Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy łotrzykowskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy łotrzykowskie. Pokaż wszystkie posty

07 lipca

07 lipca

Grało się. "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" Tomasza Marchewki

Grało się. "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" Tomasza Marchewki

Mam taki problem z tą książką, że po jej przeczytaniu bez cienia wątpliwości zakrzyknęłam, że jest to książka słaba. Potem jednak zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem aby troszkę niesprawiedliwa w swoim osądzie. No bo czy powinnam książkę oceniać pod względem tego, jak mi się podobała (słabo!) czy pod względem całości (przeciętnie!)? Nie jestem zdania, że pisanie o książkach na blogu ma być obiektywne, bo to właśnie za subiektywne spojrzenie cenię blogi, ale z drugiej strony pójście całkiem w subiektywizm też jest zły. Postaram się więc tutaj wypośrodkować.

Wszyscy patrzyli, nikt nie widział to debiutancka powieść Tomasza Marchewki, współscenarzysty gry Wiedźmin. Wiecie, to bardzo ważna informacja dla mnie, ponieważ ja naprawdę lubię Wiedźmina, zarówno książki, jak i gry. Może nawet szala mojej sympatii przechyla się bardziej w stronę gier. Kiedy więc w internecie pojawiła się szumna zapowiedź, że oto człowiek od Wiedźmina wydaje swoją pierwszą książkę, to z miejsca pomyślałam, że hej, ja to przecież muszę kupić! Spodobał mi się opis na okładce, spodobała mi się sama okładka, w ogóle wszystko zapowiadało naprawdę dobrą lekturę, toteż na Targach Książki szybciutko pobiegłam do stoiska wydawnictwa SQN i zdobyłam przedpremierowo swój egzemplarz. No i zaczęłam czytać. No i zaczęły się schody.
 
To fascynujące - przerwał mu Petr - ale do rzeczy Wchodzisz, siadasz, tasujesz. Sztos. Kiedy się zesrało?

Wszyscy patrzyli, nikt nie widział to jedna z tych książek, w których już pierwsze zdanie mówi nam o tym, czego możemy się spodziewać. Marchewka zrobił coś więcej - właściwie pierwsze zdanie, a raczej pierwszy akapit streszcza nam całą książkę. Leci to tak: "Uliczne przysłowie Hausenberga mówi, że prawdziwy mężczyzna musi w życiu zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, owo życie przegrać, czyli stracić wszystko, co posiada. Po drugie, odrodzić się dla nocy i odegrać z zyskiem, bo uczyni go to mocniejszym niż kiedykolwiek. Po trzecie, spłodzić syna - tak po prostu, bez dodatkowych warunków". Po przeczytaniu tego byłam pewna, że w książce główny bohater poniesie porażkę tylko po to, by pod koniec książki cudownie zabłysnąć. Gdy tak się stało odczułam wręcz satysfakcję, problem tylko w tym, że zupełnie nie podoba mi się sposób, w jaki do tego doszło. Bo widzicie, główny bohater książki faktycznie na początku ponosi porażkę, ale między tą porażką a końcowym sukcesem nie ma nic. Żadnych wniosków, żadnych ćwiczeń związanych z karcianą profesją, żadnych refleksji. Książka kończy się w sposób najbardziej oczywisty z możliwych, ale niestety kompletnie nie przemawia do mnie to, że bohater nagle dostał zastrzyku mocy i geniuszu. 

źródło

Akcja książki rozgrywa się w mieście Hausenberg, w którym króluje zbrodnia, a wszelkie problemy rozwiązuje się pięściami. To skupisko wszelkich złodziei, morderców i szulerów; w tym mieście toczy się gra, a kantowanie w karty urosło do rangi sztuki. I to właściwie wszystko, co wiemy o samym mieście i ogólnie o świecie, w jakim przyszło żyć bohaterom. W książce zupełnie brakuje jakiegoś tła, umiejscowienia miasta w większej całości. Nie wiemy, jaki panuje tutaj ustrój, gdzie to miasto leży, a o tym, że jest jakiś król dowiadujemy się dopiero pod koniec. Hausenberg jawi się też jako miasto, w którym oprócz szulerki, złodziejstwa i zabójstw nie ma żadnych innych profesji. Brakuje zwykłych ludzi, których można by było spotkać na ulicach tego miasta, brakuje gwaru i życia, jakie toczyłoby się tutaj za dnia. Autor poza przestępczym elementem miasta wprowadza jedynie teatr, bo pracuje w nim kochanka głównego bohatera, oraz inżyniera, który również ma w książce swoją rolę do odegrania. Z tego powodu książka jest dla mnie zupełnie niekompletna. Marchewka głównie stawiał tutaj na akcje, ale jednak ten brak tła boli.

 
Hazard to nie jest gra w karty. To jest gra w ludzi.

Głównym bohaterem zapewne miał być Slava, młody szuler, który szturmem chciał wedrzeć się na szulerskie salony i zabłysnąć jakąś większą akcją, ale w trakcie książki gdzieś jego funkcja tego głównego się zagubiła. Dość szybko poznajemy też drugą, niezwykle istotną postać, czyli Petra, który sam siebie nazywa pierwszym pośród złodziei. Zaraz potem dochodzi postać trzecia - zabójca Nino. Cała ta trójka idealnie przedstawia zawody, jakie znajdziemy w mieście. Nino jednak bardzo szybko schodzi na dalsze tory, Petr natomiast w pewnym momencie przejmuje rolę głównego bohatera, by na końcu zostać potraktowanym po macoszemu. Nie wypowiem się za bardzo o charakterach bohaterów, bo i nie mam o czym pisać. Oni po prostu byli, bez żadnych cech szczególnych, bez konkretnie zbudowanych osobowości, a jedyne co mogę powiedzieć na temat Petra i Slavy to to, że cierpieli na przerost ambicji. Kobiet w książce nie ma praktycznie w ogóle, a jeśli już są, to ich rola sprowadza się do bycia oszałamiająco piękną niewiastą. To książka niewątpliwie męska również z tego względu, że szulerka, słownictwo, seks i szorstkość bohaterów w obyciu buduje taki klimat.

Inspiracje autor czerpał z Wielkiego Szu || Kadr z filmu
Jeśli chodzi ogólnie o budowę książki i moje z niej wrażenia, to przez pierwsze 100 stron byłam strasznie rozczarowana i zniechęcona, bo zupełnie nie wiadomo było, o co w tej książce chodzi. Jaka jest fabuła? O czym ta książka w ogóle jest? Co autor chciał napisać? Te pytania ciągle kołatały mi się w głowie. Poznawaliśmy bohaterów, miasto, ale akcji żadnej nie było widać. Dopiero potem coś zaczęło się z tego wyłaniać, ale do końca książka nie potrafiła mnie do siebie przekonać i wyglądałam jej końca z niecierpliwością. Brak ciekawych bohaterów zdecydowanie nie poprawiał sytuacji. Dodatkowo przeraźliwie irytowało mnie to, że postacie w swoich myślach kilka razy potrafili powtórzyć to samo, jakby przypominając nam o tym, co działo się zaledwie kilka lub kilkanaście stron wcześniej. Im dalej w las, tym zdarzało się to rzadziej, ale wciąż pod koniec trafiła się postać, która streściła nam to, co było wcześniej. Początkowo książka była też dla mnie toporna, wcale nie pomagały temu retrospekcje, których było dość sporo i które bardzo często nie wnosiły nic do książki, a jedynie przerywały ciągłość akcji. Ale tutaj też pod koniec sytuacja się poprawiła.

Nigdy nikomu nie ufaj, a już na pewno nie kobiecie. Nawet jeżeli będzie ci wierna, to wykorzystają ją, żeby się do ciebie dobrać. W tym fachu nie ma miejsca na romanse. Zresztą każda kobieta w końcu cię zdradzi. Tak było, jest i będzie. A ty możesz być tylko kolejnym frajerem, który uważa siebie za wyjątek.

Narzekam i narzekam, czy jest więc w tej książce coś, co mi się podobało? Może was zaskoczę, ale tak. Podobała mi się historia z inżynierem, która była dla mnie bardzo przemyślana i od początku do końca poprowadzona porządnie. Bo z resztą książki mam właściwie zupełnie odwrotne wrażenie - że autor zaczął pisać i nie do końca wiedział, co właściwie chce napisać. Wątek inżyniera wnosi też drobną nutę steampunku do powieści. Jeśli natomiast chodzi o karty i kantowanie w nich, to faktycznie Marchewka się tutaj postarał i zaprezentował nam kilka trików wraz z ich dokładnym opisem. Jeśli więc nie chcecie sięgnąć po książkę tylko dlatego, że nie umiecie grać w karty, to nie obawiajcie się - autor dość dobrze wszystko tłumaczy.
Zmierzając do końca tego przydługiego tekstu powiem wam, że nie mogę polecić tej książki, co pewnie sami wywnioskowaliście, jeśli dobrnęliście do tego fragmentu. Po kolejne książki z serii na pewno nie sięgnę, a z tego, co się orientuję, kontynuacja będzie. Całość cyklu nosi nazwę Miasto szulerów. Może jeszcze kiedyś spróbuje z książkami Tomasza Marchewki, ale na Slavę i spółkę nie mam ochoty.

A jak jest z Wami? Czytaliście? Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii :)




21 maja

21 maja

Wrony znowu w akcji. "Królestwo Kanciarzy" Leigh Bardugo

Wrony znowu w akcji. "Królestwo Kanciarzy" Leigh Bardugo
Szóstka Wron miała w sobie mnóstwo głupotek, ale zasadniczo podobała mi się i była fajnym odmóżdżaczem. Zachęcona opiniami, że drugi tom jest o niebo lepszy, z ochotą wypatrywałam jego premiery. Niestety Królestwo Kanciarzy w moich oczach okazało się słabsze od części pierwszej. Nie czytało mi się go tak dobrze, jak Szóstki Wron, nie wciągnęło mnie, a wręcz odnosiłam wrażenie, że ta kontynuacja powstała jakby na siłę.

Zacznijmy od informacji najważniejszej, czyli od tego, że Królestwo Kanciarzy to młodzieżówka. W takich seriach nie znajdzie się skomplikowanej fabuły i intelektualnych doznań (oczywiście generalizuję), a im człowiek starszy, tym bardziej patrzy na takie serie z góry. Owszem, trafiają się fajne powieści skierowane do młodzieżowy, które spodobają się nawet dorosłym, ale myślę, że są to wyjątki. Jak jest z najnowszą serią Leigh Bardugo? Pierwszy tom sprawił mi mnóstwo frajdy mimo sporej liczby fragmentów, od których bolało mnie czoło przez nieustanne facepalmy. Drugi tom mnie zawiódł pod względem akcji, i spokojnie mogłabym go ominąć. Nie wiem, czy nagle zmieniły mi się gusta, że czuję tak dużą różnicę między tymi tomami, czy on naprawdę był taki nijaki. Niemniej jednak na pewno nie jest to seria, która spodoba się każdemu niezależnie od wieku. 

Królestwo Kanciarzy kontynuuje urwany wątek z poprzedniego tomu. Nie ma pomiędzy nimi żadnej przerwy, autorka po prostu podejmuje opowieść dalej. Ze względu na spoilery, nie mogę opowiedzieć nic o fabule, ale jest ona utrzymana w podobnym tonie, co część pierwsza. Kaz ze swoją drużyną znów będzie kombinował, jak tu zdobyć pieniądze, i używał w tym celu bardzo nieczystych zagrań. Tym razem jednak ekipa nie skupia się na jednym zadaniu, lecz na kilku pomniejszych.

I tu się mylisz, ja nie żywię uraz. Ja na nie chucham i dmucham. Ja je hołubię. Karmię je najsmakowitszymi kąskami i posyłam do najlepszych szkół. Ja swoje urazy pielęgnuję.

Przechodząc do tematu swoich wrażeń z książki, to przede wszystkim w Królestwie Kanciarzy nie czuć było tych emocji, co poprzednio. Wcześniej byłam szczerze zainteresowana tym, co stanie się z bohaterami, czułam, że są zapędzeni w kozi róg i zastanawiałam się, jak z tego wybrną. Akcja była dobrze poprowadzona i pomijając końcówkę, która otwierała drogę do kontynuacji, książka była zamkniętą całością. W Królestwie Kanciarzy dzieje się dużo, a przed bohaterami co rusz wyrastają nowe bariery do pokonania. Mimo tego nie czułam żadnego napięcia, bo przecież Kaz magicznie znajdzie rozwiązanie na każdy problem. I to jest właśnie jeden z poważniejszych błędów serii: bohaterom zbyt łatwo wszystko idzie.

O ile Szóstka Wron skupiała się na jednym problemie (włamaniu i wydostaniu z więzienia Kuweja), to w Królestwie Kanciarzy ciągle pojawia się coś nowego. Miałam wrażenie, że kolejne przeszkody pojawiają się tylko po to, by wydłużyć książkę i niby rzucić czytelnika w wir akcji. Ja natomiast, zamiast pochłaniać to z wypiekami na twarzy, czułam się znudzona, zupełnie nie potrafiąc zaangażować się w to, co czytam.


W tym tomie sporo miejsca dostaje Wylan, który wcześniej robił jedynie za tło. Bardzo polubiłam tego bohatera i byłam szczerze ucieszona, gdy znalazłam tutaj rozdziały poświęcone akurat jemu. Podobał mi się wątek jego rodzinnych problemów i uważam go za najciekawszą postać ze wszystkich Wron. Duży plus idzie też za Jespera i jego ojca. Z kolei sam wątek romansowy Wylana i Jespera uważam za zupełnie nieudany. Nie mam nic do homoseksualistów i lubię o nich czytać, ale ich związek był strasznie płytki, i chociaż mieli się ku sobie od samych początków, autorka praktycznie w ogóle nie wnikała w ich sferę uczuć, jakby się bała to zrobić, bo to geje. Na tym polu o wiele wypada związek Mathiasa i Niny, który pełen jest przekomarzań, podtekstów, wzajemnych docinków i uczuć.

A teraz zaserwuję wam być może taki delikatny spoiler, ale zwyczajnie muszę o tym napisać. Chodzi mi o końcówkę, a mianowicie o to, co stało się z jednym z bohaterów. Wzbudziło to we mnie ogromny niesmak, bo autorka zupełnie z czapy wyskoczyła z takim rozwiązaniem. Było ono zbędne, wymuszone, już pomijając fakt, jak idiotycznie do tego doszło. Leigh Bardugo kierowała swoją postacią z subtelnością młotka, który wali ci w głowę. Być może miało nas przez to zaboleć serce, być może chodziło o to, by pokazać, że wcale nie jest tak kolorowo, ale wyszło to tak sztucznie, że nie sposób nie przewrócić nad tym z politowaniem oczami.

Królestwo Kanciarzy oceniam więc gorzej niż Szóstkę Wron. Całość stanowi przeciętną, odmóżdżającą serię rozrywkową skierowaną do młodzieży, ale nic ponadto. Ma w sobie dużą ilość głupotek i infantylności, które drażnią i na które trzeba przymknąć oko. Pewnie jakbym była młodsza, spodobałoby mi się bardziej, a tak to... cóż :)

W serii:

2. Królestwo Kanciarzy



22 marca

22 marca

Czy złodziej może być honorowy? "Honor złodzieja" Douglas Hulick

Czy złodziej może być honorowy? "Honor złodzieja" Douglas Hulick
Pisanie pochwalnych tekstów o książkach jest łatwe. Podobno tak naprawdę ćwiczy się swój warsztat dopiero wtedy, kiedy pisze się o książkach złych. Dzisiejsza recenzja (czy też opinia, ale umownie nazwijmy moje wypociny recenzjami) jako pierwsza na tym blogu nie będzie o książce dobrej, nawet nie o średniej, ale właśnie o takiej, której nikomu bym nie poleciła. Mowa o "Honorze Złodzieja" Douglasa Hulicka, pierwszej części z serii "Opowieści o kamratach". Autor pisał tę powieść przez ponad 10 lat, na przełomie których przeżył różne sytuacje, które rzucały mu kłody pod nogi na drodze pisarskiej kariery. Cztery razy się przeprowadził, był bezrobotny, urodziła mu się dwójka dzieci, a w końcu zepsuł mu się komputer i w efekcie stracił wszystkie pliki związane ze swoją książką (tak bardzo współczuję). Mimo tych wszystkich przeciwności losu w końcu udało mu się wydać "Honor złodzieja". Mnóstwo osób porównuje serie do "Niecnych dżentelmenów" Scotta Lyncha ze względu na podobny klimat, i ja nie jestem tutaj wyjątkiem. Ale akurat z Lynchem też nie mam dobrych wspomnień, bo "Kłamstwa Locka Lamory" czytało mi się wyjątkowo topornie. Dalszych części nawet nie tknęłam.

Przede wszystkim jednak posłuchałem go, bo stał za mną murem i wierzył we mnie nawet wtedy, gdy wszyscy inni przestawali.

Akcja "Honoru złodzieja" rozgrywa się w mieście pełnym złodziejaszków, opryszków i wszelkiego rodzaju złoczyńców. Główny bohater książki, Drothe, należy do przestępczej organizacji, która zwie się Kamratami. Pracuje jako informator dla szefa jednej z frakcji, które rządzą miastem, i z niebywałą sobie wprawą porusza się pośród rozgrywających tutaj intryg. Pewnego dnia, zupełnym przypadkiem, natrafia na ślad czegoś większego. Zwykła z pozoru sprawa przeradza się w wyścig o tajemniczą, prastarą księgę, którą wszyscy chcą dopaść. 

Muszę przyznać, że przez "Honor złodzieja" przeszłam łatwiej, niż przez "Kłamstwa Locka Lamory". Książka była dla mnie o wiele bardziej lekkostrawna, ale w pojedynku tych dwóch pozycji i tak druzgocące zwycięstwo odniesie Lamora. W powieści Scotta Lyncha wszystko trzymało się kupy, fabuła była o niebo lepsza, przemyślana, książka potrafiła choć trochę zaciekawić i sprawić, że los bohatera nie będzie nam tak całkiem obojętny. W "Honorze złodzieja" niczego takiego nie ma. Mimo, że co i rusz coś się dzieje, a fabuła pędzi na łeb, na szyję, to paradoksalnie wynudziłam się jak mops i kompletnie nie potrafiłam wykrzesać z siebie zainteresowania ani dla akcji, ani dla bohaterów. W ten sposób przeszłam przez jakąś połowę książki z nadzieją, że może coś się zmieni, że nagle będzie jakiś plot twist, ale im dalej w las, tym było gorzej. Do końca książka była mdła i nijaka, a nawet pod koniec dodatkowo mnie zniesmaczyła. Owo zniesmaczenie ma związek z tytułowym honorem, który podobno Drothe posiada. Bo nawet jeśli autor zupełnie nagle na koniec książki wyskakuje z twierdzeniem, że główny bohater ma jakieś zasady, to jego czyny, o których czytaliśmy przez całą książkę świadczą o czymś zupełnie innym. Drothe co i rusz zdradza zawarte ustalenia, by w końcu wbić nóż w plecy komuś, z kim dzielił wzajemne zaufanie, i kto poświęcił dla niego wiele. Czy jest coś, co jeszcze dobitniej może świadczyć o tym, że bohater tej książki to zwykły drań bez zasad? W zasadzie nie jestem w stanie powiedzieć, czym on tak naprawdę się kierował przez te wszystkie strony. Prawdopodobnie tym, co akurat było wygodniejsze dla autora, a w tym przypadku Drothe jedynie podejmował działania, które władują go w następną kabałę, coby nie było nudno. W sumie sformułowanie, że Drothe to drań bez zasad, to przesada, bowiem jest on zbyt nijaki na dobrego drania. Drażniło mnie też niepomiernie, że autor co i rusz powtarzał, że Drothe parę dni już nie spał i jest tak bardzo zmęczony. Ciekawe, jakim cudem on w ogóle jeszcze był w stanie cokolwiek zrobić...

- Poprzysiągłem sobie, że nigdy tu nie wrócę.
- Przysięgi są po to, by je łamać.

O fabule książki mogę powiedzieć tyle, że była dla mnie strasznie sztuczna, wymuszona, momentami wręcz losowa, i wcale nie lepiej jest z bohaterami. Są oni płytcy, bez żadnego charakteru, z praktycznie w ogóle nie zarysowaną osobowością. Końcówka jest do bólu sztampowa. Po następne części rzecz jasna nie sięgnę, a i tą doczytałam do końca, bo szkoda mi było ją zostawić, kiedy tyle już przeczytałam. "Honoru złodzieja" zupełnie nie polecam, ale znalazły się głosy, którym historia się podobała, więc jak zawsze wszystko rozbija się o własne, czytelnicze preferencje.

Ocena: 3/10

"Honor złodzieja", Douglas Hulick, Wydawnictwo Literackie, 2012, s. 484

27 lutego

27 lutego

Żadnych żałobników. Żadnych pogrzebów. "Szóstka Wron" Leigh Bardugo

Żadnych żałobników. Żadnych pogrzebów. "Szóstka Wron" Leigh Bardugo
Szóstka Wron mnie prześladowała. Widziałam ją w każdym zakątku internetu... no dobrze, to akurat przesada, ale bardzo często gdy wchodziłam na jakiegoś książkowego bloga czy vloga, to z reguły ktoś o niej pisał czy mówił. Szóstka Wron zbiera same ochy i achy, na lubimyczytać ma ocenę 8,44, a na goodreads 4,45. Tak wysokie noty i te wszystkie pozytywne opinie coraz bardziej zachęcały mnie do sięgnięcia po książkę Leigh Bardugo. Nawiasem mówiąc ta pani zdążyła już wcześniej zasłynąć z Trylogii Grisza, która nie jest mi znana, ale ma wielu fanów na całym świecie. Tak czy inaczej musicie wiedzieć, że bardzo sceptycznie podchodzę do książek, które wszyscy chwalą. Zwykle wietrzę w tym jakiś podstęp, i nie inaczej było w tym przypadku. Niemniej jednak w końcu uległam i książkę przeczytałam. Decyzji tej ani trochę nie żałuję, bo choć mam sporo zastrzeżeń do Szóstki Wron, to szłam przez nią jak burza i ostatecznie jestem bardziej na tak, niż na nie. 
Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger