01 czerwca

Powrót do przeszłości, czyli książki mojego dzieciństwa


Dzisiaj uraczę Was czymś innym, bo postem specjalnym na Dzień Dziecka. Myślałam o tym, żeby zaproponować kilka fajnych książek do czytania dla młodzieży, ale zamiast tego postanowiłam jednak iść w inną stronę i pokazać wam serie, w których ja zaczytywałam się za młodu. A jako że jestem dziwnym człowiekiem, który od dziecka pochłaniał tylko i wyłącznie fantastykę, to z góry zastrzegam, że nie ma tutaj nic innego. Lubię mówić, że wychowały mnie trolle i hobbici :)

Wybrane książki to oczywiście nie wszystko, co czytałam gdy smarkaczem byłam, lecz jedynie te, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Będą to książki tylko i wyłącznie z okresu podstawówki. Pierwotnie miałam dać jeszcze kilka fajnych serii, które czytałam w gimnazjum, ale gdy wypisałam tylko te z podstawówki i popatrzyłam na długość posta, zrezygnowałam. Napiszę Wam o nich innym razem :) Tworzenie tego wpisu zajęło mi mnóstwo czasu, ale miałam z tego ogromną frajdę i poczułam straszną nostalgię. Czuję się taka stara.

Drogie dzieci! Bez różnicy, czy jesteście dziećmi wiekiem, czy też duszą, z okazji waszego święta życzę wam wszystkiego najlepszego :)

  Hobbit, R. R. Tolkien


"Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad."
 
Cała moja świadoma przygoda z fantastyką zaczęła się od wepchnięcia mi w ręce przez brata Hobbita R. R. Tolkiena. Byłam nim tak zachwycona i zafascynowana, że przez wiele dni męczyłam tą książką swoje otoczenie, a nawet powypisywałam z niej zagadki i próbowałam je zadawać. Niestety, nikt nie znał odpowiedzi i raczej dostawałam tylko bardzo dziwne spojrzenia z gatunku tych "a poza tym to w domu wszyscy zdrowi?". Pełny tytuł książki brzmi Hobbit, czyli tam i z powrotem. Jest to pełna przygód i niebezpieczeństw opowieść o hobbicie, który wraz z trzynastoma krasnoludami i jednym czarodziejem wyruszył na wyprawę, by odzyskać krasnoludzkie skarby zawłaszczone przez smoka. Podejrzewam, że wszyscy znają tę historię, albo chociaż o niej słyszeli :)

  Władca Pierścieni, R. R. Tolkien 

  
"Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A niejeden z tych, którzy umierają zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Nie bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci, nawet bowiem najmądrzejszy nie wszystko wie."
 
Władcę Pierścieni czytałam już po obejrzeniu filmów, i to właśnie ich wpływ natchnął mnie do przeczytania książek. W każdym innym przypadku powiem, że to książka stoi ponad filmem, ale tutaj to właśnie filmy bardziej do mnie przemówiły, niż książki. Kocham te ekranizacje i oglądam je średnio raz w roku. Moją ulubioną postacią jest Aragorn, szczególnie ten filmowy, ekchem... Wcale nie ma na to wpływu aktor. W ogóle.

Zarówno Władca Pierścieni, jak i Hobbit to klasyka fantastyki. Nie żebym o tym wiedziała, kiedy te książki czytałam - po prostu robiłam to, bo urzekł mnie świat, nowe rasy i sama historia.

Opowieści z Narnii, C.S. Lewis 


"Wcale nie jestem pewien, czy chciałbym żyć i żyć bez końca. Wszyscy, których znam umrą, a ja miałbym żyć sam? To bez sensu. Wolę przeżyć tyle co inni, umrzeć i pójść do nieba."

Moja przygoda z Narnią zaczęła się od szkolnej lektury. To jedyny taki przypadek, i dlatego tym bardziej zasługuje na wyróżnienie. Lew, czarownica i stara szafa podbiło moje serce od samego początku. Ach, jakże żałowałam, że sama nie mam w szafie przejścia do Narnii! Stworzony przez Lewisa świat jest przecudowny, pełen magii, ciepła i uroku. Po latach dowiedziałam się, że pełno u niego nawiązań do chrześcijaństwa, czego nie zauważyłam, czytając jako dziecko. To książki, które chciałabym przeczytać jeszcze raz, nie tyle po to, żeby je sobie odświeżyć, ale bardziej by sprawdzić, jakie wrażenie wywrą na mnie teraz, kiedy jestem już dorosła. Gdy byłam dzieckiem przeżywałam mocno przygody bohaterów, a moimi ulubionymi historiami były Srebrne krzesło oraz Koń i jego chłopiec. Pożerałam książki jedna za drugą, a gdy dobrnęłam już do końca, świat Narnii żegnałam we łzach. Jeśli jeszcze nie czytaliście, to naprawdę warto to sobie nadrobić. 

 Cykl o Kedrigernie Johna Morressy


"W drzwiach stanęła Śmierć z nastawioną kosą. Wyglądała bardzo profesjonalnie."
  
Zabawne, lekkie i humorystyczne opowieści o czarodzieju Kedrigernie to już moje biblioteczne odkrycie. Cały cykl składa się na pięć tomów i jeden zbiór opowiadań. Pierwszy tom opowiada o tym, jak to Kedrigern, mistrz czarów i spec od przeciwzaklęć odchodzi z Gildii Czarodziejów, bo ci weszli w konszachty z alchemikami, i wybiera samotne życie, chcąc je poświęcić studiom i kontemplacjom. Niestety szybko się przekonuje, że samotne życie jednak nie jest dla niego, a troll Ciapek to kiepskie towarzystwo, toteż postanawia znaleźć sobie żonę. Kolejne tomy to kolejne przygody Kedrigerna, a całość bardzo miło wspominam, choć już zupełnie nie pamiętam, co się tam działo. Pamiętam jednak, że po kolejne tomy pędem leciałam do biblioteki, przekonana humorem, magią i przygodą. To nie są wymagające książki, raczej z gatunku tych do poczytania dla odstresowania. Jak tak teraz o tym myślę, to humor i abstrakcja przypominają mi Pratchetta. Warto też wspomnieć, że Cykl o Kedrigernie wchodzi w kanon fantastyki Andrzeja Sapkowskiego.

 Cykl Legenda Drizzta, R. A. Salvatore


"- Pozwól mi zacząć znowu - powiedział Drizzt. - Witaj, Akarze Kessellu. - Skłonił się nisko. - Jestem Drizzt Do'Urden, pogranicznik Gwaerona Windstroma, strażnik Doliny Lodowego Wichru. Przyszedłem, aby cię zabić."
 
Z góry zaznaczę, że nie czytałam wszystkiego. W Polsce wydanych jest obecnie 17 tomów, a jest ich więcej, i wciąż powstają. Niezły tasiemiec, prawda? R. A. Salvatore wykreował w swojej serii jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w fantastyce, mrocznego elfa, Drizzta Do'Urdena. Drizzt to postać z typu tych, którym w końcu zawsze wszystko wyjdzie i umieranie generalnie się ich nie ima. Mimo wszystko to bardzo fajna postać, pełna wewnętrznych rozterek, zasad i szlachetności. To mroczny elf, ale wyrzutek wśród swojej społeczności, bo jest dobry i żyje na powierzchni. Seria o Drizzcie to heroic fantasy, możemy więc poczytać o dużej ilości walk, czy to ze smokami, innymi elfami, orkami czy co tam sobie zamarzycie. Konstrukcja fabuły jest bardzo prosta, i generalnie sprowadza się do machania mieczem, sejmitarem albo toporem, z mniejszymi lub większymi dramatami w tle. Ogólnie bardzo miło wspominam tę serię, szczególnie Drizzta, którego w młodości kochałam. Uwielbiałam też krasnoluda Bruenora za jego cięty język, i przekomarzanki między tą dwójką. Najbardziej podobała mi się Trylogia Mrocznego Elfa, opowiadająca o dzieciństwie Drizzta. Miała w sobie ten mroczny, ciężki klimacik.

Seria Dragonlance, Margaret Weis, Tracy Hickman 

  
(...) Postanowiłem wrócić - odpowiedział kender. Nie spojrzał na maga, lecz nadal wpatrywał się w puste niebo. - Złożyłem obietnicę. Nigdy przedtem się nad tym nie zastanawiałem, ale obietnica to nie jest coś, co składa się ustami. Składa się ją w sercu. Jeśli ktoś łamie obietnicę, w jego sercu pojawia się szczelina, aż wreszcie całe robi się popękane. Myślę, że już lepiej jest dać się rozdeptać olbrzymowi.
 
Moi mili, smoki. Tu były smoki. Mnóstwo smoków. I elfów, półelfów, krasnoludów, szkrzatów, barbarzyńców, wojowników, rycerzy... No i magia! Wyprawy! High fantasy jak się patrzy. Dragonlance to bardzo obszerna seria książek, którą zapoczątkowali M. Weis i T. Hickman, ale tworzyli do niej też inni autorzy. Niestety w tym przypadku też już niewiele pamiętam odnośnie fabuły, poza tym, że w pierwszym tomie bohaterowie spotkali się w tawernie. Od razu poznaliśmy całą drużynę i z miejsca zostałam zarzucona różnymi rasami, nowym światem i świetnymi postaciami (Raistlin! Tasslehoff!). Słowem, esencja fantastyki, którą tak kocham. Byłam serią zauroczona i strasznie cierpiałam, że w bibliotece nie było więcej tomów. Dragonlance to wspaniałe, heroiczne przygody, przyjaźń, zło, które trzeba pokonać, mnóstwo akcji i magicznych stworzeń. W chwili obecnej przypomina mi to taką sesję Dungeons & Dragons na kartkach książki, przepiękną sesję RPG, którą sama chciałabym przeżyć. W tym przypadku też jestem ciekawa, jak odebrałabym te książki dzisiaj.

Cykl Belgariada i Malloreon Davida Eddingsa

 
"- Azaliż świadom jesteś, Belgaracie, naszego nieszczęścia? Zaiste, w trudnej chwili zwracamy się do ciebie po radę.
- Cho-Hagu - zirytował się Wilk. - Mówisz, jakbyś czytał marny arendzki epos. Czy te zaisty i azaliże są naprawdę konieczne?
Cho-Hag spojrzał z zakłopotaniem na Anhega.
- Moja wina, Belgaracie - wyjaśnił z żalem Anheg. - Wyznaczyłem skrybów, by zapisali przebieg naszego spotkania. Cho-Hag przemawiał do historii, nie tylko do ciebie. - Korona króla zsunęła się trochę i zawisła niebezpiecznie nad uchem.
- Historia jest bardzo tolerancyjna, Anhegu - odparł Wilk. - Nie musisz wywierać na niej wrażenia. I tak zapomni większą część tego, co mówimy."

To moja miłość. Pokochałam tę serię tak bardzo, że czytałam ją na komputerze, bo w bibliotece nie było dalszych tomów. Przede wszystkim cenię ją za humor, który jest absolutnie przewspaniały, za bohaterów, których jest mnóstwo, i którzy rzucają celnymi, ciętymi uwagami, którzy droczą się ze sobą i kpią z samych siebie. Belgariada to pięć tomów cudownej przygody Gariona, chłopca, który wychował się na wsi, a którego czeka wielkie przeznaczenie. Obecna jest magia, czarodzieje, różnorodność nie rasowa, lecz kulturowa, bowiem w książce jest kilka państw, które słyną z czegoś innego. I tak na przykład Drasanie to chytrzy i przebiegli ludzie, a zarazem doskonali szpiedzy, Cherecy to wielcy wojownicy stworzeni na wzór wikingów, Algarowie to mistrzowie koni, Sendarzy to poczciwi farmerzy, a Rivanie znani są jako oschli i surowi mieszkańcy wyspy. Ta grupa razem tworzy Alornów, lecz są też i inni: fanatyczni religijnie Ulgosi czy odważni, romantyczni i beznadziejnie głupi Arendowie i Mimbraci. A to jeszcze nie wszystko! Z bohaterów najbardziej kocham Silka, wędrownego akrobatę, szpiega i ironicznego Drasanina w jednym. Jego znakiem rozpoznawczym jest długi nos, z którego zresztą jego przyjaciele często sobie żartują. W książkach dużą rolę odgrywają bogowie, a jednego z nich (tego złego) nasza drużyna będzie musiała pokonać. Tak, moi drodzy, tutaj też osią fabuły jest wyprawa. Kontynuacją Belgariady jest Malloreon, który dzieje się jakiś czas później i też zawiera w sobie pięć tomów. Wiecie co, chyba muszę o tej serii napisać oddzielny post, bo tyle bym chciała Wam przekazać, że naprawdę nie pasuje to do formy tego wpisu. Dodam, że to również kanon Sapkowskiego. Polecam, polecam gorąco, język jest prosty i lekki, w ogóle cały cykl jest bardzo lekki w odbiorze, po prostu czytajcie to!

Harry Potter, J.K. Rowling

 
"Ja nie szukam żadnych kłopotów. To kłopoty zwykle znajdują mnie."

Tutaj chyba nie muszę wiele mówić. Kto z nas nie kocha Pottera i nie czeka wciąż na list z Hogwartu? :) Moja przygoda z młodym czarodziejem zaczęła się od dwóch pierwszych filmów. Za najlepsze części uznaje Więźnia Azkabanu i Zakon Feniksa i dalej ubolewam nad tym, że Syriusz wpadł za zasłonę. Spędziłam godziny, ba, dni, czytając przeróżne fanfiction do Pottera, czy to jakieś marne, blogaskowe wypociny, czy też świetne opowiadania. Marzę o tym, by Rowling napisała coś o Huncwotach, ale to pewnie nie nastąpi, więc trzeba się pocieszyć Fantastycznymi Zwierzętami. Bardzo podobają mi się nowe wydania z ilustracjami, i dlatego też obrazek otwierający część o Potterze pochodzi z książek ilustrowanych przez Jima Kaya. Jeszcze nie mam tych wydań, ale planuję je w najbliższej przyszłości kupić choćby po to, by pogapić się na te cudne ilustracje.

Harry Potter jest świetną serią do czytania w młodości, ale chociaż mam do niej duży sentyment, to zdaje sobie sprawę, że nie jest pozbawiony wad i na pewno nie znajduję w topce moich najlepszych książek. Mimo wszystko naprawdę go lubię i chętnie jeszcze raz wrócę do Hogwartu :)

Księgi Nomów, Terry Prachett

"Sam się przekonasz, że najważniejszą cechą przywódcy nie jest to, czy ma rację, czy się myli, ale to, czy jest pewien swego. Inaczej ci, którym przewodzisz, nie będą wiedzieli, co myśleć. Naturalnie, jeśli ma się przy tym rację, to wybitnie pomaga."

Teraz będzie trochę mojego ukochanego Pratchetta. Nie pamiętam dokładnie, od jakiej książki zaczęła się moja przygoda z nim, ale tutaj zacznijmy od Ksiąg Nomów. Nomy to maleńkie, pulchne ludziki o wzroście dziesięciu centymetrów, które zupełnie niezauważone żyją sobie obok nas. Za swój nomi raj uznają Sklep, który w swej łaskawości ofiarował im Arnold Bros w 1903 roku. Do tego właśnie miejsca trafia Masklin wraz ze swoją gromadką, którzy zmęczeni życiem w ciągłej niepewności, czy coś ich zaraz nie rozjedzie na ulicy, decydują się na przerażającą podróż ciężarówką w nieznane. Problem tkwi w tym, że nomia Ziemia Obiecana ma zostać zamknięta i zburzona, a przerażone życiem poza Sklepem ludziki w końcu będą musiały go opuścić.

Księgi Nomów składają się na trzy części, a każda jest przesycona tym, co u Prachetta najlepsze: dowcipem, ironią i błyskotliwym spojrzeniem na rzeczywistość. Księgi Nomów dedykowane są dla młodszego czytelnika, i jak teraz patrzę, zostały wydane w jednym, zbiorczym tomie. Z ogromną nostalgią wspominam Księgi Nomów i na pewno będę próbowała je wepchnąć w ręce moim chrześniakom.

Johnny Maxwell, Terry Pratchett


"Ze wszystkich sił we wszechświecie najtrudniej jest przezwyciężyć siłę przyzwyczajenia. Siła przyciągania to przy niej pryszcz."

Seria o Johnnym Maxwellu to trzy książki które łączy osoba głównego bohatera. Johnny ma dwanaście lat i spotykają go dziwne rzeczy. Na przykład w części pierwszej dostaje grę komputerową Tylko ty możesz uratować ludzkość, w której za pomocą joysticka powinien roznieść obcych w drobny puch. Ale kiedy już ma to zrobić, obcy się poddają, chociaż gra nie dopuszcza takiej możliwości. Gdy Johnny akceptuje kapitulację, w snach sam przenosi się do gry. W części drugiej Johnny i zmarli nasz bohater prowadzi dysputy z duchami na lokalnym cmentarzu i próbuje im pomóc, gdy cmentarz jest zagrożony. Cześć trzecia, Johnny i Bomba opowiada historię o tym, jak to Johnny znajduje w zaułku nieprzytomną panią Tachyon, której wózek w rzeczywistości jest maszyną do podróży w czasie. Tym razem również całość została wydana w jednym tomie pt. Opowieści o Johnnym Maxwellu. To też książki dedykowane dla młodszych, nawet bardziej, niż Księgi Nomów.

Świat Dysku, Terry Pratchett


"Wiesz co jest największą tragedią tego świata? Ludzie, którzy nigdy nie odkryli, co naprawdę chcą robić i do czego mają zdolności. Synowie, którzy zostają kowalami, bo ich ojcowie byli kowalami. Ludzie, którzy mogliby fantastycznie grać na flecie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żadnego instrumentu muzycznego, więc zostają oraczami. Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć."

Książki ze Świata Dysku to obszerna seria fantasy, której akcja rozgrywa się właśnie na Dysku. Trzeba wspomnieć, że Dysk spoczywa na grzbietach czterech słoni, które stoją na skorupie wielkiego A'Tuina, żółwia płynącego przez Wszechświat. Kocham ten cykl i bardzo ubolewam nad tym, że więcej książek już nie będzie. Znajdziemy tutaj mnóstwo humoru, ciętych, celnych uwag dotyczących życia, które autor przemyca nam wśród morza absurdu i inteligentnych dowcipów. Pratchett porusza różne tematy, takie jak religia, tolerancja czy władza, a im dalej w jego książki, tym bardziej poważne się one stają. Początkowe pozycje ze Świata Dysku to lekkie parodie okraszone pratchettowskim dowcipem. Książki z tej serii właściwie można podzielić na cykle na podstawie tego, o jakich bohaterach opowiadają. Moim ulubionym jest seria o Straży z kapitanem Vimesem na czele, który potrzebuje paru drinków, by w ogóle stać się trzeźwym. Poza nim znajdziemy też cykl o Wiedźmach, Śmierci, Rincewindzie, Tiffany Obolałej czy o Moist von Lipwigu. Zainteresowanych odsyłam do mapki, która bardzo przystępnie wskazuje porządek czytania.

***

To już wszystkie książki, które pamiętam z okresu podstawówki. Mam nadzieję, że ten przydługi post was nie zanudził i jestem bardzo ciekawa, czy sami coś z tego czytaliście. Pierwotnie miałam po prostu zrobić przegląd po seriach fantasy, ale skoro już wsadziłam te wszystkie książki tutaj, to tam sobie daruję. Niemniej jednak taki przegląd też mam w planach, chociaż raczej dalszych :)

14 komentarzy:

  1. O! Też kocham Hobbita, ale od Władcy pierścieni zdecydowanie bardziej wolę ekranizacje, książki strasznie mnie zamulały :/
    HP czytałam dopiero w gimnazjum, więc ciężko powiedzieć, że to moje dzieciństwo xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też wolę ekranizacje Władcy Pierścieni :)

      Usuń
  2. "A poza tym to w domu wszyscy zdrowi?" - you made my day :D Na mnie ludzie się dziwnie patrzą ilekroć mówię, że mama zabrania mi czytać XD Ale Hobbita też uwielbiam i nie mogę zrozumieć, jakim cudem niektórzy się przy nim wynudzili.
    Opowieści z Narnii były chyba pierwszą książką fantasy, z jaką miałam do czynienia. Do dzisiaj pamiętam tę dumę, kiedy bodajże w pierwszej (albo drugiej) klasie podstawówki przeczytałam taką już pełnowymiarową książkę :D Ale serii niestety nie skończyłam, utknęłam na trzecim tomie, ale na pewno powoli to nadrobię. W końcu z niektórych książek nigdy się nie wyrasta :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje <3 W chwili obecnej to ludzie się na mnie dziwnie patrzą akurat za to, że czytam fantastykę. Albo że w ogóle czytam :) Mama tylko ze zgrozą patrzy na rosnące stosy książek w moim pokoju, ale czasem przyjdzie znaleźć tam coś dla siebie :)

      Tak, ja też pamiętam swoją dumę, kiedy z własnej woli przeczytałam książkę, która nie była stricte dla dzieci i nie była lekturą xD

      Usuń
  3. Ja zaczęłam nałogowo czytać dopiero w gimnazjum, a na początku były to głównie romanse :D Z podstawówki pamiętam głównie lektury, jednak nie narzekam bo to właśnie tam poznałam co to znaczy czytać i poznałam wiele wspaniałych historii na przykład "Ten obcy", "Przygody Tomka Sawyera" czy "Małą księżniczkę" :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z takich podstawówkowych lektur to prawie nic nie pamiętam... ale najbardziej wryła mi się w pamięć książka "Chłopcy z placu broni". Była świetna :) Przypomniałaś mi o "Małej księżniczce", dostałam tę książkę za wybitne osiągnięcia w bibliotece, czyli wypożyczanie największej liczby książek xD Też bardzo miło wspominam :)

      Usuń
  4. Ja jestem chyba tym fenomenem, który nie lubi "Opowieści z Narnii". Bohaterowie (oprócz Edmunda) są słabo rozwinięci i idealni (a przecież to dzieci), a sama fabuła nudna i przewidywalna. Za to Harry i Tolkien to książki mojego życia i niekoniecznie "dzieciństwa". Pozostałych nie znam. Super pomysł na post na dzień dziecka, jeśli pozwolisz to w przyszłym roku też zrobię coś takiego. Pozdrawiam, Klara.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, nie bardzo czuję, że mogę Narnię bronić, bo sporo mi się już w pamięci zatarło i nie mogę przywołać konkretnych argumentów. Nie miałam jednak poczucia, że bohaterowie są słabo rozwinięci, a już na pewno, że są zbyt idealni :) Przytoczyłaś tu Edmunda, ja pamiętam tylko, że Eustachy był strasznie rozwydrzony na początku.
      Jasne, nie mam nic przeciwko co do pożyczenia pomysłu :)

      Usuń
  5. Ja bym w mojej liście na pewno dołożyła serię o Xanth Piersa Anthony'ego, bo jako dzieciak zaczytywałam się w tych książkach (a o Świecie Dysku nie słyszałam) i stąd do tej pory nie zapałałam taką miłością do Pratchetta, z jak wspominam te powieści :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja akurat zupełnie nie znam serii o Xanth, ale chciałabym ją kiedyś przeczytać :)

      Usuń
  6. super, że dodałaś cytaty <3 również w tym czasie czytałam Harry'ego i Hobbita :D pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje, cieszę się, że ktoś zwrócił na to uwagę :) Pozdrawiam również :)

      Usuń
  7. Dla mnie dzieciństwo to właśnie Harry, kochałam go, a sentyment pozostanie już na zawsze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja gdybym miała wybrać jedną książkę/serię, która określiłaby mi dzieciństwo, to powiedziałabym, że jest to Terry Pratchett i... wszystko co napisał :)

      Usuń

Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger