Zakończenie Trylogii Pękniętej Ziemi było czymś, na co bardzo czekałam. Pierwszy tom tej serii był fenomenalny i podczas jego czytania miałam wrażenie, iż jest on napisany specjalnie dla mnie. Wrota Obelisków nie wywołały już takiego trzęsienia ziemi i oceniałam je gorzej, ale wciąż bardzo dobrze. Nic więc dziwnego, że moje oczekiwania wobec Kamiennego Nieba były spore. W dzisiejszym wpisie postaram się omówić nie tylko sam tom, ale też pokrótce całą serię. Drobne spoilery z poprzednich tomów są obecne.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty
27 marca
10 września
Przetrwają najsilniejsi. "Wrota Obelisków" N. K. Jemisin
Po fantastycznej Piątej Porze Roku przyszła kolej na drugi tom Trylogii Pękniętej Ziemi, czyli na Wrota Obelisków. Kontynuacja bezpośrednio podejmuje wątki opowiedziane w tomie pierwszym, niemożliwym jest więc sięganie po nią bez wcześniejszego przeczytania Piątej Pory Roku. Tym razem będzie znacznie spokojniej, bo książka nie obfituje w ogrom wydarzeń, jaki mieliśmy poprzednio; autorka odsłania za to dużo więcej kart dotyczących funkcjonowania jej świata.
We Wrotach Obelisków historia ponownie jest opowiadana z kilku perspektyw. Wciąż mamy Essun, która zatrzymuje się na dłużej w Castrimie, miejscu, gdzie ludzie i górotwory żyją razem we względnym pokoju, ale obserwujemy też losy Nassun, córki Essun. Sporadycznie rozdziały są pisane z perspektywy Stróża i Zjadacza Kamieni, co jest świetnym ruchem, bo pozwala spojrzeć na wszystko oczami najbardziej tajemniczych postaci z pierwszego tomu.
W Piątej porze roku autorka dużo uwagi poświęciła tematom takim jak tolerancyjność, ślepa wiara w stereotypy i własne uprzedzenia, i tak samo dzieje się tutaj. Bardzo dobrze widać to w wątku Essun, która, nawet jeśli trafiła do wspólnoty względnie akceptującej górotwory, to w końcu odkrywa, że ta sielankowa idylla zbudowana jest na kruchych fundamentach. Również wątek Nassun świetnie pokazuje, jak bardzo wmawiane nam od małego stereotypy potrafią niszczyć i zaburzać nasz własny osąd świata - nawet do własnego dziecka. Ojciec Nassun jest więc rozdarty między dwoma prawdami i nie wie, w co powinien wierzyć: z jednej strony wpajano mu, że górotwór to coś gorszego, to przekleństwo, nieczłowiek; z drugiej Nassun to przecież jego córeczka, oczko w głowie. I chociaż od początku czujemy do niego niechęć, to w pewnym momencie możemy czuć jedynie litość do tego ślepego i ograniczonego człowieka.
Zna tę cenę. Lepiej już umrzeć, niż ją zapłacić. Co innego jednak postanowić umrzeć, a co innego utrzymać to postanowienie, kiedy naprawdę się umiera.
Najciekawszą postacią okazała się jednak dla mnie Nassun. To tylko dziecko, kilkuletnia dziewczynka, której większość świata stanowią rodzice. Matka była dla niej od zawsze szorstka i surowa, toteż siłą rzeczy miłość Nassun skierowała się w stronę rozpieszczającego ją ojca... który potem gołymi rękami zabija jej młodszego braciszka. Naszą pierwszą myślą jest to, że Nassun przerazi się ojca i będzie chciała uciec, ale nie - ona z miejsca bierze winę na siebie, a potem obarcza nią paskudną w jej oczach matkę. Dziewczynka zbyt mocno kocha ojca, by naprawdę zobaczyć i zrozumieć to, co się stało, i jest to moim zdaniem jeden z najlepszych elementów książki. Łącznie z tym, jak bardzo przewrotny okazuje się los Nassun, a z czego może wyjść bardzo ciekawa konfrontacja w przyszłości.
We Wrotach Obelisków wyjaśnia się sporo na temat funkcjonowania świata. Autorka rozwija temat wprowadzonych już w pierwszym tomie Zjadaczy Kamieni, dowiadujemy się też więcej o Stróżach oraz o tym, do czego to wszystko zmierza. W tym tomie mocniej niż w Piątej porze roku pokazany jest motyw post apokalipsy, ponieważ Sezon już się zaczął i wyraźnie widać, że przetrwają najsilniejsi. Jest tu jednak znacznie mniej akcji i więcej rozmów, a bohaterowie prawie w ogóle się nie przemieszczają; ten tom jest zdecydowanie bardziej stonowany i nie ma tu takich trzęsień ziemi, jakie autorka zaserwowała nam w pierwszej części. Można uznać to za wadę, ja jednak jestem usatysfakcjonowana, bo Jemisin w zamian za to skupiła się na rozwoju bohaterów, relacjach między nimi i rozbudowaniu swojego świata, aczkolwiek porównując ten tom do pierwszego sama dam gwiazdkę niżej. Zabrakło mi tego elementu zaskoczenia, czegoś, co nami potrząśnie i sprawi, że zdumieni będziemy wpatrywać się w tekst.
Czy warto więc sięgać po Wrota Obelisków i w ogóle po Trylogię Pękniętej Ziemi? Tak! Wciąż podtrzymuje zdanie, że to jedna z lepszych serii fantasy, jakie przyszło mi ostatnio czytać, i zdecydowanie warto się z nią zapoznać. Wrota Obelisków tak samo, jak poprzedniczka otrzymały nagrodę Hugo, niedawno też ogłoszono, że na podstawie tej serii wyjdzie serial. Dobra passa autorki trwa i mam nadzieję, że rozciągnie się ona też na trzeci tom. Oby dla The Stone Sky nie starczyło mi skali.
W serii:
2. Wrota obelisków
21 lipca
Tak kończy się świat. "Piąta pora roku" N. K. Jemisin
Mam ostatnio szczęście do dobrych książek. W przypadku Piątej Pory Roku byłam równie sceptyczna jak przy recenzowanym niedawno Ostrzu Zdrajcy. Z tym, że Piąta Pora Roku podbiła moje serce całkowicie. Macie czasami wrażenie, że niektóre powieści są pisane specjalnie dla was? Nie? Cóż, ja tak miałam tym razem.
N. K. Jemisin to autorka wcześniej zupełnie mi nieznana. Jej zachwalaną Piątą Porę Roku widziałam w internecie na niemal każdym blogu, instagramie czy youtube. Dodatkowo polecał ją nawet Sanderson, a na pewno już wiecie, że ja uwielbiam tego autora i bardzo często na tym blogu o nim przynudzam. Książka jest też nagrodzona nagrodą Hugo w 2016 roku i wśród innych powieści fantasy wyróżnia się naprawdę mocno. Jemisin stworzyła tutaj zupełnie nowy świat, nową rasę, nowy system magii i miała naprawdę oryginalne pomysły względem narracji. Dodatkowo jest to bardzo ciekawe spojrzenie na postapokaliptyczną wizję świata. Ja jestem oczarowana. Ale może zacznijmy od początku.
Bezruch. W tym świecie co jakiś czas następuje długa zima zwana piątą porą roku. Pojawia się ona cyklicznie, wywołana przez aktywność sejsmiczną lub inny kataklizm. Czas trwania piątej pory roku określa się sezonem. W jej trakcie występują trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, tsunami... To okrutny sprawdzian dla ludzi, którzy żyją w ciągłym zagrożeniu nie wiedząc, kiedy tym razem przyjdzie im uciekać i walczyć o swoje życie. Czy mają dość zapasów? Czy przetrwają zimę? Czy teren, na którym mieszkają, na pewno jest bezpieczny? Piąta pora roku zaczyna się od końca świata, po czym autorka beztrosko rzuca "miejmy to z głowy i przejdźmy do ciekawszych rzeczy". Nad gniewem Ojca Ziemi mogą zapanować jedynie górotwory, pogardliwie określane mianem rogga. Górotwór potrafi wpłynąć na zdarzenia sejsmiczne, manipuluje termalnymi, kinetycznymi i innymi formami energii (pozdrawiam słowniczek na końcu książki). Takimi osobami są właśnie nasze narratorki.
To bogowie w kajdanach. (...) Poskramiacze dzikiej ziemi, spętani w uzdy i kagańce.
Najpierw poznajemy Essun, dorosłą kobietę koło czterdziestki, której świat właśnie rozpadł się na drobne kawałeczki. Mąż Essun dowiedziawszy się, jaką mocą włada jego żona zakatował ich synka, który również przejawia te zdolności, zabrał córkę i uciekł. Żądna zemsty Essun będzie go ścigać. Sjenit to młodsza kobieta w okolicach dwudziestego roku życia, która ukończyła naukę w Fulcrum, gdzie szkoli się górotwory i otrzymała misję z najpotężniejszym górotworem, jaki chodzi po tej ziemi. Najmłodsza, Damaya, to jeszcze dziecko które dopiero co odkryło w sobie górotwórcze zdolności. Rodzice zamknęli ją w stodole w obawie przed jej mocą.
Pierwsze co rzuca się w oczy podczas czytania tej książki, to narracja. Nie jest ona w całej książce stała, ponieważ zmienia się w zależności od bohaterki. W przypadku Essun mamy rzadko spotykaną w literaturze narrację drugoosobową. Chodzi o to, że narrator zwraca się bezpośrednio do Essun. Osobiście pierwszy raz spotkałam się z takim typem narracji, i chociaż z początku czułam się... dziko, to bardzo szybko się do niej przyzwyczaiłam i pochłonięta wydarzeniami, o których opowiadała autorka, przestałam zwracać na nią uwagę. Teraz, gdy książka jest już za mną mogę z cała pewnością powiedzieć, że w tym przypadku ta narracja mi się podobała. Kiedy do głosu dochodzi Sjenit lub Damaya, przechodzi ona w trzecioosobową, ale w czasie teraźniejszym. Poniżej wklejam próbkę kompletnie przypadkowego fragmentu z książki.
Lerna okrąża ciało i chwyta cię za rękę. Jest delikatny, ale stanowczy i nie poddaje się, kiedy początkowo nie chcesz się poruszyć. Pociąga po prostu mocniej i w końcu musisz wstać albo się przewrócić. Pozostawia ci tylko taki wybór. Wstajesz. Z tą samą delikatną stanowczością prowadzi cię w stronę drzwi.
Ta zabawa narracją w połączeniu ze stylem autorki kompletnie mnie zauroczyła. Jemisin posługuje się bogatym, barwnym językiem tworząc bardzo plastyczne opisy. A jednak gdy autorka opisuje bardziej przyziemne czynności jak seks nie wysila się na poetyckie sformułowania i duchowe doznania, tylko sucho zaznacza że tak, to miało miejsce i tak, nie boję się użyć kilku dosadniejszych słów. No właśnie, skoro jestem już przy tym temacie to musicie wiedzieć, że w książce ten seks występuje, i w pewnym momencie jest go całkiem dużo. Nie jest to jednak erotyk, nie ma tu pikantnych opisów, książka nie skupia się na tym. Niemniej jednak przez takie sceny w połączeniu z ogólną brutalnością książki nie dałabym jej do ręki młodszym czytelnikom. Musicie też wiedzieć, że w książce występuje wątek homoseksualny. I nie jest on szczególnie poboczny.
![]() |
| Randomowy obrazek który przerywa ścianę tekstu 2 || źródło |
N. K. Jemisin dedykuję tę książkę wszystkim tym, którzy zmuszeni są walczyć o szacunek, który innym okazywany jest bez pytania. Idąc za tą dedykacją książka pod płaszczem fantastyki mocno porusza tematykę tolerancyjności i tego, jak ludzie potrafią bestialsko się zachowywać w stosunku do czegoś (kogoś), czego nie rozumieją i czego się boją. Górotwóry władają potężną mocą i właśnie przez nią są wyrzutkami, są uważani za coś gorszego, co trzeba okiełznać i czym można się posłużyć do swoich celów. Życie górotworów to piekło na ziemi i czytając o tym, co ich spotyka, było mi po prostu przykro. Właściwie cała ta książka cała taka jest - przykra, i naprawdę bardzo się cieszyłam, kiedy bohaterów spotykało coś dobrego. Jednocześnie powieść nieziemsko wciąga, dając nam doskonale dopracowaną i ciekawą fabułę. W Piątej porze roku dzieje się dużo, nie sposób się przy niej nudzić, a to, co serwuje nam autorka pod koniec, to istne mistrzostwo. W życiu bym się nie spodziewała, że wątki trzech narratorek zazębią się ze sobą w taki sposób.
Wiosna, Lato, Jesień, Zima; Śmierć jest piąta, wszystko spina. - Przysłowie arktyczne
Książkę pozostaje mi tylko polecić. Piąta pora roku to gratka dla wyjadaczy fantastyki, ponieważ oferuje coś nowego i świeżego, a przy tym jest fantastycznie napisana. Autorka wrzuca nas w ten świat bez żadnego ostrzeżenia i stopniowo odkrywa karty, a nasze pytania tylko się piętrzą. Pod koniec wciąż mamy ich mnóstwo i choć trochę rozjaśniło się już w głowach, to wciąż nie wiemy sporo. N. K. Jemisin sprawnie i bez bólu wprowadza nas w swój świat, jednak trzeba być przygotowanym na to, że informacje będą nam dawkowane i nie dowiemy się wszystkiego nawet w pierwszym tomie. Piąta pora roku rozpoczyna cykl Pęknięta Ziemia i z tego co się orientuje, ma to być trylogia. Na rynku dostępny jest już drugi tom, czyli Wrota Obelisków. Na trzeci będzie trzeba jeszcze poczekać.
07 lipca
Grało się. "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" Tomasza Marchewki
Mam taki problem z tą książką, że po jej przeczytaniu bez cienia wątpliwości zakrzyknęłam, że jest to książka słaba. Potem jednak zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem aby troszkę niesprawiedliwa w swoim osądzie. No bo czy powinnam książkę oceniać pod względem tego, jak mi się podobała (słabo!) czy pod względem całości (przeciętnie!)? Nie jestem zdania, że pisanie o książkach na blogu ma być obiektywne, bo to właśnie za subiektywne spojrzenie cenię blogi, ale z drugiej strony pójście całkiem w subiektywizm też jest zły. Postaram się więc tutaj wypośrodkować.
Wszyscy patrzyli, nikt nie widział to debiutancka powieść Tomasza Marchewki, współscenarzysty gry Wiedźmin. Wiecie, to bardzo ważna informacja dla mnie, ponieważ ja naprawdę lubię Wiedźmina, zarówno książki, jak i gry. Może nawet szala mojej sympatii przechyla się bardziej w stronę gier. Kiedy więc w internecie pojawiła się szumna zapowiedź, że oto człowiek od Wiedźmina wydaje swoją pierwszą książkę, to z miejsca pomyślałam, że hej, ja to przecież muszę kupić! Spodobał mi się opis na okładce, spodobała mi się sama okładka, w ogóle wszystko zapowiadało naprawdę dobrą lekturę, toteż na Targach Książki szybciutko pobiegłam do stoiska wydawnictwa SQN i zdobyłam przedpremierowo swój egzemplarz. No i zaczęłam czytać. No i zaczęły się schody.
To fascynujące - przerwał mu Petr - ale do rzeczy Wchodzisz, siadasz, tasujesz. Sztos. Kiedy się zesrało?
Wszyscy patrzyli, nikt nie widział to jedna z tych książek, w których już pierwsze zdanie mówi nam o tym, czego możemy się spodziewać. Marchewka zrobił coś więcej - właściwie pierwsze zdanie, a raczej pierwszy akapit streszcza nam całą książkę. Leci to tak: "Uliczne przysłowie Hausenberga mówi, że prawdziwy mężczyzna musi w życiu zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, owo życie przegrać, czyli stracić wszystko, co posiada. Po drugie, odrodzić się dla nocy i odegrać z zyskiem, bo uczyni go to mocniejszym niż kiedykolwiek. Po trzecie, spłodzić syna - tak po prostu, bez dodatkowych warunków". Po przeczytaniu tego byłam pewna, że w książce główny bohater poniesie porażkę tylko po to, by pod koniec książki cudownie zabłysnąć. Gdy tak się stało odczułam wręcz satysfakcję, problem tylko w tym, że zupełnie nie podoba mi się sposób, w jaki do tego doszło. Bo widzicie, główny bohater książki faktycznie na początku ponosi porażkę, ale między tą porażką a końcowym sukcesem nie ma nic. Żadnych wniosków, żadnych ćwiczeń związanych z karcianą profesją, żadnych refleksji. Książka kończy się w sposób najbardziej oczywisty z możliwych, ale niestety kompletnie nie przemawia do mnie to, że bohater nagle dostał zastrzyku mocy i geniuszu.
![]() |
| źródło |
Akcja książki rozgrywa się w mieście Hausenberg, w którym króluje zbrodnia, a wszelkie problemy rozwiązuje się pięściami. To skupisko wszelkich złodziei, morderców i szulerów; w tym mieście toczy się gra, a kantowanie w karty urosło do rangi sztuki. I to właściwie wszystko, co wiemy o samym mieście i ogólnie o świecie, w jakim przyszło żyć bohaterom. W książce zupełnie brakuje jakiegoś tła, umiejscowienia miasta w większej całości. Nie wiemy, jaki panuje tutaj ustrój, gdzie to miasto leży, a o tym, że jest jakiś król dowiadujemy się dopiero pod koniec. Hausenberg jawi się też jako miasto, w którym oprócz szulerki, złodziejstwa i zabójstw nie ma żadnych innych profesji. Brakuje zwykłych ludzi, których można by było spotkać na ulicach tego miasta, brakuje gwaru i życia, jakie toczyłoby się tutaj za dnia. Autor poza przestępczym elementem miasta wprowadza jedynie teatr, bo pracuje w nim kochanka głównego bohatera, oraz inżyniera, który również ma w książce swoją rolę do odegrania. Z tego powodu książka jest dla mnie zupełnie niekompletna. Marchewka głównie stawiał tutaj na akcje, ale jednak ten brak tła boli.
Hazard to nie jest gra w karty. To jest gra w ludzi.
Głównym bohaterem zapewne miał być Slava, młody szuler, który szturmem chciał wedrzeć się na szulerskie salony i zabłysnąć jakąś większą akcją, ale w trakcie książki gdzieś jego funkcja tego głównego się zagubiła. Dość szybko poznajemy też drugą, niezwykle istotną postać, czyli Petra, który sam siebie nazywa pierwszym pośród złodziei. Zaraz potem dochodzi postać trzecia - zabójca Nino. Cała ta trójka idealnie przedstawia zawody, jakie znajdziemy w mieście. Nino jednak bardzo szybko schodzi na dalsze tory, Petr natomiast w pewnym momencie przejmuje rolę głównego bohatera, by na końcu zostać potraktowanym po macoszemu. Nie wypowiem się za bardzo o charakterach bohaterów, bo i nie mam o czym pisać. Oni po prostu byli, bez żadnych cech szczególnych, bez konkretnie zbudowanych osobowości, a jedyne co mogę powiedzieć na temat Petra i Slavy to to, że cierpieli na przerost ambicji. Kobiet w książce nie ma praktycznie w ogóle, a jeśli już są, to ich rola sprowadza się do bycia oszałamiająco piękną niewiastą. To książka niewątpliwie męska również z tego względu, że szulerka, słownictwo, seks i szorstkość bohaterów w obyciu buduje taki klimat.
Jeśli chodzi ogólnie o budowę książki i moje z niej wrażenia, to przez pierwsze 100 stron byłam strasznie rozczarowana i zniechęcona, bo zupełnie nie wiadomo było, o co w tej książce chodzi. Jaka jest fabuła? O czym ta książka w ogóle jest? Co autor chciał napisać? Te pytania ciągle kołatały mi się w głowie. Poznawaliśmy bohaterów, miasto, ale akcji żadnej nie było widać. Dopiero potem coś zaczęło się z tego wyłaniać, ale do końca książka nie potrafiła mnie do siebie przekonać i wyglądałam jej końca z niecierpliwością. Brak ciekawych bohaterów zdecydowanie nie poprawiał sytuacji. Dodatkowo przeraźliwie irytowało mnie to, że postacie w swoich myślach kilka razy potrafili powtórzyć to samo, jakby przypominając nam o tym, co działo się zaledwie kilka lub kilkanaście stron wcześniej. Im dalej w las, tym zdarzało się to rzadziej, ale wciąż pod koniec trafiła się postać, która streściła nam to, co było wcześniej. Początkowo książka była też dla mnie toporna, wcale nie pomagały temu retrospekcje, których było dość sporo i które bardzo często nie wnosiły nic do książki, a jedynie przerywały ciągłość akcji. Ale tutaj też pod koniec sytuacja się poprawiła.
Nigdy
nikomu nie ufaj, a już na pewno nie kobiecie. Nawet jeżeli będzie ci
wierna, to wykorzystają ją, żeby się do ciebie dobrać. W tym fachu nie
ma miejsca na romanse. Zresztą każda kobieta w końcu cię zdradzi. Tak
było, jest i będzie. A ty możesz być tylko kolejnym frajerem, który
uważa siebie za wyjątek.
Narzekam i narzekam, czy jest więc w tej książce coś, co mi się podobało? Może was zaskoczę, ale tak. Podobała mi się historia z inżynierem, która była dla mnie bardzo przemyślana i od początku do końca poprowadzona porządnie. Bo z resztą książki mam właściwie zupełnie odwrotne wrażenie - że autor zaczął pisać i nie do końca wiedział, co właściwie chce napisać. Wątek inżyniera wnosi też drobną nutę steampunku do powieści. Jeśli natomiast chodzi o karty i kantowanie w nich, to faktycznie Marchewka się tutaj postarał i zaprezentował nam kilka trików wraz z ich dokładnym opisem. Jeśli więc nie chcecie sięgnąć po książkę tylko dlatego, że nie umiecie grać w karty, to nie obawiajcie się - autor dość dobrze wszystko tłumaczy.
Zmierzając do końca tego przydługiego tekstu powiem wam, że nie mogę polecić tej książki, co pewnie sami wywnioskowaliście, jeśli dobrnęliście do tego fragmentu. Po kolejne książki z serii na pewno nie sięgnę, a z tego, co się orientuję, kontynuacja będzie. Całość cyklu nosi nazwę Miasto szulerów. Może jeszcze kiedyś spróbuje z książkami Tomasza Marchewki, ale na Slavę i spółkę nie mam ochoty.
26 kwietnia
Mlecz i chryzantema. "Królowie Dary" Ken Liu
"Królowie Dary" to jedna z tych książek, którą kupiłam za sprawą recenzji na innym blogu. Okej, może nie do końca powinnam użyć sformułowania "to jedna z tych książek", jako że naprawdę niewiele pozycji kupuje pod wpływem przeczytanego gdzieś tekstu. "Królowie Dary" zaciekawili mnie jednak fabułą i obiecywanym duchem orientu, a sam autor to laureat Nebula, Hugo i World Fantasy Awards. Pomyślałam, że nie może być źle i warto spróbować.
No więc źle nie było, ale dobrze też raczej nie.
Dzieło Kena Liu zbiera mnóstwo pozytywnych opinii, ale ja niestety nie będę kolejną osobą, która się do tego dołączy. Na początku byłam zachwycona lekturą, stylem autora, który był dla mnie jak taki dobry gawędziarz. Czułam, że nie tyle czytam dobrą powieść, ale że słucham wspaniałej historii, którą ktoś w fascynujący sposób opowiada. Od samego początku czuć było obiecanego ducha orientu, a mi przypomniały się filmy Kurosawy. Niestety początkowe dobre wrażenie szybko zostało zmyte w miarę przerzucania kolejnych stron książki. Akcja dzieje się bardzo szybko, jest powierzchowna, przypomina taką suchą, kronikarską relację historyczną. Autor za bardzo skupia się na kreacji świata, na detalach, na wyjaśnianiu nam mechanizmów poszczególnych urządzeń, na tym, jak coś powstało, skąd się wzięło... To wszystko sprawia, że lektura jest momentami przeraźliwie nudna. Dodatkowo mnóstwo jest epizodycznych postaci, które potrafią być tylko przez kilka stron, a potem umrzeć. Bo tak, moi drodzy, w tej książce postacie umierają. I to nagminnie, czy to w wojnie, czy to popełniając seppuku, czy też zostając zdradzonym... Mimo tego każda z nich musiała dostać swoje pięć minut i w efekcie poznawaliśmy całą historię ich życia. To jeszcze bardziej wydłużało lekturę i czyniło ją męczącą.
Dla zemsty nawet królik może się nauczyć bycia wilkiem.
Jak już wcześniej wspomniałam w "Królach Dary" jest mnóstwo innych postaci, ale autor skupia się tylko na tej dwójce i to oni są w jakikolwiek sposób zarysowani. Reszta jest papierowa, wykreowana bardzo powierzchownie i to tylko słowami, a nie czynami. Zarówno bohaterowie jak i fabuła bardzo ucierpieli kosztem wykreowanego świata, bo to właśnie temu elementowi książki Ken Liu poświęcił najwięcej czasu. W tym polu nie zamierzam odmawiać mu zasług. Świat jest skonstruowany pierwszorzędnie, zadbano o najmniejszy nawet drobiazg. W książce dużo jest symboliki, wierszy i cytowania tekstów ze starych ksiąg, a nie spotkałam się jeszcze z tym, żeby stworzony świat sięgał tak daleko w przeszłość i wchodził w takie szczegóły, by aż cytowano wymyślone autorytety. Pełno jest też mądrych sentencji, które co i rusz wygłaszają nasi bohaterowie, czy to cytując, czy mówiąc od siebie. Nawet po pijaku! Bo jak wiadomo największy filozof budzi się w nas w stanie wskazującym.
Rozpisałam się o własnych odczuciach dotyczących lektury, ale właściwie nie napisałam jeszcze, o czym ona w ogóle jest. No więc jest o rewolucji. Owa rewolucja opisana jest od samych jej początków aż do końca. Wszystkie rozsiane po wyspach królestwa Dary podbił Mapidere, czyniąc się cesarzem. Miał on wizję, by poprawić życie mieszkańców Dary, zaprzestać ciągłych wojen i przepychanek między królestwami, ale jak to zwykle bywa, plan był dobry tylko w założeniu, a i władza potrafi zmienić człowieka. Pod rządami cesarza tyrana ludziom żyje się źle, jest więc rzeczą całkowicie naturalną, że w końcu dochodzi do buntu. Zarówno Kuni Garu, jak i Mata Zyndu odegrają w tym znaczącą rolę. Coś do powiedzenia mają również bogowie Dary, którzy, jak to bogowie mają w zwyczaju, mieszają się w losy śmiertelników. Właściwie oprócz tego, że świat Dary jest wymyślony, jest to chyba jedyny element fantasy w książce. Bardzo podobało mi się jednak to, że człowiek nie musiał grać tak, jak mu podpowiadał bóg, i miał własną wolę.
To nie talenty decydują o tym, w jakich warunkach żyje człowiek, lecz miejsce, gdzie postanowi je wykorzystać.
Wydanie "Królów Dary" jest przepiękne. Szata graficzna, kolorowa mapa w środku, glosariusz, spis najważniejszych bohaterów... to wszystko sprawia, że książkę trzyma się z przyjemnością. Bardzo fajnym akcentem jest też rysunek mlecza na początku, a dmuchawca na końcu. Nie będę pisać o co chodzi, ale ma to ścisły, symboliczny związek z jednym z głównych bohaterów.
Przechodząc do końca tego przydługiego tekstu napiszę, że "Królami Dary" jestem po prostu rozczarowana. Lektura książki była dla mnie nużąca i męcząca. Gdyby nie to, że zwyczajnie chciałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy, nie dobrnęłabym do końca. Sytuacje ratowały momenty, gdzie robiło się ciekawiej, i czytało się znacznie lepiej, ale wtedy znów pojawiała się jakaś epizodyczna postać ze swoją historią życia i całe moje zaciekawienie trafiał szlag. Dodatkowo fakt, że w książce mnóstwo jest polityki i działań administracyjnych wcale mojemu zaciekawieniu nie pomagał. I chociaż doceniam wysiłek, jaki autor włożył w stworzenie tego wszystkiego, i doceniam całokształt historii, to ogólnie jestem na nie. Jak zawsze warto jednak sprawdzić samemu, bo mój głos jest jednym z nielicznych, a "Królowie Dary" mają mnóstwo fanów i dobrych opinii.
06 lutego
O słodki nekromanto. "Magiczne Akta Scotland Yardu" Anny Lange
Nie należę do ludzi, którzy zwracają szczególną uwagę na pierwsze zdanie w książce. W Magicznych Aktach Scotland Yardu poświęciłam jednak chwilę na wpatrywanie się w początek pierwszego rozdziału, i ze zdziwieniem odkryłam, że uśmiecham się do kartki. Z tego jednego zdania dowiedziałam się, że książka będzie nie tyle o magii - jak głosi tytuł - ale o CZARNEJ magii. Autorka postanowiła poruszyć lubiany przeze mnie temat nekromancji, który jakoś rzadko spotykam w książkach fantasy. A jeśli już spotykam, to tą mroczną sztuką magii para się ten zły. Może nawet Główny Zły. Natomiast w Magicznych Aktach Scotland Yardu nekromantą jest ten dobry! Tego jeszcze nigdy nie spotkałam, i z miejsca byłam absolutnie zachwycona pomysłem. Clovis LaFay, bo to o nim mowa, na dodatek jest głównym bohaterem. To z kolei oznacza, że duchów i truposzy będzie pod dostatkiem. A jako czynnik trzeci, który przemawia za tym, by książkę polubić, jest humor wpleciony zarówno w dialogi, jak i w narrację.
Chłopak przez trzy lata tłukł się po wszystkich miastach studenckich na kontynencie, a ci myśleli, że go więzień i dziwka wystraszą!
Magiczne Akta Scotland Yardu to historia o mężczyźnie z szanownej, starej rodziny LaFayów, która od lat trudni się sztuką czarnej magii. Clovis nie ma dobrych kontaktów z rodziną, a każde jego spotkanie z nimi to droga przez mękę. Jakby tego było mało, to w dzieciństwie spotkało go parę traumatycznych przeżyć, głównie za sprawą syna jego brata, starszego od samego Clovisa zaledwie o kilka lat. Clovis zaraz po ukończeniu szkoły wyjeżdża z kraju i tuła się po świecie, dziwnym trafem lądując w różnych zakątkach świata właśnie wtedy, kiedy szykują się tam kłopoty. W końcu jednak wraca i mniej więcej w tym momencie rozpoczyna się właściwa akcja książki. A skoro to książka, gdzie pierwsze skrzypce gra nekromanta, to oczywiście od razu lądujemy na cmentarzu.
- Oczywiście. Skontaktowałem się z osobą, która służyła poprzednio u pewnego profesora matematyki z Cambrige. - Clovis dopowiedział sobie, że zatem żadnym ekscentrycznym wyskokom ze strony pracodawcy dziwić się nie powinna.
Anna Lange stworzyła porywają historię w klimatach wiktoriańskiej Anglii, tym bardziej, że jest to debiut. Początkowo topornie mi się książkę czytało ze względu na styl pisania (miałam wrażenie, że szyk zdania jest czasem zły, język bardziej potoczny, momentami nie mogłam się odnaleźć, kto albo do kogo wypowiedział daną kwestię) ale ostatnie 50 stron przerzucałam tak, jakby od tego zależało moje życie. Fabuła kręci się wokół kryminalnych zagadek - w końcu są to akta Scotland Yardu, aczkolwiek Clovis drugim Sherlockiem nie jest i nie próbuje nim być - i nawet jeśli od początku było wiadomo, kto będzie pełnił rolę Zła Naczelnego, to i tak czytałam książkę z ogromną przyjemnością. Autorka prowadziła nas przez kolejne strony swojej powieści w sposób, który w ogóle nie nużył, a przedstawienie realiów tamtych czasów wypadło świetnie. Niemniej jednak główną siłą napędową Magicznych Akt Scotland Yardu są bohaterowie, i dla mnie jest to tak naprawdę czwarty i najmocniejszy czynnik, który przemawia za tą książką. Bo widzicie, w powieści Anny Lange głównych bohaterów tak naprawdę jest trójka. Wymieniony już wcześniej Clovis LaFay to diablo uroczy, słodki, nieporadny i zagubiony w życiu mężczyzną, który pomimo cech nie do końca męskich mężczyzną pozostaje (i to jest dosyć zagadkowe). Clovis nie nadąża za “nowoczesnym” językiem, a więc takim, którym posługują się ludzie z ulicy, jest zupełnie oderwany od rzeczywistości, a jednak można na nim polegać i dzięki swojej wiedzy i uprzejmości stopniowo zdobywa szacunek nawet najbardziej niechętnych mu ludzi (z pominięciem rodziny). Zaraz po powrocie do kraju Clovis spotyka swojego szkolnego kolegę, Johna Dobsona, w którym mimowolnie budzą się odruchy opiekuńcze na widok młodszego kolegi. John bowiem z natury jest opiekuńczy, odpowiedzialny, szczery i prostolinijny, dodatkowo strzeże litery prawa jako nadinspektor Podwydziału Spraw Magicznych. Zmierzam do tego, moi drodzy, że ta dwójka jest ze sobą w tak doskonałej komitywie i tak doskonale wpisuje się w schemat dwóch panów w związku homoseksualnym, że nie sposób ich mimowolnie ze sobą nie sparować. No dobrze, ludzie którzy nie posiadają tak skrzywionego umysłu jak mój, pewnie tego nie zrobią, ale obstawiam, że płci pięknej przyjaźń i charaktery tej dwójki wielce przypadną do gustu.
Jacob Snaith miał strasznego pecha. Przyjechać na białym koniu w celu ratowania księżniczki przed smokiem i najpierw natrafić na przebywającego u niej w gościnie złego czarnoksiężnika, a potem zostać razem ze smokiem wyrzuconym przez nią z zamku...
Żeby opisowi stało się zadość dodam, że trzecim głównym bohaterem, a w zasadzie bohaterką, jest siostra Johna, Alicja. Dziewczę to zaradne i rozsądne, nie żadna księżniczka w opałach. Inteligenta i skora do pracy szybko zdobywa naszą sympatię, ale nie będę ukrywać, że jej wątek interesował mnie najmniej. Z pewnością rozumiecie, że panowie byli ciekawsi.
Pewnym zaskoczeniem dla mnie było odkrycie, że książka Anny Lange to książka polskiej autorki. Dziwnym trafem mi to umknęło i dopiero wtedy, gdy zaczęłam zastanawiać się nad stylem pisania (który tłumacz przełożyłby to tak nieporadnie?) znalazłam tą informację. Cieszy mnie, że polscy autorzy mają się tak dobrze, a jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że naprawdę dobrze mi się polską fantastykę czyta. Mam w niej spore tyły i dopiero niedawno zaczęłam nadrabiać, będąc zdumiona faktem, jak wiele polskich książek fantasy pojawiło się na rynku w okresie, kiedy moje czytelnictwo niemal spadło do zera.
Magiczne Akta Scotland Yardu gorąco polecam nie jako wybitną lekturę, która poszerzy twój światopogląd, ale naprawdę dobrą powieść, którą lekko i szybko się czyta. Pomimo wad, na które można przymknąć oko, debiut wypadł świetnie i z niecierpliwieniem będę wypatrywać kontynuacji. Bo że kontynuacja będzie, to akurat nie mam wątpliwości.
Ocena: 8/10
"Clovis LaFay. Magiczne Akta Scotland Yardu", Anna Lange, wydawnictwo SQN, rok wydania 2016, s. 448


















