12 stycznia

Niech twój uśmiech krwawi, czyli "Cienie tożsamości" Brandona Sandersona

Po genialnym „Stopie prawa” oczywiście musiałam wziąć się za kolejną część serii „Ostatnie imperium”, czyli za „Cienie tożsamości”. Autorem jest Brandon Sanderson, człowiek, który niszczy mi życie, bo przez jego książki każda inna jest do kitu, a po dobrnięciu do ostatniej strony świat wydaje się taki pusty, ponury i nijaki. To powinno być karalne. Chociaż nie. Nie powinno. Niech tylko pisze szybciej.

„Cienie tożsamości” to druga część kwadrylogi Waxa i Wayna, a zarazem piąta całego cyklu. Po poprzednim, brawurowym tomie pełnym akcji, strzelanin i dobrego humoru, Sanderson nieco zwalnia i nadaje historii powagi. Owszem, humor wcale nie zniknął i wciąż można przeczytać wyśmienite, cięte i zabawne dialogi, ale całość stała się znacznie poważniejsza. Dowiadujemy się więcej o przeszłości naszych bohaterów, oraz jesteśmy świadkami pewnej tragedii w życiu Waxa. Na scenę wkracza też bóg, Harmonia, który ma brzydki nawyk gadania do ciebie w twojej głowie. Żeby wszystko dobrze zrozumieć, tym razem bardzo potrzebna jest znajomość trzech pierwszych książek z cyklu, bowiem przeszłość powraca i odgrywa tutaj znaczącą rolę.

Waxilium pomyślał szybko i zrobił to, co przyszło mu najłatwiej. Przyjął dramatyczną pozę na gruzach (…)

W „Cieniach tożsamości” nie ma porwań, ale za to jest wyścig z czasem aby dopaść oszalałego mordercę i powstrzymać wybuch rewolty. Świat Sandersona przeżywa rewolucję przemysłową, pojawiają się elektrownie, automobile, a wśród klasy robotniczej i tych najbiedniejszych mieszkańców Elendel zaczynają się niepokoje i bunt. Miastu grozi chaos, który pracowicie podsyca morderca. Rzecz jasna na jego drodze stanie duet Waxa i Wayna… a właściwie trio, bo do całej paczki dochodzi jeszcze błyskotliwa Marasi, poirytowana faktem, że legendarny stróż prawa z Dziczy ją ignoruje.
Kusiło go, by nazwać go najgorszym w życiu, ale to by z pewnością była przesada. Najgorszym dniem jego życia będzie ten, w którym umrze.

W tym tomie bliższa stała mi się Steris, narzeczona Waxa, która zrobiła się ciut bardziej ludzka… a może po prostu mi jako czytelnikowi łatwiej było ją w końcu zrozumieć. I choć Waxowi bardziej pasuje Marasi (w końcu to ona jest tą inteligentą, bystrą kobietą, która chce bronić prawa i łapać morderców), to ja kibicuję skrytej w sobie Steris, która ma problemy w dogadywaniu się z ludźmi do tego stopnia, że na każdą okazję musi mieć plan - i to w kilku wariantach. Pojawiła się też nowa postać konstabla-generała Aradela, który robi to, co trzeba i nie jest zadufanym w sobie bucem, oraz MeLaan, kobiety, z którą można iść do baru na piwo i urządzić konkurs bekania. Tak, to wciąż jest zabawna i absolutnie nie drętwa książka, gdyby ktoś się zastanawiał.

Tatko mi kiedyś rzekł: „Synu, trzymaj fason i zawsze się uśmiechaj”. Dlatego kiedy sprawy zaczynają się sypać, walę twarzą w ścianę, aż uśmiech zaczyna mi krwawić, i czuję się lepiej. Na mnie działa. A przynajmniej tak myślę. Niezbyt dobrze pamiętam, bo zbyt wiele razy oberwałem w głowę.

Osobiście nie mogę się też nadziwić postaci, jaką jest Wayne. Wbrew pozorom, kiedy się przebić poprzez głupotę, błazenadę i ogólny idiotyzm, jaką Wayne sobą przedstawia, możemy odkryć, że to naprawdę mądry, spostrzegawczy facet, o tak dobrym sercu, że spokojnie można by go rozdzielić na kilka osób i jeszcze by zostało. Wayne jest genialnym bohaterem, który doskonale rozumie innych ludzi, i choć ma trochę nierówno pod sufitem, to zwyczajnie nie sposób go nie kochać.
 
 
(…) popatrzył na Wayne’a i skinął głową z miną, którą Marasi często widziała, kiedy dwaj mężczyźni na siebie patrzyli. O ile umiała to ocenić, oznaczała ona coś pomiędzy „Niezła robota” a „Dupek z ciebie, sam chciałem to zrobić”.

„Cienie tożsamości” to książka odrobinę grubsza od swojej poprzedniczki, o jakieś 50 stron. Wydanie wciąż jest świetne: marginesy o odpowiedniej wielkości, dobra czcionka, łatwość, z jaką książką się otwiera, tasiemka do zaznaczania strony, no i ta twarda oprawa. Wewnątrz ponownie znajdują się strony zawierające wycinek z gazety, i jest to bardzo fajny akcent, choć przyznam się, że tym razem nie chciało mi się ich czytać.

Ocena: 10/10. 
Chyba nikt nie spodziewał się innej :)

"Cienie tożsamości", Brandon Sanderson, wydawnictwo MAG, rok wydania 2016, s. 352

Poprzednie w serii:
1. Z mgły zrodzony
2. Studnia wstąpienia
3. Bohater wieków


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger