Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terry Pratchett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terry Pratchett. Pokaż wszystkie posty

29 maja

29 maja

9 książek na Dzień Dziecka

9 książek na Dzień Dziecka

Z okazji zbliżającego się Dnia Dziecka mam dla Was zestawienie dziewięciu książek, które sama chętnie wcisnęłabym w ręce swoim chrześniakom, gdyby tylko czytali i byli trochę starsi. Jedno dopiero uczy się tej trudnej sztuki rozpoznawania literek, a drugie preferuje inne formy rozrywki, a ja przecież nie będę tą złą ciocią, która kupuje nudne książki na różne okazje, prawda? Zadowolę się zaprezentowaniem tych książek Wam.

27 stycznia

27 stycznia

6 krótkich książek do 120 stron

6 krótkich książek do 120 stron

Po przeczytaniu w ostatnich dniach Myszy i ludzi, króciutkiej, lecz bardzo treściwej książki Johna Steinbecka zaczęłam się zastanawiać, jakie jeszcze znam inne książki, które byłyby dobre i krótkie. Wynik takiego zastanawiania się prezentuję Wam poniżej.

Zestawienie zawiera książki do 120 stron (aczkolwiek jedna ma 122). Mam jeszcze dwie na oku, ale nie przeczytałam ich, więc tutaj nie zamieszczam. Przewiduję kolejne takie zestawienia wtedy, kiedy nazbiera mi się tych książek na kolejny wpis.

Zapraszam. :)


Koralina, Neil Gaiman

Opis z okładki: Dzień po przeprowadzce Koralina postanowiła zwiedzić cały dom. W nowym mieszkaniu, do którego Koralina przeprowadziła się z rodzicami, jest dwadzieścia jeden okien i czternaścioro drzwi. Trzynaścioro z nich otwiera się zwyczajnie, czternaste zaś są zamknięte na klucz. Za nimi znajduje się tylko ściana z cegieł – przynajmniej do dnia, w którym Koralina otwiera je i odkrywa przejście do innego domu, który na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od jej własnego. Ale pozory mylą...
Słowo ode mnie: To było moje pierwsze spotkanie z Neilem Gaimanem, i choć nie chwyciło do końca, to sama Koralina bardzo mi się podobała. Książka docelowo przeznaczona jest dla młodszych czytelników, ale może spodobać się i starszym. Polecam też animowaną ekranizację, aczkolwiek wersja książkowa podobała mi się bardziej.
Liczba stron: 112


Idealny Stan, Brandon Sanderson

Opis z okładki: Bóg-Cesarz Kairominas jest panem wszystkiego, co go otacza. Pokonał wszystkich wrogów, zjednoczył cały świat pod swoimi rządami i opanował magię. Większość czasu zajmują mu potyczki z arcywrogiem, który wciąż próbuje najechać świat Kaia.Dziś jednak jest inaczej. Dziś Kai musi się udać na randkę.
Zewnętrzne moce zmusiły go do spotkania z kimś, kto mu dorównuje – kobietą z innego świata, która osiągnęła równie wiele, co on. Co się stanie, kiedy najważniejszy mężczyzna na świecie zostanie zmuszony, by zjeść kolację z najważniejszą kobietą?
Słowo ode mnie: W Idealnym Stanie możecie zobaczyć próbkę umiejętności autora, ale przede wszystkim to, jak niesamowitą ma wyobraźnię. Znacznie bardziej lubię jego dłuższe formy, ale Idealny Stan też daje radę. Nie jest to książka wchodząca w skład żadnej serii.
Liczba stron: 96


Myszy i ludzie, John Steinbeck

Opis z okładki: George Milton i Lennie Small to niezwykły tandem przyjaciół. George jest silnym mężczyzną, a podążający w ślad za nim Lennie – upośledzonym gigantem o umysłowości małego dziecka. Niezdarny i nieświadomy własnej siły fizycznej nie potrafi dostosować się do społecznych norm i co chwila sprowadza na siebie i George’a mniejsze lub większe nieszczęścia. Nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, przyjaciele przemierzają pogrążone w Wielkim Kryzysie Stany w poszukiwaniu zarobku i akceptacji. Ich marzeniem i celem, do którego dążą, jest własna farma, na której mogliby wspólnie hodować króliki.
Słowo ode mnie: To niewątpliwy numer jeden tego zestawienia. Myszy i ludzie są bardzo krótkie, ale niosą ze sobą więcej treści niż niejedna gruba powieść. Końcówka za to zostawia nas w stanie emocjonalnego rozbicia. Gorąco polecam.
Liczba stron: 120


Opowieść wigilijna, Charles Dickens

Opis z okładki: Opowieść wigilijna pokazuje niezwykłą przemianę skąpego, bezdusznego, samolubnego Ebenezera Scrooge'a w hojnego, serdecznego, sympatycznego człowieka. Stary kupiec, który do tej pory nie lubił świąt, pod wpływem niesamowitych wydarzeń mających miejsce podczas wigilijnej nocy, postanawia zmienić swoje życie. Zaczyna rozumieć, że pieniądze szczęścia nie dają, staje się dobry dla innych i docenia wreszcie magię świąt Bożego Narodzenia.
Słowo ode mnie: Dickens to moje zeszłoroczne odkrycie. Któż nie zna jego Opowieści wigilijnej? Jeśli jest ktoś taki, to zachęcam do nadrobienia. W innym razie dobrą propozycją będą pozostałe świąteczne opowieści Dickensa, które mamy zebrane w trzech zbiorczych tomach zatytułowanych Opowieści wigilijne.
Liczba stron: 122


Eryk, Terry Pratchett

Opis z okładki: Słyszeliście o Fauście...
To jest Eryk.
Istnieje pewna różnica.
Eryk ma czternaście lat, mieszka na legendarnym i magicznym Świecie Dysku, a także jest pierwszym w historii hakerem demonologii. Na szczęście nie udało mu się wywołać żadnych demonów, wywołał za to Rincewinda (najbardziej niekompetentnego maga w uniwersum)oraz Bagaż (najniebezpieczniejszy sprzęt podróżny na świecie). Kiedy Eryk wypuszcza ich na niczym nie chroniony świat, oczekuje, że Rincewind spełni trzy jego życzenia.
Wiecie przecież. Standardowa trójka. Żyć wiecznie, panować nad światem, spotkać najpiękniejszą kobietę w historii. Właściwie to proste...
Dryfowanie u zarania Czasu, zmiana przyszłości i spotkanie z najbardziej kłopotliwym bogiem historii to zaledwie początek. Stworzenie życia na Dysku to drobnostka. Ponieważ Rincewind trafia w końcu do Piekła. Dosłownie. A ono nigdy już nie będzie takie jak dawniej.
Słowo ode mnie: Nie jestem pewna, czy powinnam umieszczać Eryka w tym zestawieniu, bo ta książka jako jedyna będzie dedykowana dla osób, które znają już daną serię. Nie polecam zaczynania przygody ze Światem Dysku od tej właśnie książki (przetestowałam), mimo że sama lubię zaczynać przygodę z autorem od najkrótszych pozycji. Większość książek ze Świata Dysku można czytać na chybił trafił, ponieważ stanowią one odrębne historie, ale zawsze polecam trzymania się wg chronologicznej kolejności w cyklach, żeby się nie pogubić. Sam Eryk natomiast będzie za bardzo dziwny i specyficzny dla osób, które w ogóle nie znają Świata Dysku... przynajmniej tak ja uważam. Ale jak ktoś zna, to polecam. :)
Liczba stron: 116


Oskar i pani Róża, Éric-Emmanuel Schmitt

Opis z okładki: Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy.
Czy w ciągu dwunastu dni można poznać smak życia i odkryć jego najgłębszy sens? Dziesięcioletni Oskar leży w szpitalu i nie wierzy już w żadne bajki. Na jego drodze staje tajemnicza pani Róża, która ma za sobą karierę zapaśniczki i potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji…
Oskar i Pani Róża to najsłynniejsza powieść Érica-Emmanuela Schmitta, znakomitego francuskiego pisarza i filozofa, którego książki przetłumaczono na 35 języków. Czytelnicy na całym świecie pokochali go za niezrównaną wrażliwość i mądrość, z jaką opisuje nawet najbardziej skomplikowane emocje.
Słowo ode mnie: Oskara i panią Różę dostałam w podstawówce, wtedy też ją przeczytałam, ale pamiętam do tej pory. Świetna książka, urocza, poruszająca i bardzo płaczogenna, polecam więc zaopatrzyć się w chusteczki podczas czytania.
Liczba stron: 96

24 stycznia

24 stycznia

Rychłoż się zejdziem znów? "Trzy Wiedźmy", Terry Pratchett

Rychłoż się zejdziem znów? "Trzy Wiedźmy", Terry Pratchett

Dzisiaj wyjątkowo będzie krótko. Trzy Wiedźmy to jedna z tych książek ze Świata Dysku, które już kiedyś czytałam, ale fabuła na tyle zatarła się w mojej pamięci, że i tak przeczytałam ją z chęcią. I to jest dokładnie ten Pratchett, którego uwielbiam. Właśnie za takie tomy Świat Dysku długo był moim numerem jeden.

Jeśli oceniać Trzy Wiedźmy w skali bolącego ze śmiechu brzucha, to daje tej książce pełne 10. Wszystko tutaj śmieszy, a jednocześnie Pratchett jak zwykle tak potrafi drwić z obranego akurat tematu, że przy okazji przemyca mnóstwo mądrych lub przekornych spostrzeżeń. Czasem jest poważniej, lecz głównie satyrycznie bądź po prostu humorystycznie. Tym razem autor wziął na tapetę dzieła Szekspira, zwłaszcza Makbeta, i ogólnie teatr. Znajdziemy też sporo nawiązań do najpopularniejszych baśni, w których występowały czarownice.  

Być zamordowanym to przecież dla króla śmierć naturalna, toteż w Trzech Wiedźmach umiera król, by królem mógł zostać ktoś inny, a syn zmarłego władcy zostaje szczęśliwie uratowany przez wiedźmy i dobrze ukryty. Rzecz jasna po latach ma dopaść go Przeznaczenie, by wrócił i odzyskał swój tron. Wszyscy przecież wiedzą, że tak to się powinno odbyć. Wie też i Pratchett i jak zwykle z tego kpi, przedstawiając nam nieco odmienną historię. Jednak nie fabuła jest tutaj najważniejsza, lecz sposób jej opowiedzenia. Sir Terry przechodzi samego siebie i przedstawia wszystko tak bardzo w krzywym zwierciadle, że zwyczajnie brak mi słów, by przekazać Wam, jak bardzo jest to cudowne. Wszystko, co napiszę, będzie olbrzymim niedopowiedzeniem, a wspaniałość tej książki po prostu ciężko ubrać mi w słowa.


– To musi być ze sto srebrnych dolarów! – jęknął Boggis i machnął sakiewką. – Przecież to nie moja skala! Nie moja klasa! Nie dam sobie rady z takimi pieniędzmi. Żeby tyle kraść, trzeba być w Gildii Prawników albo co.


W książce prym wiodą tytułowe trzy wiedźmy, a więc znana już nam z Równoumagicznienia niezastąpiona Babcia Weatherwax, ale też poznajemy drugą wspaniałą wiedźmę z zamiłowaniem do piosenki o jeżu, a więc Nianię Ogg, oraz dopiero zaczynającą Magrat Garlic. Cała trójka tworzy iście wybuchową mieszankę ze względu na swoje odmienne charaktery. Babcia Weatherwax jest tak bardzo konserwatywną starą panną, jak tylko można być, Niania Ogg z kolei lubi sobie wypić i przez liczbę swoich dzieci stworzyła własne mini-imperium, a Magrat wnosi powiew wiedźmowej nowoczesności, której ni w ząb nie rozumie pozostała dwójka. Gościnny występ zaliczy też sam Śmierć, co było bardzo miłym i przezabawnym akcentem w książce zważywszy na sytuację, w której się pojawił.


- Moje imię brzmi: WxrtHltl-jwlpklz - oświadczył demon z wyższością.
- Gdzie byłeś, kiedy rozdawali samogłoski? - wtrąciła Niania Ogg. - Stałeś za drzwiami?


Gdyby ktoś się zastawiał, czy można zacząć przygodę ze Światem Dysku od tej książki to tak, jak najbardziej. Każda z książek należąca do tej serii tworzy osobną opowieść, którą można czytać bez związku z innymi, warto jednak zachować chronologiczną kolejność w cyklach, żeby nie czuć dezorientacji. Moim ulubionym cyklem wciąż jest ten o Straży, ale Wiedźmy są zaraz za nim. To cudowne książki na poprawę humoru, przy czym ten humor wcale nas nie ogłupia. Polecam gorąco. :)


W serii Świat Dysku, cykl o Wiedźmach (inaczej Czarownice z Lancre):
1. Równoumagicznienie (tom 3)
2. Trzy Wiedźmy (tom 6)
3. Wyprawa czarownic (tom 12)
4. Panowie i Damy (tom 14)
5. Maskarada (tom 18)
6. Carpe Jugulum (tom 23)


23 listopada

23 listopada

A właściwie to dlaczego kobieta nie może być magiem? "Równoumagicznienie" Terry Pratchett

A właściwie to dlaczego kobieta nie może być magiem? "Równoumagicznienie" Terry Pratchett

Równoumagicznienie to jedna z tych książek ze Świata Dysku, której wcześniej nie czytałam. Rozpoczyna ona podcykl o Wiedźmach, które w moim osobistym rankingu są na drugim miejscu tuż za podcyklem o Straży. W książkach tych możemy poznać jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w serii Pratchetta, a więc jedyną w swoim rodzaju, niezastąpioną i uwielbianą przez miliony Babcię Weatherwax.

Zaczynając czytać Równoumagicznienie niemal na samym początku natkniemy się na fragment, w którym autor tłumaczy nam, o czym ta książka jest. A jest to opowieść o tym, czym jest magia i dokąd zmierza, a co ważniejsze, skąd przychodzi i po co. Przedstawiona historia nie pretenduje do odpowiedzi na wszystkie te pytania, może jednak pomóc w wyjaśnieniu, dlaczego Gandalf nigdy się nie ożenił i dlaczego Merlin był mężczyzną. Jest to również opowieść o seksie, choć nie w sensie atletyczno-gimnastycznym, czy też w sensie policz wszystkie nogi i podziel przez dwa. Od siebie dodam, że jest to historia bardziej kobieca, która porusza temat równouprawnienia, ale w takim fantastycznym wydaniu, a więc równoumagicznienia. Wszyscy wszak wiedzą, że kobieta magiem zostać nie może. Zapewne wszyscy też wiedzą, że ósmy syn ósmego syna na maga jest przeznaczony. Tylko co wtedy, gdy ósmym synem ósmego syna okazuje się córka?

Równoumagicznienie rozpoczyna się w momencie, kiedy będący na skraju śmierci czarodziej imieniem Drum Billet przybywa do wioski Głupi Osioł, aby przekazać swoją moc rzeczonemu chłopcu. Czarodziej jednak będąc już jedną nogą w grobie nie miał czasu upewnić się co do płci dziecka i niechcący przekazał moc dziewczynce. Eskarina, w skrócie Esk, będzie musiała się więc zmierzyć z tym niechcianym prezentem w świecie, w którym żaden czarodziej o kobiecie-magu nie chce nawet słyszeć.


- Jeśli nie możesz się nauczyć jeździć na słoniu, naucz się przynajmniej jeździć konno.
- Co to jest słoń?
- Rodzaj borsuka - wyjaśniła Babcia.
Nie dzięki przyznawaniu się do ignorancji od czterdziestu lat cieszyła się sławą znawczyni natury.


Esk to bardzo mądra i rezolutna dziewczynka, ale nie da się ukryć, że powieść od początku kradnie Babcia Weatherwax. To prawdziwy fenomen: ta kobieta ma taką reputację, że nikt nie ośmieli się jej sprzeciwić, a jej woli ulegnie nawet sam Śmierć. Ma trudny charakter, surowe zasady, które stosuje do wszystkich, oprócz samej siebie, niezmiennie chodzi w czerni, a do wszelkich braków w wiedzy w żaden sposób się nie przyzna. Książek nie toleruje z powodów moralnych, ponieważ słyszała, że wiele z nich napisali ludzie nieżyjący, rozsądek podpowiadał zatem, że czytanie ich byłoby równie grzeszne jak nekromancja. Zamiast czarowania w znacznej mierze stosuje głowologię, czyli przekonywanie kogoś, że korzystamy z magii, kiedy faktycznie tego nie robimy. Nie sposób Babci nie pokochać. Po prostu się nie da.

Powieść Pratchetta jak zwykle cechuje się fantastycznym, inteligentnym humorem. Gorąco nie radzę wam czytać jego książek w komunikacji miejskiej, ponieważ ja sama tyle razy się przy niej śmiałam, że zaczynam podejrzewać, że współpasażerowie mogli mnie posądzać o problemy ze sobą (tudzież po prostu stwierdzili, że czytam wyśmienitą książkę i czym prędzej spoglądali na okładkę, żeby wiedzieć, czego mają szukać). Jednocześnie jest to spojrzenie na równouprawnienie w taki sposób, jaki to tylko Pratchett potrafi zrobić. No bo dlaczego właściwie kobiety nie mogą być magami? Gdzieś to zapisano? Nikt z czarodziejskiej braci nie potrafił udzielić odpowiedzi innej niż śmieszna wymówka albo prostego "bo tak", które ucinało wszelką, dalszą dyskusję. Z drugiej strony żaden mężczyzna nigdy nie został wiedźmą i też jest to naturalna kolej rzeczy. W powieści zderzy się więc damski pogląd na magię z tym męskim, co można przekładać i na rzeczywistość, poczytamy o naturze magii i walce o swoje prawa, a także autor wielokrotnie będzie puszczał do nas oko przy okazji licznych pytań młodej Esk, skąd właściwie biorą się dzieci. Wszystko to okraszone zostało sporą dawką humoru, satyry i wyolbrzymień — jak zawsze.


- Hej! Jes-steś Esk, prawda? S-skąd się tu w-w-wzięłaś? To był Simon. Stał przed nią, trzymając po jednej książce pod każdą pachą. Esk zaczerwieniła się.
- Babcia nie chce mi powiedzieć - odparła. - Myślę, że ma to jakiś związek z mężczyznami i kobietami.


Równoumagicznie to jedna z pierwszych książek w serii Świata Dysku (ma numerek 3), od której tak właściwie można zacząć przygodę z całym cyklem. Świat Dysku nie trzeba czytać po kolei, bo każdy tom stanowi odrębną historię, ale warto iść w kolejności chronologicznej w zakresie podcykli, bo wtedy nie będziemy zdezorientowani w losach naszych bohaterów. Wiele osób nie poleca rozpoczynania przygody z Dyskiem od dwóch pierwszych tomów, bo można się zrazić, i ja się do tego dołączam. Zacząć można nawet od jeszcze późniejszych tomów i wziąć się na przykład za Straż (Straż! Straż!, tom 8), albo za Śmierć (Mort, tom 4), i jak już Pratchett u nas chwyci, to dopiero wtedy ewentualnie do tych pierwszych tomów wrócić.

Tak czy inaczej, gorąco polecam wam czytanie Pratchetta i gorąco polecam wam Równoumagicznienie, bo to świetna, błyskotliwa i humorystyczna książka. No i jest tu Babcia Weatherwax, a dla niej samej warto książkę przeczytać.


W serii Świat Dysku, podcykl o Wiedźmach (inaczej Czarownice z Lancre):
1. Równoumagicznienie (tom 3)
2. Trzy Wiedźmy (tom 6)
3. Wyprawa czarownic (tom 12)
4. Panowie i Damy (tom 14)
5. Maskarada (tom 18)
6. Carpe Jugulum (tom 23)



26 października

26 października

Porozmawiajmy o tym, o czym zwykle się nie rozmawia, czyli "Świat kupek" Terry'ego Pratchetta

Porozmawiajmy o tym, o czym zwykle się nie rozmawia, czyli "Świat kupek" Terry'ego Pratchetta


Nadszedł dzisiaj taki dzień, w którym będę się rozwodzić nad książką o kupkach. Zanim zaczniecie się zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku i czy to już jest ten moment, w którym trzeba dzwonić po pilną pomoc lekarską, zwróćcie proszę uwagę na to, kto jest autorem tej książki. Bo gdyby nie on, to na pewno bym po taką książkę nie sięgnęła.

Terry Pratchett to pisarz, na którego książkach się wychowałam. Do jego twórczości żywię miłość głęboką i niezmienną aż po dziś dzień, i w moich oczach jest to jedyny autor, który nawet o takim śmierdzącym temacie potrafiłby napisać ciekawie. I zrobił to, aczkolwiek Świat kupek bardziej adresowany jest do dzieci, niż do dorosłych, chociaż sięgać po taką książkę mogą osoby w każdej grupie wiekowej. Widzicie, właściwie jest to bajka, ale oczywiście byłoby to zbyt nudne, gdyby Pratchett wymyślał zwyczajne bajki o rycerzach, księżniczkach i małych dziewczynkach zagubionych w lesie, a więc my możemy czytać o kupkach. Warto dodać, że tak naprawdę jest to książka, która powstała na kartach innej książki, ponieważ pierwsza wzmianka o niej pojawiła się w Niuchu.

Jak dobrze pamiętamy z Niucha, Młody Sam Vimes uwielbiał Świat kupek autorstwa panny Felicity Beedle, autorki takich pozycji jak Siuś-ludzie, Radość woskowiny czy Chłopiec, który nie potrafił dłubać we własnym nosie. Przez świat fekaliów przeprowadza nas młody Geoffrey, chłopiec, który w wyniku pewnych rodzinnych zawirowań trafia pod opiekę Babci w Ankh-Morpork. Tam zaczyna interesować go temat kupek, i tak jak niektórzy zbierają znaczki, a inni pocztówki, to nasz bohater postawia kolekcjonować kupki każdego stworzenia na świecie i założyć poświęcone temu muzeum. Przy okazji dowiaduje się wielu przydatnych informacji o tym, jak funkcjonuje nasz świat od tej mniej przyjemnej strony.


 
Jak powiadają, co odpływa, to powraca, choć nie musimy się przyglądać, kiedy nas mija. Ale zachowywanie się jak koty i wiara, że jeśli czegoś nie widzimy, tego nie ma, to sposób myślenia, który nie uchodzi w eleganckim towarzystwie. Bez nawozu, bez gnoju nie istniałoby rolnictwo, a bez rolnictwa nie byłoby ludzi wartych uwagi. Tak więc dedykuję tę książkę mojemu staremu przyjacielowi, Harry’emu Królowi, człowiekowi, który gnój potrafi zmieniać w złoto.


Okej, nie ukrywajmy: temat jest niesmaczny i nawet jeśli pisze o tym Pratchett, czasem może nas złapać chwila refleksji, co my właściwie czytamy. Nie sposób jednak nie uśmiechnąć się pod nosem w niektórych momentach, a nawet nie zaśmiać otwarcie, ponieważ wyobraźnia i humor autora co rusz potrafią nas do tego sprowokować. A humoru jest tutaj mnóstwo (inaczej by się nie dało), standardowo pełno jest też przypisów, no i to po prostu znany i kochany Pratchett, z tym że bohaterem jest chłopiec, a nie osoba dorosła, przez co automatycznie zmienia się docelowy wiek odbiorcy. Książka jest też bogato ozdobiona ilustracjami Petera Dennisa, które bardzo dokładnie odnoszą się do tego, o czym właśnie czytamy. W tym miejscu wypadałoby wrzucić jakieś foty, ale niestety ja czytałam książkę w legimi i fizycznego egzemplarza nie posiadam, jednak całość możecie obejrzeć na filmiku opublikowanym przez wydawnictwo TUTAJ.

Być może nie widać tego na tym filmie, ale książka jak wiele innych pozycji tego rodzaju została wydana w taki sposób, jakby faktyczną autorką była panna Felicity Beedle, a nie sam Terry Pratchett. Na początku książki mamy spis innych pozycji opublikowanych przez pannę Beedle, a nawet, uwaga, autograf dla Młodego Sama. Dla mnie jest to niesamowicie pozytywny akcent, który automatycznie podnosi wartość książki w moich oczach.


 
Koty to tajemnicze zwierzęta, a ich odchody cuchną tak mocno, że same koty nie lubią tego zapachu i dlatego wszystko zakopują. Koty są także bardzo zakłopotane, jeśli wiedzą, że człowiek im się przygląda, więc odwracają się w inną stronę. Nawet czarownice, które do tworzenia zaklęć potrafią wykorzystać prawie wszystko, na kocich odchodach stawiają granicę. 


Jednak tym, co najbardziej mi się spodobało w Świecie kupek jest podejście innych ludzi do Geoffreya i jego, bądź co bądź, ekscentrycznego hobby. Spójrzmy już na zachowanie samej Babci: kobieta nie strofuje go, nie wyśmiewa i nie poucza, że powinien znaleźć sobie bardziej przydatne i normalniejsze zajęcie, ale zachęca go i wręcz pomaga mu dowiedzieć się więcej o tym zagadnieniu, organizując wycieczki do różnych, ciekawych miejsc w Ankh-Morpork. Pozostałe, napotkane osoby w książce również nie próbują wybić chłopcu tego pomysłu z głowy, a raczej uważają go za ciekawego, zaradnego i pracowitego młodego osobnika, który przejawia inicjatywę, chce się uczyć i ma jakiś pomysł, którym mógłby się zająć. I to jest w tej książce absolutnie wspaniałe, że nie gasi się pomysłowości i ciekawości dziecka, nawet jeśli cóż, rozmawiamy o kupkach. 

Świat kupek
polecałabym przede wszystkim fanom Świata Dysku jako uzupełnienie serii (książka do niej należy i ma numerek 39.5 wg LC) i zaznajomienie się z pozycją, za którą szalał Młody Sam. Do tych, którzy nie czytali: niech wam tylko nie przyjdzie do głowy zaczynanie przygody z Dyskiem od tej właśnie książki. Najlepiej sięgnąć po nią już po lekturze Niucha i po zaznajomieniu się trochę z tym światem, ponieważ wtedy wyciągniecie z niej najwięcej. Jeśli natomiast temat kupek jest dla was zbyt obrzydliwy i czujecie, że zwyczajnie by was to przytłoczyło, to śmiało możecie książkę pominąć, ponieważ jest to jedynie dodatek. Niemniej jednak miło jest przeczytać coś nowego od Pratchetta w sytuacji, kiedy wiemy, że nic nowego już nie powstanie - a przynajmniej nowego dla nas, ponieważ książka w oryginale została wydana w 2012 roku, czyli rok po premierze Niucha. Trzymam teraz kciuki za polską wersję Where is my cow?, a także za Nanny ogg's cookbook. Przede wszystkim za Nanny ogg's cookbook :)


P.S. Dodałam do infografiki na stałe serię i numer tomu, bo bardzo mi tej informacji brakowało. Dodałabym jeszcze datę pierwszego wydania, ale zabrakło mi miejsca :)
  


01 czerwca

01 czerwca

Powrót do przeszłości, czyli książki mojego dzieciństwa

Powrót do przeszłości, czyli książki mojego dzieciństwa

Dzisiaj uraczę Was czymś innym, bo postem specjalnym na Dzień Dziecka. Myślałam o tym, żeby zaproponować kilka fajnych książek do czytania dla młodzieży, ale zamiast tego postanowiłam jednak iść w inną stronę i pokazać wam serie, w których ja zaczytywałam się za młodu. A jako że jestem dziwnym człowiekiem, który od dziecka pochłaniał tylko i wyłącznie fantastykę, to z góry zastrzegam, że nie ma tutaj nic innego. Lubię mówić, że wychowały mnie trolle i hobbici :)

Wybrane książki to oczywiście nie wszystko, co czytałam gdy smarkaczem byłam, lecz jedynie te, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Będą to książki tylko i wyłącznie z okresu podstawówki. Pierwotnie miałam dać jeszcze kilka fajnych serii, które czytałam w gimnazjum, ale gdy wypisałam tylko te z podstawówki i popatrzyłam na długość posta, zrezygnowałam. Napiszę Wam o nich innym razem :) Tworzenie tego wpisu zajęło mi mnóstwo czasu, ale miałam z tego ogromną frajdę i poczułam straszną nostalgię. Czuję się taka stara.

Drogie dzieci! Bez różnicy, czy jesteście dziećmi wiekiem, czy też duszą, z okazji waszego święta życzę wam wszystkiego najlepszego :)

  Hobbit, R. R. Tolkien


"Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad."
 
Cała moja świadoma przygoda z fantastyką zaczęła się od wepchnięcia mi w ręce przez brata Hobbita R. R. Tolkiena. Byłam nim tak zachwycona i zafascynowana, że przez wiele dni męczyłam tą książką swoje otoczenie, a nawet powypisywałam z niej zagadki i próbowałam je zadawać. Niestety, nikt nie znał odpowiedzi i raczej dostawałam tylko bardzo dziwne spojrzenia z gatunku tych "a poza tym to w domu wszyscy zdrowi?". Pełny tytuł książki brzmi Hobbit, czyli tam i z powrotem. Jest to pełna przygód i niebezpieczeństw opowieść o hobbicie, który wraz z trzynastoma krasnoludami i jednym czarodziejem wyruszył na wyprawę, by odzyskać krasnoludzkie skarby zawłaszczone przez smoka. Podejrzewam, że wszyscy znają tę historię, albo chociaż o niej słyszeli :)

  Władca Pierścieni, R. R. Tolkien 

  
"Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A niejeden z tych, którzy umierają zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Nie bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci, nawet bowiem najmądrzejszy nie wszystko wie."
 
Władcę Pierścieni czytałam już po obejrzeniu filmów, i to właśnie ich wpływ natchnął mnie do przeczytania książek. W każdym innym przypadku powiem, że to książka stoi ponad filmem, ale tutaj to właśnie filmy bardziej do mnie przemówiły, niż książki. Kocham te ekranizacje i oglądam je średnio raz w roku. Moją ulubioną postacią jest Aragorn, szczególnie ten filmowy, ekchem... Wcale nie ma na to wpływu aktor. W ogóle.

Zarówno Władca Pierścieni, jak i Hobbit to klasyka fantastyki. Nie żebym o tym wiedziała, kiedy te książki czytałam - po prostu robiłam to, bo urzekł mnie świat, nowe rasy i sama historia.

Opowieści z Narnii, C.S. Lewis 


"Wcale nie jestem pewien, czy chciałbym żyć i żyć bez końca. Wszyscy, których znam umrą, a ja miałbym żyć sam? To bez sensu. Wolę przeżyć tyle co inni, umrzeć i pójść do nieba."

Moja przygoda z Narnią zaczęła się od szkolnej lektury. To jedyny taki przypadek, i dlatego tym bardziej zasługuje na wyróżnienie. Lew, czarownica i stara szafa podbiło moje serce od samego początku. Ach, jakże żałowałam, że sama nie mam w szafie przejścia do Narnii! Stworzony przez Lewisa świat jest przecudowny, pełen magii, ciepła i uroku. Po latach dowiedziałam się, że pełno u niego nawiązań do chrześcijaństwa, czego nie zauważyłam, czytając jako dziecko. To książki, które chciałabym przeczytać jeszcze raz, nie tyle po to, żeby je sobie odświeżyć, ale bardziej by sprawdzić, jakie wrażenie wywrą na mnie teraz, kiedy jestem już dorosła. Gdy byłam dzieckiem przeżywałam mocno przygody bohaterów, a moimi ulubionymi historiami były Srebrne krzesło oraz Koń i jego chłopiec. Pożerałam książki jedna za drugą, a gdy dobrnęłam już do końca, świat Narnii żegnałam we łzach. Jeśli jeszcze nie czytaliście, to naprawdę warto to sobie nadrobić. 

 Cykl o Kedrigernie Johna Morressy


"W drzwiach stanęła Śmierć z nastawioną kosą. Wyglądała bardzo profesjonalnie."
  
Zabawne, lekkie i humorystyczne opowieści o czarodzieju Kedrigernie to już moje biblioteczne odkrycie. Cały cykl składa się na pięć tomów i jeden zbiór opowiadań. Pierwszy tom opowiada o tym, jak to Kedrigern, mistrz czarów i spec od przeciwzaklęć odchodzi z Gildii Czarodziejów, bo ci weszli w konszachty z alchemikami, i wybiera samotne życie, chcąc je poświęcić studiom i kontemplacjom. Niestety szybko się przekonuje, że samotne życie jednak nie jest dla niego, a troll Ciapek to kiepskie towarzystwo, toteż postanawia znaleźć sobie żonę. Kolejne tomy to kolejne przygody Kedrigerna, a całość bardzo miło wspominam, choć już zupełnie nie pamiętam, co się tam działo. Pamiętam jednak, że po kolejne tomy pędem leciałam do biblioteki, przekonana humorem, magią i przygodą. To nie są wymagające książki, raczej z gatunku tych do poczytania dla odstresowania. Jak tak teraz o tym myślę, to humor i abstrakcja przypominają mi Pratchetta. Warto też wspomnieć, że Cykl o Kedrigernie wchodzi w kanon fantastyki Andrzeja Sapkowskiego.

 Cykl Legenda Drizzta, R. A. Salvatore


"- Pozwól mi zacząć znowu - powiedział Drizzt. - Witaj, Akarze Kessellu. - Skłonił się nisko. - Jestem Drizzt Do'Urden, pogranicznik Gwaerona Windstroma, strażnik Doliny Lodowego Wichru. Przyszedłem, aby cię zabić."
 
Z góry zaznaczę, że nie czytałam wszystkiego. W Polsce wydanych jest obecnie 17 tomów, a jest ich więcej, i wciąż powstają. Niezły tasiemiec, prawda? R. A. Salvatore wykreował w swojej serii jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w fantastyce, mrocznego elfa, Drizzta Do'Urdena. Drizzt to postać z typu tych, którym w końcu zawsze wszystko wyjdzie i umieranie generalnie się ich nie ima. Mimo wszystko to bardzo fajna postać, pełna wewnętrznych rozterek, zasad i szlachetności. To mroczny elf, ale wyrzutek wśród swojej społeczności, bo jest dobry i żyje na powierzchni. Seria o Drizzcie to heroic fantasy, możemy więc poczytać o dużej ilości walk, czy to ze smokami, innymi elfami, orkami czy co tam sobie zamarzycie. Konstrukcja fabuły jest bardzo prosta, i generalnie sprowadza się do machania mieczem, sejmitarem albo toporem, z mniejszymi lub większymi dramatami w tle. Ogólnie bardzo miło wspominam tę serię, szczególnie Drizzta, którego w młodości kochałam. Uwielbiałam też krasnoluda Bruenora za jego cięty język, i przekomarzanki między tą dwójką. Najbardziej podobała mi się Trylogia Mrocznego Elfa, opowiadająca o dzieciństwie Drizzta. Miała w sobie ten mroczny, ciężki klimacik.

Seria Dragonlance, Margaret Weis, Tracy Hickman 

  
(...) Postanowiłem wrócić - odpowiedział kender. Nie spojrzał na maga, lecz nadal wpatrywał się w puste niebo. - Złożyłem obietnicę. Nigdy przedtem się nad tym nie zastanawiałem, ale obietnica to nie jest coś, co składa się ustami. Składa się ją w sercu. Jeśli ktoś łamie obietnicę, w jego sercu pojawia się szczelina, aż wreszcie całe robi się popękane. Myślę, że już lepiej jest dać się rozdeptać olbrzymowi.
 
Moi mili, smoki. Tu były smoki. Mnóstwo smoków. I elfów, półelfów, krasnoludów, szkrzatów, barbarzyńców, wojowników, rycerzy... No i magia! Wyprawy! High fantasy jak się patrzy. Dragonlance to bardzo obszerna seria książek, którą zapoczątkowali M. Weis i T. Hickman, ale tworzyli do niej też inni autorzy. Niestety w tym przypadku też już niewiele pamiętam odnośnie fabuły, poza tym, że w pierwszym tomie bohaterowie spotkali się w tawernie. Od razu poznaliśmy całą drużynę i z miejsca zostałam zarzucona różnymi rasami, nowym światem i świetnymi postaciami (Raistlin! Tasslehoff!). Słowem, esencja fantastyki, którą tak kocham. Byłam serią zauroczona i strasznie cierpiałam, że w bibliotece nie było więcej tomów. Dragonlance to wspaniałe, heroiczne przygody, przyjaźń, zło, które trzeba pokonać, mnóstwo akcji i magicznych stworzeń. W chwili obecnej przypomina mi to taką sesję Dungeons & Dragons na kartkach książki, przepiękną sesję RPG, którą sama chciałabym przeżyć. W tym przypadku też jestem ciekawa, jak odebrałabym te książki dzisiaj.

Cykl Belgariada i Malloreon Davida Eddingsa

 
"- Azaliż świadom jesteś, Belgaracie, naszego nieszczęścia? Zaiste, w trudnej chwili zwracamy się do ciebie po radę.
- Cho-Hagu - zirytował się Wilk. - Mówisz, jakbyś czytał marny arendzki epos. Czy te zaisty i azaliże są naprawdę konieczne?
Cho-Hag spojrzał z zakłopotaniem na Anhega.
- Moja wina, Belgaracie - wyjaśnił z żalem Anheg. - Wyznaczyłem skrybów, by zapisali przebieg naszego spotkania. Cho-Hag przemawiał do historii, nie tylko do ciebie. - Korona króla zsunęła się trochę i zawisła niebezpiecznie nad uchem.
- Historia jest bardzo tolerancyjna, Anhegu - odparł Wilk. - Nie musisz wywierać na niej wrażenia. I tak zapomni większą część tego, co mówimy."

To moja miłość. Pokochałam tę serię tak bardzo, że czytałam ją na komputerze, bo w bibliotece nie było dalszych tomów. Przede wszystkim cenię ją za humor, który jest absolutnie przewspaniały, za bohaterów, których jest mnóstwo, i którzy rzucają celnymi, ciętymi uwagami, którzy droczą się ze sobą i kpią z samych siebie. Belgariada to pięć tomów cudownej przygody Gariona, chłopca, który wychował się na wsi, a którego czeka wielkie przeznaczenie. Obecna jest magia, czarodzieje, różnorodność nie rasowa, lecz kulturowa, bowiem w książce jest kilka państw, które słyną z czegoś innego. I tak na przykład Drasanie to chytrzy i przebiegli ludzie, a zarazem doskonali szpiedzy, Cherecy to wielcy wojownicy stworzeni na wzór wikingów, Algarowie to mistrzowie koni, Sendarzy to poczciwi farmerzy, a Rivanie znani są jako oschli i surowi mieszkańcy wyspy. Ta grupa razem tworzy Alornów, lecz są też i inni: fanatyczni religijnie Ulgosi czy odważni, romantyczni i beznadziejnie głupi Arendowie i Mimbraci. A to jeszcze nie wszystko! Z bohaterów najbardziej kocham Silka, wędrownego akrobatę, szpiega i ironicznego Drasanina w jednym. Jego znakiem rozpoznawczym jest długi nos, z którego zresztą jego przyjaciele często sobie żartują. W książkach dużą rolę odgrywają bogowie, a jednego z nich (tego złego) nasza drużyna będzie musiała pokonać. Tak, moi drodzy, tutaj też osią fabuły jest wyprawa. Kontynuacją Belgariady jest Malloreon, który dzieje się jakiś czas później i też zawiera w sobie pięć tomów. Wiecie co, chyba muszę o tej serii napisać oddzielny post, bo tyle bym chciała Wam przekazać, że naprawdę nie pasuje to do formy tego wpisu. Dodam, że to również kanon Sapkowskiego. Polecam, polecam gorąco, język jest prosty i lekki, w ogóle cały cykl jest bardzo lekki w odbiorze, po prostu czytajcie to!

Harry Potter, J.K. Rowling

 
"Ja nie szukam żadnych kłopotów. To kłopoty zwykle znajdują mnie."

Tutaj chyba nie muszę wiele mówić. Kto z nas nie kocha Pottera i nie czeka wciąż na list z Hogwartu? :) Moja przygoda z młodym czarodziejem zaczęła się od dwóch pierwszych filmów. Za najlepsze części uznaje Więźnia Azkabanu i Zakon Feniksa i dalej ubolewam nad tym, że Syriusz wpadł za zasłonę. Spędziłam godziny, ba, dni, czytając przeróżne fanfiction do Pottera, czy to jakieś marne, blogaskowe wypociny, czy też świetne opowiadania. Marzę o tym, by Rowling napisała coś o Huncwotach, ale to pewnie nie nastąpi, więc trzeba się pocieszyć Fantastycznymi Zwierzętami. Bardzo podobają mi się nowe wydania z ilustracjami, i dlatego też obrazek otwierający część o Potterze pochodzi z książek ilustrowanych przez Jima Kaya. Jeszcze nie mam tych wydań, ale planuję je w najbliższej przyszłości kupić choćby po to, by pogapić się na te cudne ilustracje.

Harry Potter jest świetną serią do czytania w młodości, ale chociaż mam do niej duży sentyment, to zdaje sobie sprawę, że nie jest pozbawiony wad i na pewno nie znajduję w topce moich najlepszych książek. Mimo wszystko naprawdę go lubię i chętnie jeszcze raz wrócę do Hogwartu :)

Księgi Nomów, Terry Prachett

"Sam się przekonasz, że najważniejszą cechą przywódcy nie jest to, czy ma rację, czy się myli, ale to, czy jest pewien swego. Inaczej ci, którym przewodzisz, nie będą wiedzieli, co myśleć. Naturalnie, jeśli ma się przy tym rację, to wybitnie pomaga."

Teraz będzie trochę mojego ukochanego Pratchetta. Nie pamiętam dokładnie, od jakiej książki zaczęła się moja przygoda z nim, ale tutaj zacznijmy od Ksiąg Nomów. Nomy to maleńkie, pulchne ludziki o wzroście dziesięciu centymetrów, które zupełnie niezauważone żyją sobie obok nas. Za swój nomi raj uznają Sklep, który w swej łaskawości ofiarował im Arnold Bros w 1903 roku. Do tego właśnie miejsca trafia Masklin wraz ze swoją gromadką, którzy zmęczeni życiem w ciągłej niepewności, czy coś ich zaraz nie rozjedzie na ulicy, decydują się na przerażającą podróż ciężarówką w nieznane. Problem tkwi w tym, że nomia Ziemia Obiecana ma zostać zamknięta i zburzona, a przerażone życiem poza Sklepem ludziki w końcu będą musiały go opuścić.

Księgi Nomów składają się na trzy części, a każda jest przesycona tym, co u Prachetta najlepsze: dowcipem, ironią i błyskotliwym spojrzeniem na rzeczywistość. Księgi Nomów dedykowane są dla młodszego czytelnika, i jak teraz patrzę, zostały wydane w jednym, zbiorczym tomie. Z ogromną nostalgią wspominam Księgi Nomów i na pewno będę próbowała je wepchnąć w ręce moim chrześniakom.

Johnny Maxwell, Terry Pratchett


"Ze wszystkich sił we wszechświecie najtrudniej jest przezwyciężyć siłę przyzwyczajenia. Siła przyciągania to przy niej pryszcz."

Seria o Johnnym Maxwellu to trzy książki które łączy osoba głównego bohatera. Johnny ma dwanaście lat i spotykają go dziwne rzeczy. Na przykład w części pierwszej dostaje grę komputerową Tylko ty możesz uratować ludzkość, w której za pomocą joysticka powinien roznieść obcych w drobny puch. Ale kiedy już ma to zrobić, obcy się poddają, chociaż gra nie dopuszcza takiej możliwości. Gdy Johnny akceptuje kapitulację, w snach sam przenosi się do gry. W części drugiej Johnny i zmarli nasz bohater prowadzi dysputy z duchami na lokalnym cmentarzu i próbuje im pomóc, gdy cmentarz jest zagrożony. Cześć trzecia, Johnny i Bomba opowiada historię o tym, jak to Johnny znajduje w zaułku nieprzytomną panią Tachyon, której wózek w rzeczywistości jest maszyną do podróży w czasie. Tym razem również całość została wydana w jednym tomie pt. Opowieści o Johnnym Maxwellu. To też książki dedykowane dla młodszych, nawet bardziej, niż Księgi Nomów.

Świat Dysku, Terry Pratchett


"Wiesz co jest największą tragedią tego świata? Ludzie, którzy nigdy nie odkryli, co naprawdę chcą robić i do czego mają zdolności. Synowie, którzy zostają kowalami, bo ich ojcowie byli kowalami. Ludzie, którzy mogliby fantastycznie grać na flecie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żadnego instrumentu muzycznego, więc zostają oraczami. Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć."

Książki ze Świata Dysku to obszerna seria fantasy, której akcja rozgrywa się właśnie na Dysku. Trzeba wspomnieć, że Dysk spoczywa na grzbietach czterech słoni, które stoją na skorupie wielkiego A'Tuina, żółwia płynącego przez Wszechświat. Kocham ten cykl i bardzo ubolewam nad tym, że więcej książek już nie będzie. Znajdziemy tutaj mnóstwo humoru, ciętych, celnych uwag dotyczących życia, które autor przemyca nam wśród morza absurdu i inteligentnych dowcipów. Pratchett porusza różne tematy, takie jak religia, tolerancja czy władza, a im dalej w jego książki, tym bardziej poważne się one stają. Początkowe pozycje ze Świata Dysku to lekkie parodie okraszone pratchettowskim dowcipem. Książki z tej serii właściwie można podzielić na cykle na podstawie tego, o jakich bohaterach opowiadają. Moim ulubionym jest seria o Straży z kapitanem Vimesem na czele, który potrzebuje paru drinków, by w ogóle stać się trzeźwym. Poza nim znajdziemy też cykl o Wiedźmach, Śmierci, Rincewindzie, Tiffany Obolałej czy o Moist von Lipwigu. Zainteresowanych odsyłam do mapki, która bardzo przystępnie wskazuje porządek czytania.

***

To już wszystkie książki, które pamiętam z okresu podstawówki. Mam nadzieję, że ten przydługi post was nie zanudził i jestem bardzo ciekawa, czy sami coś z tego czytaliście. Pierwotnie miałam po prostu zrobić przegląd po seriach fantasy, ale skoro już wsadziłam te wszystkie książki tutaj, to tam sobie daruję. Niemniej jednak taki przegląd też mam w planach, chociaż raczej dalszych :)

05 marca

05 marca

Ten zakapturzony szkielet z kosą. "Mort" Terry Pratchett

Ten zakapturzony szkielet z kosą. "Mort" Terry Pratchett
Terry Pratchett to autor, na którym się wychowałam. Czytałam jego książki już w podstawówce, zaczynając od serii dla dzieci, a potem przyszła kolej na Świat Dysku. Pożerałam każdą książkę jaka wpadła mi w ręce, nie zwracając specjalnie uwagi na chronologię. Czytałam je wybiórczo, tak, jak akurat były dostępne w bibliotece, a dopiero niedawno zorientowałam się, że hej, Kirima, ty przecież nie przeczytałaś jeszcze wszystkiego! No więc śpieszę nadrobić te haniebne zaległości, i postanowiłam sobie, że wszystko przeczytam od deski do deski. W zeszłym roku zaliczyłam cykl o Straży (moi ulubieńcy!), a teraz przyszła pora na... Śmierć.

Kiedy stwórca składał ten świat miał mnóstwo znakomitych pomysłów, jednak uczynienie go zrozumiałym jakoś nie przyszło mu do głowy.

Musicie wiedzieć, że książki ze Świata Dysku można czytać na dwa sposoby. Jednym z nich jest czytanie ich chronologicznie, w kolejności takiej, jakie zostały wydane. Drugim jest czytanie ich chronologicznie, owszem, ale seriami, które Terry Pratchett stworzył dla Świata Dysku. W tym uniwersum są cykle poświęcone Wiedźmom, Straży, Magom, Rewolucji Przemysłowej, Tiffany i właśnie Śmierci. Mort jest czwartą książką w całej serii, ale pierwszą dotyczącą bezpośrednio postaci, jaką jest Śmierć. 

Śmierć to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w książkach Pratchetta. Mówi kapitalkami, co symbolizuje fakt, że jego pusty i głuchy głos nie trafia do nas poprzez fale dźwiękowe, tylko dostaje się bezpośrednio do naszego umysłu. Jak sam siebie opisuje, jest "antropomorficzną personifikacją ludzkich wyobrażeń na swój temat". Zrezygnował z kościstego konia o płonącej grzywie, bo był bardzo niepraktyczny i puszczał stodołę z dymem. Swojego wierzchowca z krwi i kości nazwał "Pimpuś". Śmierć uwielbia koty, curry i przejawia niezdrową fascynację ludźmi. Przez większość wolnego czasu próbuje zrozumieć ich zachowania, co zwykle kończy się katastrofą. 

Zobaczył swoje życie rozciągające się przed nim na podobieństwo długiego, ciemnego tunelu bez światełka na końcu.
(...) Mylił się. Na końcu tunelu jaśniało światełko: miotacz ognia.

W Morcie Śmierć dochodzi do wniosku, że potrzebuje urlopu. Znajduje więc ucznia, Morta, który mógłby trochę odciążyć go od swoich obowiązków, a może kiedyś <tu następuje sugerujące mrugnięcie okiem> przejąć po nim schedę związaną z tym biznesem poprzez ewentualny ożenek z jego córką (rzecz jasna adoptowaną). Owa córka o imieniu Ysabell charakteryzuje się prerafaelicką urodą i cierpi na niewielką nadwagę. Sam Mort ma kompleksy związane z faktem, że wszyscy mówią do niego per "chłopcze" i generalnie zadaje kłopotliwe pytania, chcąc WIEDZIEĆ. 

Wszystko idzie dobrze, dopóki Mort nie dostaje swojego pierwszego zadania odesłania ludzi na tamten świat, a raczej dopóki nie trafia na piękną księżniczkę, skrytobójce i morderstwo, do którego nie doszło. I wszystkiemu winien jest on sam. Szykują się kłopoty, prawda? A zachwianie równowagi świata to coś, czego Mort z pewnością nie chce mieć na swoim sumieniu. Tymczasem Śmierć szuka pracy, łowi ryby, a nawet chodzi do fryzjera. Nigdy nie wiesz, gdzie możesz spotkać tego pana z kosą, o pięknych błękitnych oczach i nieustannym uśmiechu na czaszce... 

CO?, zdumiał się Śmierć (...).
- Wolne popołudnie - powtórzył Mort (..).
ALE DLACZEGO?, Śmierć nie mógł zrozumieć. PRZECIEŻ NIE NA POGRZEB BABCI, dodał. WIEDZIAŁBYM COŚ O TYM.

katea.deviantart.com
Mort jest krótką książką wypełnioną po brzegi absurdalnym humorem, tak bardzo charakterystycznym dla Pratchetta. Niemal na każdej stronie znajdziemy jakieś gagi czy dowcipne dialogi, lub też humor wpleciony w narrację. Początkowe książki z dorobku Pratchetta są znacznie lżejsze i bardziej zakręcone niż te późniejsze, ale to wciąż jest ten sam inteligentny humor, który w śmieszny sposób zwraca nam uwagę na absurdy naszego świata. Czasami jest to śmiech przez łzy. Ja czytałam książkę w trakcie sesji, i był to doskonały wybór, bo po prostu mogłam się rozluźnić i pośmiać przy lekturze, a jednocześnie nie była ona na tyle długa, żeby specjalnie odciągnąć mnie od nauki. Książki Pratchetta z reguły są cienkie i szybko się je czyta, sam Mort ma zaledwie 262 strony. Co to jest w porównaniu z takimi cegłówkami jak Droga Królów czy Amber... 

Morta gorąco polecam, tak samo jak i polecam cały Świat Dysku i wszystkie książki Pratchetta. Myślę, że to jest jeden z tych autorów, którego ze względu na specyficzny styl albo się kocha, albo nienawidzi. Ja, rzecz jasna, kocham i chętnie dzielę się tą miłością z wami.

A na zakończenie taki pozytywny akcent: 

– Nie ma sprawiedliwości.
Śmierć westchnął znowu.
NIE, przyznał, wręczając kielich paziowi, który ze zdumieniem stwierdził, 
że trzyma nagle puste naczynie. 
JESTEM TYLKO JA.

Ocena: 8/10

"Mort", Terry Pratchett, Prószyński i S-ka, rok wydania 1996, s. 262
Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger