszczona do ucha pozwala rozumieć obce języki, komputer Głęboka Myśl, którego celem jest wybudowanie komputera, który nadejdzie po nim, a któremu parametrów operacyjnych nie jest godzien obliczyć, a także ostateczną odpowiedź na pytanie o życie, wszechświat i całą resztę. Dowiemy się też, czym właściwie jest Ziemia i kto nią włada i jeszcze mnóstwa innych rzeczy, o których pisać już nie będę, bo z tej krótkiej recenzji wyszedłby mi esej i streściłabym wam większość książki, na co mam wielką ochotę, bo tyle w niej było cudowności.




Autostopem przez Galaktykę jest książką science-fiction, a nawet więcej: jest klasyką science-fiction, która po raz pierwszy została wydana w 1979 roku. Czyta się ją świetnie, język jest prosty i łatwy w odbiorze, a technologicznego bełkotu, którego zawsze boję się w książkach sci-fi, w ogóle tutaj nie ma. Więcej tu kosmicznej, jedynej w swoim rodzaju parodii, którą czyta się z ogromną przyjemnością i która w ogóle się nie zestarzała. A czym właściwie jest Autostopem przez Galaktykę? Widzicie, jest to poradnik dla autostopowiczów, którego przewaga nad innymi polega na tym, że ma na okładce napis "Bez paniki", wydrukowany dużymi, sympatycznymi literami.

Tak więc moi drodzy, zachęcam Was do wybrania się w tą galaktyczną podróż i przestrzegam, byście nie zapomnieli swojego przewodnika, nie panikowali, i przede wszystkim zabrali ręcznik. Zdecydowanie warto zapoznać się z taką klasyką tym bardziej, że jak już zaczniemy, to nie wiadomo kiedy książka nam się skończy. W szczególności polecam ją fanom Pratchetta, o ile nie macie alergii na kosmiczne tło, a także wszystkim osobom, które są rozmiłowane w absurdalnym humorze. Ja sama jestem zachwycona i z pewnością sięgnę po dalsze części.


P.S. Ciekawostka: fani autora obchodzą Dzień Ręcznika, który polega na tym, by nosić go przez cały dzień ze sobą. Ma on miejsce 25 maja.


07 listopada

10 powodów, za które kocham "Belgariadę" Davida Eddingsa

10 powodów, za które kocham "Belgariadę" Davida Eddingsa


Belgariada Davida Eddingsa to seria mojego dzieciństwa. Kocham ją całym swoim sercem i całkiem niedawno ją sobie odświeżyłam. Odkryłam wtedy, że mimo upływu lat moja miłość do niej wcale nie zmalała. Belgariada to cykl odpowiedni zarówno dla młodych fanów fantasy, jak i dla tych dużych, o ile są oni gotowi na schematyczność i całkowicie nieambitną literaturę. Książki Eddingsa to po prostu świetna rozrywka. Mnie poprawiają one humor i choć czytałam je już dwa razy, to z chęcią przeczytam i po raz trzeci.

Wszystkie osoby, które nie są przekonane do tego cyklu lub o nim nic nie słyszały, zapraszam do dalszej części posta. Mam dla Was całe 10 powodów, za które ja darzę Belgariadę uwielbieniem. Mam nadzieję, że chociaż trochę Was przekonam, że jest to klasyka fantasy, po którą warto sięgnąć. Nie jest to seria wybitna ani oryginalna, ale za to solidna, wciągająca i idealna w tych momentach, kiedy chcemy coś lekkiego przeczytać. A jeśli jednak wciąż uważacie, że to nie dla Was, to pamiętajcie o młodszych czytelnikach fantasy, bo prawdopodobieństwo, że przypadnie im ona do gustu, jest bardzo duże. Belgariada to też świetna seria na początek przygody z tym gatunkiem.

No dobrze. To za co kocham Belgariadę?

1. Za prostotę

Belgariada to książka wypełniona po brzegi schematami, które każdy, kto choć trochę siedzi w fantastyce dobrze zna. Mamy więc chłopca wychowanego na wsi, nieświadomego swego pochodzenia, którego czeka wielkie przeznaczenie. Mamy drużynę pierścienia, która stopniowo się zbiera, by wyruszyć na wielką, niebezpieczną wyprawę w celu ocalenia wszystkiego. Mamy potężną magię i czarodziejów, bogów, którzy wchodzą w interakcję ze śmiertelnikami, a także proroctwo. Jest też niezwykle potężny, magiczny artefakt, który w rękach Głównego Złego spowoduje koniec świata. Wreszcie mamy jasno zarysowany obraz dobra i zła, gdzie oczywiście to dobro w końcu zwycięży. Belgariada to książka naprawdę prosta w założeniach, przewidywalna, jeśli chodzi o zakończenie, sporo czerpie od Tolkiena, i nie jest w żaden sposób oryginalna. Czasem jednak każdy z nas ma ochotę na taką właśnie powieść, i między innymi w tym tkwi jej urok.




2. Za przystępność, lekkość i dynamizm

David Eddings nie pisał skomplikowanym językiem, toteż książka jest bardzo lekka i przystępna w odbiorze. Jako że niektórzy błędnie mają przekonanie, że klasyka równa się archaiczny język, śpieszę wyprowadzić was z błędu: w Belgariadzie w ogóle takiego nie ma. No, chyba że akurat trafimy na część o Arendach... wtedy posypie się trochę "azaliży", ale jest to zabieg celowy i w zamierzeniu dowcipny. Z drugiej strony język dla niektórych może być wadą, bo nie jest on w żaden sposób ozdobny czy poetycki. Nie uświadczymy tutaj zbyt wielu opisów, a jak już są, to nie zanudzają; generalnie królują dialogi, przez co książkę czyta się jeszcze szybciej. Powieść nie jest także mroczna ani ciężka: ot, taka lekka i przyjemna powieść drogi.


- Azaliż świadom jesteś, Belgaracie, naszego nieszczęścia? Zaiste, w trudnej chwili zwracamy się do ciebie po radę. 
- Cho-Hagu - zirytował się Wilk. - Mówisz, jakbyś czytał marny arendzki epos. Czy te zaisty i azaliże są naprawdę konieczne? 
Cho-Hag spojrzał z zakłopotaniem na Anhega.
 - Moja wina, Belgaracie - wyjaśnił z żalem Anheg. - Wyznaczyłem skrybów, by zapisali przebieg naszego spotkania. Cho-Hag przemawiał do historii, nie tylko do ciebie. - Korona króla zsunęła się trochę i zawisła niebezpiecznie nad uchem. 
- Historia jest bardzo tolerancyjna, Anhegu - odparł Wilk. - Nie musisz wywierać na niej wrażenia. I tak zapomni większą część tego, co mówimy. 



3. Za dialogi...

...które aż skrzą od ciętego humoru i złośliwości. Bohaterowie w powieści Eddingsa nie raz i nie dwa dogryzają sobie nawzajem albo wręcz wchodzą w potyczki słowne. Na tym polu szczególnie bryluje Silk, który ma wyjątkowo cięty język i jest niezwykle sarkastyczny, co sprawia, że często ludzie mają go dość. Nasz wędrowny złodziej i akrobata potrafi najpoważniejszą sytuację zmienić w taką, z której będziemy się śmiać. Z cietęgo języka znana jest także Polgara, kobieta o niezwykle silnej osobowości, oaza rozsądku i spokoju... dopóki nie zaleziesz jej za skórę. Wtedy marny twój los.


4. Za humor

Jak może się już domyśliliście, humor w tej książce w większości spowodowany jest świetnymi dialogami. Poza tym często mamy żarty sytuacyjne lub też dowcip tyczy się samych postaci, które są na tyle barwne i zróżnicowane, że zawsze coś się w tym temacie znajdzie. Nie chcę jednak, byście nabrali przekonania, że Belgariada to komedia — to po prostu świetne, klasyczne fantasy okraszone sporą dawką humoru.




5. Za wiecznie irytującego wszystkich Silka

Silk to moja ulubiona postać w całej serii. Złośliwy, przebiegły, nonszalancki Drasanin o długim nosie, na którego punkcie ma kompleksy, a z którego wszyscy zdają się drwić. Niejednokrotnie wzbudza w nas śmiech swoimi tekstami i zachowaniem... i niejednokrotnie irytuje wszystkich wokół przez swoje dość ciężkie usposobienie. Silk dołącza do drużyny dość szybko razem z Barakiem, olbrzymim Cherekiem (aka wikingiem), i od tego momentu książka nabiera rozpędu.


- A mnie - niższy z mężczyzn położył dłoń na piersi - nazywają Silkiem. Skromne to imię, przyznaję, ale odpowiada mi. Pochodzę z Boktoru w Drasni. Jestem żonglerem i akrobatą. 
- A także złodziejem i szpiegiem - wtrącił dobrodusznie Barak. 
- Nikt nie jest bez wad - przyznał uprzejmie Silk, drapiąc swe nierówne bokobrody. 



6. Za Mimbratów i Asturów

Wspomniałam o nich wyżej i musiałam im poświęcić osobny punkt. Widzicie, Mimbraci i Asturowie są tak jakby wyjęci z epoki romantyzmu. Oba te narody są ze sobą skłócone od lat, a razem tworzą tak zwanych Arendów. Uwielbiają oni romantyczną i nieszczęśliwą miłość, a im bardziej jest nieszczęśliwa, tym lepiej. Toczą wielkie wojny o błahostki, a potem często nie pamiętają, o co właściwie poszło. Uwielbiają wszelki dramatyzm i porywy szlachetności, są waleczni i odważni, przy czym rozumem nie grzeszą. Z ich sposobu bycia często żartują i drwią sobie inne narody, chociaż nikt nie chce z nimi walczyć. Mimbraci to przedstawiciele typowych rycerzy, natomiast od Asturów dostajemy łuczników. Warto zaznaczyć, że Mimbraci wypowiadają się w specyficzny, archaiczny sposób, który jak ulał pasuje do ich rycerskiej osobowości.


7. Za postacie

W Belgariadzie mamy ich całą plejadę! Jak przystało na sztampową powieść fantasy, w naszej drużynie musi znaleźć się przedstawiciel każdego narodu, jaki autor wymyślił. Oczywiście poza tymi, którzy grają rolę złych. Postacie te są wyraziste i tak bardzo sympatyczne, że nie da się ich nie lubić. Jednocześnie każda z nich niesie cechy charakterystyczne dla swojego narodu. Dostaniemy więc rycerza, czarodzieja i czarodziejkę, szpiega, wojownika (taki wiking), poczciwego farmera, surowego, opętanego rządzą zemsty władcę koni, religijnego fanatyka, a także rozkapryszoną księżniczkę mającą obsesję na punkcie pieniędzy. A to jeszcze nie wszystko, ponieważ równie barwne i wyraziste wyszły Eddingsowi postacie drugoplanowe. Jest w czym przebierać. Drażnić może jedynie sam Garion, czyli nasz wybraniec, bo jak to dzieciak bywa irytujący i na kartach powieści nam dorasta. Podobna rzecz dzieje się z księżniczką.




8. Za zróżnicowanie kulturowe

W Belgariadzie nie ma żadnych elfów, krasnoludów, hobbitów i innych takich. Jedynymi stworzeniami fantastycznymi są driady. Mamy za to wiele narodów, każdy z odmienną kulturą, historią i jakąś cechą główną. Na przykład kraj zwany Sendarią ma wyjątkowo rozsądnych, praktycznych i poczciwych mieszkańców, w Drasni znajdziemy przebiegłych szpiegów, w Algarii surowych władców koni (Rohan jak się patrzy), Ulgosi to religijni fantatycy, Tolnedranie jako naród chytrych kupców sprzedaliby własną matkę, Nyissanie to banda zboczonych ćpunów, i tak dalej. Zło reprezentuje frakcja Angaraków, na którą składa się kilka krajów, a przewodzą im kapłani złego boga. Sporo tego i na początku łatwo się w tym pogubić, ale z czasem naprawdę łatwo wszystkich od siebie odróżnić.


 
 - Jeśli zechcesz, panie - poprosił uprzejmie - przekaż me wyzwanie, gdy tylko się zbliżą.
Barak wzruszył ramionami.
- To twoja skóra - mruknął.
Zmierzył wzrokiem najeżdżających rycerzy i ryknął wielkim głosem:
- Sir Mandorallen, baron Vo Mandor, pragnie rozrywki - oznajmił. - Byłby zachwycony, gdyby każdy z waszych oddziałów wybrał najlepszego spośród siebie, by ten stanął w szranki. Jeśli jednak jesteście tak tchórzliwymi psami, że brak wam odwagi do rycerskiego starcia, zaprzestańcie swych burd i odstąpcie, by lepsi od was mogli przejechać. 
- Pięknie powiedziane, lordzie Baraku - przyznał z podziwem Mandorallen.
- Zawsze umiałem ładnie przemawiać - odparł skromnie Barak. 


9. Za epickość

Wszak wielka wyprawa w celu ocalenia świata musi być epicka. Nim nasza drużyna dojdzie do swojego celu, musi zaliczyć po drodze mnóstwo niebezpiecznych przygód, parę bitew, parę spotkań z królami w ich pięknych pałacach, obowiązkowo wielką, ostateczną bitwę i nawet mamy księżniczkę w nagrodę za zasługi.

10. Za kolejne pięć tomów przygody...

...ponieważ Belgariada ma kontynuację zwącą się Malloreon. Czyli w sumie dostajemy 10 tomów (5+5) jednej serii, podczas której spędzimy mnóstwo czasu z bohaterami, których pokochamy. Co prawda nie są to grube tomy i czas leci przy nich naprawdę szybko, ale przeczytanie tego parę dni zajmie. Czego chcieć więcej?


Mam nadzieję, że kogokolwiek zachęciłam do czytania tej serii, bo naprawdę jest tego warta. Mogłabym napisać, że kocham ją za wszystko, ale wtedy nikogo bym nie przekonała. A szkoda, żeby taka saga poszła w zapomnienie, dlatego niezmiernie się cieszę, że Prószyński zdecydował się ją wznowić w tak pięknie wydanym omnibusie. Marzenia się spełniają! Teraz czekam na Malloreon :)


03 listopada

Książkowy październik, czyli podsumowanie miesiąca

Książkowy październik, czyli podsumowanie miesiąca

Październik zleciał mi nie wiadomo kiedy głównie za sprawą rozpoczętego roku akademickiego. Zajęcia wyjątkowo dały mi w kość w tym miesiącu nie tylko dlatego, że wakacje odzwyczaiły mnie od zawalonych weekendów, ale też potrafiłam mieć zajęcia od rana do wieczora dwa dni z rzędu. Zdecydowałam też, że zacznę jakoś ćwiczyć i poglądowo poszłam na zajęcia z zumby. Było całkiem fajnie, nawet jeśli kompletnie nie łapałam kroków. Tak sobie myślę, że chyba wykupię karnet na miesiąc.

Z innych rzeczy podjęłam współpracę recenzencką z wydawnictwem Zysk i S-ka i bardzo cieszę się z tego, że mój blog się rozwija. A niedługo stuknie mu już rok i uważam to za absolutnie niesamowite :) Czytelniczo zorganizowałam sobie wyzwanie na listopad i chcę spróbować czytać 100 stron dziennie. Jestem ciekawa, czy dam radę. Poprzednie wyzwanie, tj. 52 książki już zrealizowałam, co jest dla mnie niemałym szokiem, bo w zeszłym roku przeczytałam około 20 książek. Jest progres :)

Filmy


W październiku sporo obejrzałam. Idąc chronologicznie według moich zapisków w notesie, miesiąc rozpoczęłam od Nice guys. To taki film akcji, w którym nie zawsze wszystko idzie tak perfekcyjnie, jak w normalnych filmach tego typu, tzn. bohaterowie robią widowiskowe wejście saltem i... wpadają na stół, albo nie łapią broni, którą sobie rzucają. Świetne to było, niech zrobią drugą część :) No i Rayan Gosling chyba awansował na jednego z moich ulubionych aktorów. Obejrzałam też Łowcę Androidów, co raczej nikogo nie powinno dziwić, bo mnóstwo osób nadrabiało tę produkcję przed najnowszym Blade Runnerem. Sama go jeszcze nie widziałam, a Łowca Androidów chyba nie do końca do mnie trafił. Właściwie nie wiem, co o nim myśleć, nie potrafię nawet jednoznacznie stwierdzić, czy mi się podobał, czy nie. W kinie byłam na Thor: Ragnarok i dołączam do wszelkich zachwytów na temat tego filmu. Był fantastyczny, już pierwsze minuty dawały znać, że będziemy się dobrze bawić. To pierwszy film o Thorze, który mi się spodobał, i jeden z lepszych filmów Marvela. Mnóstwo świetnych żartów, genialna muzyka, wspaniała Galadriela... przepraszam, Hela... cudo, chyba obejrzę to niedługo jeszcze raz.

Filmowo to już koniec, ale wyjątkowo obejrzałam w tym miesiącu jakieś seriale! Porwałam się na Stranger Things, który niesamowicie mnie wciągnął i oglądałam go do drugiej w nocy, bo nie mogłam nie skończyć i iść spać. Podobny efekt wywarł na mnie sezon drugi, który pochłonęłam w ciągu jednego dnia. Tym razem siedziałam do trzeciej w nocy. Co te seriale robią z ludźmi. Po sezonie drugim zdecydowanie dołączam do #teamSteve. Widziałam też Mindhuntera. Niby nic tam się nie dzieje i tylko gadają, ale z kim gadają! Te rozmowy z mordercami były świetne, niektórych słuchało się z zapartym tchem. Fani kryminałów i sadystycznych typków — idźcie to oglądać!

Opublikowane teksty



Wyświetlenia: 17 674 (było 14 726)
Liczba obserwatorów: 105 (było 99)
Liczba obserwatorów na facebooku: 65 (było 61)
Liczba obserwatorów na instagramie: 331 (było 304)

Co przeczytałam?


Zadziwiająco dużo książek pochłonęłam jak na okres, w którym zupełnie nie chciało mi się czytać. Wróciłam trochę na stare śmiecie, bo czytałam i Pratchetta, i McClellana... Pratchetta pierwotnie chciałam przeczytać więcej, ale nie wyszło. Sługi korony nie mogłam sobie odpuścić, bo to zbiór opowiadań do moich ukochanych prochowych. Fajnie było wrócić do tego świata, ale sam zbiór to nic specjalnego. Czekam teraz niecierpliwie, aż Fabryka Słów wyda kontynuację. Równomagicznienie rozpoczyna podcykl o Wiedźmach, i świetnie się przy tym tomie bawiłam. Babcia Weatherwax rządzi. Od Pratchetta padło jeszcze na najnowszy Świat kupek, krótką historyjkę dla dzieci, którą Sam Vimes czytał swojemu synowi.




Dalej mamy Powołanie trójki Stephena Kinga, czyli drugi tom Mrocznej Wieży. Czytało mi się go o niebo lepiej, niż Rolanda. Bardzo podoba mi się pomysł, ale po tym drugim tomie na razie nie mam ochoty sięgać po kolejny. Na tę chwilę zdecydowanie starczy mi Kinga. Autostopem przez Galaktykę to cudownie absurdalna powieść science-fiction, która bardzo przypadła mi do gustu i zaraz będę brać się za kontynuację. A będąc w tematyce science-fiction sięgnęłam jeszcze po Stację centralną Tidhara. Prawda, że ta grafika na okładce jest genialna?

Stosik


Mam dla was szokujące wieści. Nic nie kupiłam! Tak! Cuda! Zamówiłam Rękopis znaleziony w smoczej jaskini Sapkowskiego, ale odesłali mi maila, że już nie mają, więc skończyłam z niczym :P To, co widzicie na zdjęciu, to egzemplarze do recenzji i książki pożyczone. Do recenzji przyszła mi Stacja Centralna Lavie Tidhara i Restauracja na końcu wszechświata; Życie, wszechświat i cała reszta Douglasa Adamsa. To pierwsze już za mną, za drugie niedługo się wezmę i już zacieram rączki. Ogień przebudzenia pożyczyłam od Kam i już zaczęłam czytać. Na chwilę obecną nie mam zdania. Z biblioteki wzięłam Ani słowa prawdy Jacka Piekary, bo przypomniałam sobie o postaci Arivalda, którą poznałam w grze komputerowej Książę i tchórz dziecięciem będąc. Arivald powstał właśnie na kartach powieści Piekary i jakoś tak zatęskniłam za nim. Jak widzicie miałam w październiku jakieś objawy masochizmu, bo to kolejny zbiór opowiadań. Wypożyczyłam też Drogę Cormaca McCarthy'ego, na którą miałam ochotę już dłuższy czas i zastanawiałam się nawet, czy nie kupić własnego egzemplarza. Ostatnia pozycja to książka Flanagana, z którego twórczością chciałam się zapoznać. Stanęłam w kolejce do Ścieżek północy, ale ktoś to przetrzymuje już miesiąc, więc wzięłam na ślepo Klaśnięcie jednej dłoni.

A jak tam październik u Was? Przeczytaliście coś fajnego? :)

31 października

Do czego doprowadzi nas postęp technologiczny? "Stacja Centralna" Lavie Tidhar

Do czego doprowadzi nas postęp technologiczny? "Stacja Centralna" Lavie Tidhar

Lavie Tidhar znany jest już w Polsce za sprawą dwóch książek, które ukazały się nakładem wydawnictwa MAG w serii Uczta Wyobraźni. Ja jednak nie czytałam ani Osamy, ani Stulecia przemocy, i dopiero Stacja Centralna pozwoliła mi zapoznać się z twórczością autora. Do tej książki podchodziłam z niejaką ostrożnością, ponieważ jak kocham fantasy, tak w science-fiction dopiero raczkuję. Poza tym jeszcze nigdy nie czytałam żadnej książki, której autorem byłby pisarz izraelskiego pochodzenia.

Stacja Centralna jest smutną wizją przyszłości, gdzie wirtualność miesza się z rzeczywistością, a granica pomiędzy człowiekiem a maszyną praktycznie nie istnieje. W tym świecie panuje nieustanny harmider, ponieważ odgłosy miasta i językowej różnorodności mieszają się z Konwersacją, nieprzerwanym strumieniem danych tworzącym równoległy świat wirtualny. Za pomocą specjalnych wszczepów niemal wszyscy ludzie podłączeni są do Konwersacji, dzięki czemu żyją w dwóch światach: fizycznym i wirtualnym. Wciąż jednak istnieją tacy, którzy się na to nie godzą lub z jakichś powodów mogą żyć tylko w rzeczywistości. W świecie Lavie Tidhara ludzie ci są wyrzutkami, dziwakami; traktuje się ich jak osoby niepełnosprawne. Tutaj nie uświadczy się dyskryminacji ze względu na płeć, religię czy orientację seksualną, bo nawet ślub dwójki mężczyzn przyjmuje się jako coś normalnego, ale dyskryminację ze względu na niemożliwość uczestniczenia w wirtualu jak najbardziej.

W powieści nie mamy jednego głównego bohatera, a wątków do opowiedzenia jest kilka. Boris Aaaron Chong po latach wraca na Ziemię z Marsa, ponieważ jego ojciec cierpi na raka pamięci i tonie we wspomnieniach swojego rodu. Na ojczystej planecie Boris spotyka swoją dawną miłość, Miriam Jones, która prowadzi knajpkę Mama Jones i opiekuje się dwójką adoptowanych dzieci, Krankim i Isobel. Isobel zakochuje się w Motlu, cyborgu, który kiedyś wykorzystywany był na wojnach, a od lat nikt o nim nie pamięta. Carmel, wampir danych przybywa na Ziemię za Borisem. Zamiast krwi wysysa z ludzi wspomnienia. Wszystkie te historie łączą się ze sobą i każda z postaci jest w jakiś sposób powiązana z inną, a to tylko wierzchołek góry lodowej, ponieważ postaci w książce jest znacznie więcej.

Fragment grafiki z angielskiego wydania

Mam jednak wrażenie, że bohaterowie wykreowani przez autora nie są tak naprawdę istotni. Najważniejsza jest tutaj wizja, pomysł, pewien futurystyczny obraz świata. Żyją w nim ludzie, którzy stopniowo udoskonalają mechanicznie samych siebie, tajemniczy, całkowicie cyfrowi Inni oraz tak zwani Robotnicy, których umysły przeniesiono w ciało cyborga i wysłano na wojnę, by walczyli i ginęli raz po raz. Po wojnie zostali zmuszeni do żywienia się ochłapami i żebrania o części; ich los nikogo już nie obchodzi. Są też tacy, którzy opierają się mechanizacji, cyfryzacji i postępowi technologicznemu, tkwiąc pomiędzy przeszłością, a przyszłością. Padają pytania o człowieczeństwo, o wolność wyboru i o te najważniejsze w życiu wartości. Bo nawet jeśli świat tak bardzo poszedł naprzód, to pewne rzeczy i tak się nie zmieniają. Nie ważne, czy jesteś człowiekiem, czy robotem, każdy w gruncie rzeczy pragnie móc kogoś kochać i być kochanym. Każdy także pragnie w coś wierzyć, a wybór wiary jest doprawdy szeroki: judaizm, chrześcijaństwo, islam, hinduizm, Kościół Robota... odłamów jest mnóstwo, tak jak i rozmaitych kultur, które zderzają się ze sobą w Stacji Centralnej, kosmoporcie powstałym na pograniczu izraelskiego Tel Awiwu i arabskiej Jaffy.

Stacja centralna fascynuje tą wizją przyszłości, ale ma dla mnie jedną, poważną wadę. Nie wynika ona jednak z błędów autora, a z moich własnych preferencji. Bo widzicie, nie ma tutaj żadnej, jednolitej linii fabularnej; właściwie fabuły nie ma tutaj w ogóle. Stację Centralną czyta się jak zbiór opowiadań i tym właśnie ta książka jest: zbiorem powiązanych ze sobą historii, które były publikowane przez autora w ciągu kilku lat, a które potem zostały przerobione na powieść i wydane w jednym tomie. Ja niestety nie przepadam za opowiadaniami i nawet jeśli zostały nam one zaserwowane w formie powieści, to mimo wszystko czuć, że pierwotnie ta forma była inna.

Drugi fragment tej samej grafiki z angielskiego wydania

Zabrakło mi też wspomnianej fabuły, jakiś większych wydarzeń, które angażowałyby czytelnika i nie pozwalały oderwać się od książki. W Stacji Centralnej tylko śledzimy życie poszczególnych postaci do tego stopnia, że w pewnej chwili pomyślałam, że to obyczajówka w klimatach sci-fi, ale nie — to nie jest książka tego rodzaju, bowiem wszystko stanowi jedynie pretekst do kreacji świata. Jednak w ostatecznym rozrachunku Lavie Tidhar i tak pozostawia nas z mnóstwem pytań bez odpowiedzi, a niektóre wątki aż proszą się o rozwinięcie, którego nie dostały.

Książkę polecam wszystkim, którzy mieliby ochotę po taką wizję przyszłości sięgnąć. Stacja Centralna nie przytłacza tym, że jest książką z gatunku fantastyki naukowej, ale brak konkretnej linii fabularnej może dla niektórych stanowić przeszkodę. Jest to książka smutna i nostalgiczna, pozwalająca się zadumać nad tym, czy taka właśnie przyszłość nas czeka i gdzie właściwie leży granica. Z pewnością nie jest to lektura łatwa i rozrywkowa, więc jeśli akurat szukacie czegoś takiego, to Stacja Centralna zdecydowanie odpada. W innym wypadku z pewnością jest to pozycja warta rozważenia.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka



26 października

Porozmawiajmy o tym, o czym zwykle się nie rozmawia, czyli "Świat kupek" Terry'ego Pratchetta

Porozmawiajmy o tym, o czym zwykle się nie rozmawia, czyli "Świat kupek" Terry'ego Pratchetta


Nadszedł dzisiaj taki dzień, w którym będę się rozwodzić nad książką o kupkach. Zanim zaczniecie się zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku i czy to już jest ten moment, w którym trzeba dzwonić po pilną pomoc lekarską, zwróćcie proszę uwagę na to, kto jest autorem tej książki. Bo gdyby nie on, to na pewno bym po taką książkę nie sięgnęła.

Terry Pratchett to pisarz, na którego książkach się wychowałam. Do jego twórczości żywię miłość głęboką i niezmienną aż po dziś dzień, i w moich oczach jest to jedyny autor, który nawet o takim śmierdzącym temacie potrafiłby napisać ciekawie. I zrobił to, aczkolwiek Świat kupek bardziej adresowany jest do dzieci, niż do dorosłych, chociaż sięgać po taką książkę mogą osoby w każdej grupie wiekowej. Widzicie, właściwie jest to bajka, ale oczywiście byłoby to zbyt nudne, gdyby Pratchett wymyślał zwyczajne bajki o rycerzach, księżniczkach i małych dziewczynkach zagubionych w lesie, a więc my możemy czytać o kupkach. Warto dodać, że tak naprawdę jest to książka, która powstała na kartach innej książki, ponieważ pierwsza wzmianka o niej pojawiła się w Niuchu.

Jak dobrze pamiętamy z Niucha, Młody Sam Vimes uwielbiał Świat kupek autorstwa panny Felicity Beedle, autorki takich pozycji jak Siuś-ludzie, Radość woskowiny czy Chłopiec, który nie potrafił dłubać we własnym nosie. Przez świat fekaliów przeprowadza nas młody Geoffrey, chłopiec, który w wyniku pewnych rodzinnych zawirowań trafia pod opiekę Babci w Ankh-Morpork. Tam zaczyna interesować go temat kupek, i tak jak niektórzy zbierają znaczki, a inni pocztówki, to nasz bohater postawia kolekcjonować kupki każdego stworzenia na świecie i założyć poświęcone temu muzeum. Przy okazji dowiaduje się wielu przydatnych informacji o tym, jak funkcjonuje nasz świat od tej mniej przyjemnej strony.


 
Jak powiadają, co odpływa, to powraca, choć nie musimy się przyglądać, kiedy nas mija. Ale zachowywanie się jak koty i wiara, że jeśli czegoś nie widzimy, tego nie ma, to sposób myślenia, który nie uchodzi w eleganckim towarzystwie. Bez nawozu, bez gnoju nie istniałoby rolnictwo, a bez rolnictwa nie byłoby ludzi wartych uwagi. Tak więc dedykuję tę książkę mojemu staremu przyjacielowi, Harry’emu Królowi, człowiekowi, który gnój potrafi zmieniać w złoto.


Okej, nie ukrywajmy: temat jest niesmaczny i nawet jeśli pisze o tym Pratchett, czasem może nas złapać chwila refleksji, co my właściwie czytamy. Nie sposób jednak nie uśmiechnąć się pod nosem w niektórych momentach, a nawet nie zaśmiać otwarcie, ponieważ wyobraźnia i humor autora co rusz potrafią nas do tego sprowokować. A humoru jest tutaj mnóstwo (inaczej by się nie dało), standardowo pełno jest też przypisów, no i to po prostu znany i kochany Pratchett, z tym że bohaterem jest chłopiec, a nie osoba dorosła, przez co automatycznie zmienia się docelowy wiek odbiorcy. Książka jest też bogato ozdobiona ilustracjami Petera Dennisa, które bardzo dokładnie odnoszą się do tego, o czym właśnie czytamy. W tym miejscu wypadałoby wrzucić jakieś foty, ale niestety ja czytałam książkę w legimi i fizycznego egzemplarza nie posiadam, jednak całość możecie obejrzeć na filmiku opublikowanym przez wydawnictwo TUTAJ.

Być może nie widać tego na tym filmie, ale książka jak wiele innych pozycji tego rodzaju została wydana w taki sposób, jakby faktyczną autorką była panna Felicity Beedle, a nie sam Terry Pratchett. Na początku książki mamy spis innych pozycji opublikowanych przez pannę Beedle, a nawet, uwaga, autograf dla Młodego Sama. Dla mnie jest to niesamowicie pozytywny akcent, który automatycznie podnosi wartość książki w moich oczach.


 
Koty to tajemnicze zwierzęta, a ich odchody cuchną tak mocno, że same koty nie lubią tego zapachu i dlatego wszystko zakopują. Koty są także bardzo zakłopotane, jeśli wiedzą, że człowiek im się przygląda, więc odwracają się w inną stronę. Nawet czarownice, które do tworzenia zaklęć potrafią wykorzystać prawie wszystko, na kocich odchodach stawiają granicę. 


Jednak tym, co najbardziej mi się spodobało w Świecie kupek jest podejście innych ludzi do Geoffreya i jego, bądź co bądź, ekscentrycznego hobby. Spójrzmy już na zachowanie samej Babci: kobieta nie strofuje go, nie wyśmiewa i nie poucza, że powinien znaleźć sobie bardziej przydatne i normalniejsze zajęcie, ale zachęca go i wręcz pomaga mu dowiedzieć się więcej o tym zagadnieniu, organizując wycieczki do różnych, ciekawych miejsc w Ankh-Morpork. Pozostałe, napotkane osoby w książce również nie próbują wybić chłopcu tego pomysłu z głowy, a raczej uważają go za ciekawego, zaradnego i pracowitego młodego osobnika, który przejawia inicjatywę, chce się uczyć i ma jakiś pomysł, którym mógłby się zająć. I to jest w tej książce absolutnie wspaniałe, że nie gasi się pomysłowości i ciekawości dziecka, nawet jeśli cóż, rozmawiamy o kupkach. 

Świat kupek
polecałabym przede wszystkim fanom Świata Dysku jako uzupełnienie serii (książka do niej należy i ma numerek 39.5 wg LC) i zaznajomienie się z pozycją, za którą szalał Młody Sam. Do tych, którzy nie czytali: niech wam tylko nie przyjdzie do głowy zaczynanie przygody z Dyskiem od tej właśnie książki. Najlepiej sięgnąć po nią już po lekturze Niucha i po zaznajomieniu się trochę z tym światem, ponieważ wtedy wyciągniecie z niej najwięcej. Jeśli natomiast temat kupek jest dla was zbyt obrzydliwy i czujecie, że zwyczajnie by was to przytłoczyło, to śmiało możecie książkę pominąć, ponieważ jest to jedynie dodatek. Niemniej jednak miło jest przeczytać coś nowego od Pratchetta w sytuacji, kiedy wiemy, że nic nowego już nie powstanie - a przynajmniej nowego dla nas, ponieważ książka w oryginale została wydana w 2012 roku, czyli rok po premierze Niucha. Trzymam teraz kciuki za polską wersję Where is my cow?, a także za Nanny ogg's cookbook. Przede wszystkim za Nanny ogg's cookbook :)


P.S. Dodałam do infografiki na stałe serię i numer tomu, bo bardzo mi tej informacji brakowało. Dodałabym jeszcze datę pierwszego wydania, ale zabrakło mi miejsca :)
  


22 października

Czytamy klasykę: "Władca much" Wiliama Goldinga

Czytamy klasykę: "Władca much" Wiliama Goldinga

Władcę much polecono mi jakiś czas temu jako antyutopię. Była to dla mnie na tyle skuteczna rekomendacja, że właściwie nie patrząc nawet, o czym ta książka jest, postanowiłam ją przeczytać. Do tej pory Władca much kojarzył mi się jedynie z telewizyjnym serialem Włatcy móch i jak się okazuje niebezpodstawnie, bo serial ten nawiązywał do wątków przedstawionych w powieści. Tak samo, jak i Zagubieni, Simpsonowie czy South Park.

W książce Wiliama Goldinga banda dzieciaków, chłopców wyłącznie, trafia na bezludną wyspę. Nie wiadomo, jaka to wyspa, nie wiadomo, w jakich jesteśmy ramach czasowych, wiadomo natomiast, że dzieci trafiły na nią w wyniku katastrofy lotniczej. Najważniejszą informacją jest jednak to, że nie ma z nimi żadnego dorosłego. Ani jednego. Wolność, Tomku, w swoim domku, pomyślały dzieci i upojone nagłą wolnością w ekstazie zaczęły planować, jak to fantastycznie będzie im tutaj samym. Zero zakazów, zero nakazów, słowem: róbta, co chceta. To jest nasza wyspa. Wspaniała wyspa, mówił Ralf, Będziemy sobie używali, póki dorośli po nas nie przyjdą.

Władca much to klasyka światowej literatury i jedna z lepszych antyutopii, jakie napisano. Jednak nawet nie wiedząc o tym, że książka nie będzie sielankową opowieścią o przygodach zaradnych chłopców na bezludnej wyspie, z miejsca wyczuwamy, że w jakiś sposób skończy się to źle. Książkę łatwo daje się przewidzieć i z jednej strony jest to wada... z drugiej można uznać, że powieść konsekwentnie dąży do swojego końca. Dzieci są dziećmi, zachowują się jak dzieci i myślą jak dzieci, i na tym polu nie spotka nas żadne większe zaskoczenie.


Roger pochylił się, wybrał jeden kamień, zamierzył się i rzucił w Henry'ego - rzucił specjalnie tak, żeby nie trafić. Kamień, ów symbol niedorzecznej epoki, śmignął o kilka kroków w prawo od Henry'ego i plusnął w wodę. Roger zebrał garść kamyków i zaczął nimi rzucać. Wokół Henry'ego była jednak przestrzeń o średnicy może sześciu jardów, w którą Roger nie śmiał trafić. Oto niewidzialne, jednakże silne tabu dawnego życia. Bawiące się dziecko było nietykalne - strzegli go rodzice, szkoła, policja i prawo. Ruch ręki Rogera warunkowała cywilizacja, która nie wiedziała o nim nic i leżała w gruzach.


Władca much to opowieść o ludzkiej naturze, o podłościach, do których jesteśmy zdolni i o tym pierwotnym złu, które siedzi w każdym z nas, a które w książce przyjmuje postać tajemniczego zwierza. Niewątpliwie jest to też historia o tym, do czego zdolne są dzieci, "porządni, brytyjscy chłopcy", którzy wszak pochodzą z tak cywilizowanego kraju. Co zrobimy, jakie myśli przyjdą nam do głowy, kiedy wiemy, że jesteśmy bezkarni? Do pewnego momentu ograniczać nas będzie karzący bat wychowania w społeczeństwie, zaszczepiony nakaz przestrzegania pewnych norm moralnych, ale co się stanie, kiedy zostanie to zupełnie zagłuszone? Na pewnej płaszczyźnie książka jest też ukazaniem konfliktu między siłą, prawem dżungli, a sprawiedliwym, pokojowym i zwyczajnie rozsądnym podejściem do rządów. Pełno jest w niej też symboliki i alegorii. 

Fragment grafiki z wydania z 2012 roku, zawierającego wstęp Stephena Kinga

Powieść napisana jest bardzo prostym językiem, można w niej znaleźć takie zwroty jak "klawo", "fajowo" czy "fajniście". Dla jednych będzie to wada, dla innych zaleta; ja myślę o tym w kategoriach zalet, ponieważ taka stylistyka pozwoliła mi lepiej wczuć się w książkę. We Władcy much nie znajdziemy żadnych fajerwerków i porywających zwrotów akcji ani wszelkich innych upiększeń, a jednak książka ma w sobie to tajemnicze coś, co nie pozwala się od niej oderwać. Nie jest to lektura trudna w odbiorze, a mimo tego zawiera w sobie głębokie przesłanie, nad którym możemy się zadumać, a rozgrywające się na jej kartach wydarzenia z pewnością w jakiś sposób nas poruszą i zapadną w pamięć.

Książka została po raz pierwszy wydana w Polsce w 1967 roku i muszę powiedzieć, że starzeje się znakomicie. Władca much wciąż jest aktualny i czyta się go lepiej, niż niejedną współczesną powieść, a przez nieskomplikowane słownictwo sięgnąć po niego mogą także nastoletni czytelnicy. Odnajdą się oni w powieści tak samo dobrze, jak i osoby dorosłe; w końcu to oni świeżo mają w pamięci to, jak okrutni potrafią być ich rówieśnicy. 

Ze swojej strony powieść gorąco polecam i szczerze zazdroszczę wszystkim tym, którzy Władcę much mają jeszcze przed sobą. To jedna z lepszych książek, które przeczytałam w tym roku i jedna z tych nielicznych pozycji, do których kiedyś z chęcią chciałabym wrócić. Wciąż o niej myślę i na swój egzemplarz z biblioteki spoglądam ze smutkiem, bo zaraz będę musiała go oddać. A rozstać się z tak wyśmienitą literaturą jest niezwykle ciężko.


P.S. Za polecenie książki dziękuję Ewelinie :)




Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger