Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN Imaginatio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN Imaginatio. Pokaż wszystkie posty

27 marca

27 marca

To już koniec Pękniętej Ziemi, czyli o "Kamiennym Niebie" N. K. Jemisin

To już koniec Pękniętej Ziemi, czyli o "Kamiennym Niebie" N. K. Jemisin

Zakończenie Trylogii Pękniętej Ziemi było czymś, na co bardzo czekałam. Pierwszy tom tej serii był fenomenalny i podczas jego czytania miałam wrażenie, iż jest on napisany specjalnie dla mnie. Wrota Obelisków nie wywołały już takiego trzęsienia ziemi i oceniałam je gorzej, ale wciąż bardzo dobrze. Nic więc dziwnego, że moje oczekiwania wobec Kamiennego Nieba były spore. W dzisiejszym wpisie postaram się omówić nie tylko sam tom, ale też pokrótce całą serię. Drobne spoilery z poprzednich tomów są obecne.

10 września

10 września

Przetrwają najsilniejsi. "Wrota Obelisków" N. K. Jemisin

Przetrwają najsilniejsi. "Wrota Obelisków" N. K. Jemisin
 

Po fantastycznej Piątej Porze Roku przyszła kolej na drugi tom Trylogii Pękniętej Ziemi, czyli na Wrota Obelisków. Kontynuacja bezpośrednio podejmuje wątki opowiedziane w tomie pierwszym, niemożliwym jest więc sięganie po nią bez wcześniejszego przeczytania Piątej Pory Roku. Tym razem będzie znacznie spokojniej, bo książka nie obfituje w ogrom wydarzeń, jaki mieliśmy poprzednio; autorka odsłania za to dużo więcej kart dotyczących funkcjonowania jej świata.

We Wrotach Obelisków historia ponownie jest opowiadana z kilku perspektyw. Wciąż mamy Essun, która zatrzymuje się na dłużej w Castrimie, miejscu, gdzie ludzie i górotwory żyją razem we względnym pokoju, ale obserwujemy też losy Nassun, córki Essun. Sporadycznie rozdziały są pisane z perspektywy Stróża i Zjadacza Kamieni, co jest świetnym ruchem, bo pozwala spojrzeć na wszystko oczami najbardziej tajemniczych postaci z pierwszego tomu.

W Piątej porze roku autorka dużo uwagi poświęciła tematom takim jak tolerancyjność, ślepa wiara w stereotypy i własne uprzedzenia, i tak samo dzieje się tutaj. Bardzo dobrze widać to w wątku Essun, która, nawet jeśli trafiła do wspólnoty względnie akceptującej górotwory, to w końcu odkrywa, że ta sielankowa idylla zbudowana jest na kruchych fundamentach. Również wątek Nassun świetnie pokazuje, jak bardzo wmawiane nam od małego stereotypy potrafią niszczyć i zaburzać nasz własny osąd świata - nawet do własnego dziecka. Ojciec Nassun jest więc rozdarty między dwoma prawdami i nie wie, w co powinien wierzyć: z jednej strony wpajano mu, że górotwór to coś gorszego, to przekleństwo, nieczłowiek; z drugiej Nassun to przecież jego córeczka, oczko w głowie. I chociaż od początku czujemy do niego niechęć, to w pewnym momencie możemy czuć jedynie litość do tego ślepego i ograniczonego człowieka.

Zna tę cenę. Lepiej już umrzeć, niż ją zapłacić. Co innego jednak postanowić umrzeć, a co innego utrzymać to postanowienie, kiedy naprawdę się umiera.

Najciekawszą postacią okazała się jednak dla mnie Nassun. To tylko dziecko, kilkuletnia dziewczynka, której większość świata stanowią rodzice. Matka była dla niej od zawsze szorstka i surowa, toteż siłą rzeczy miłość Nassun skierowała się w stronę rozpieszczającego ją ojca... który potem gołymi rękami zabija jej młodszego braciszka. Naszą pierwszą myślą jest to, że Nassun przerazi się ojca i będzie chciała uciec, ale nie - ona z miejsca bierze winę na siebie, a potem obarcza nią paskudną w jej oczach matkę. Dziewczynka zbyt mocno kocha ojca, by naprawdę zobaczyć i zrozumieć to, co się stało, i jest to moim zdaniem jeden z najlepszych elementów książki. Łącznie z tym, jak bardzo przewrotny okazuje się los Nassun, a z czego może wyjść bardzo ciekawa konfrontacja w przyszłości.

We Wrotach Obelisków wyjaśnia się sporo na temat funkcjonowania świata. Autorka rozwija temat wprowadzonych już w pierwszym tomie Zjadaczy Kamieni, dowiadujemy się też więcej o Stróżach oraz o tym, do czego to wszystko zmierza. W tym tomie mocniej niż w Piątej porze roku pokazany jest motyw post apokalipsy, ponieważ Sezon już się zaczął i wyraźnie widać, że przetrwają najsilniejsi. Jest tu jednak znacznie mniej akcji i więcej rozmów, a bohaterowie prawie w ogóle się nie przemieszczają; ten tom jest zdecydowanie bardziej stonowany i nie ma tu takich trzęsień ziemi, jakie autorka zaserwowała nam w pierwszej części. Można uznać to za wadę, ja jednak jestem usatysfakcjonowana, bo Jemisin w zamian za to skupiła się na rozwoju bohaterów, relacjach między nimi i rozbudowaniu swojego świata, aczkolwiek porównując ten tom do pierwszego sama dam gwiazdkę niżej. Zabrakło mi tego elementu zaskoczenia, czegoś, co nami potrząśnie i sprawi, że zdumieni będziemy wpatrywać się w tekst.

Czy warto więc sięgać po Wrota Obelisków i w ogóle po Trylogię Pękniętej Ziemi? Tak! Wciąż podtrzymuje zdanie, że to jedna z lepszych serii fantasy, jakie przyszło mi ostatnio czytać, i zdecydowanie warto się z nią zapoznać. Wrota Obelisków tak samo, jak poprzedniczka otrzymały nagrodę Hugo, niedawno też ogłoszono, że na podstawie tej serii wyjdzie serial. Dobra passa autorki trwa i mam nadzieję, że rozciągnie się ona też na trzeci tom. Oby dla The Stone Sky nie starczyło mi skali.

W serii:
2. Wrota obelisków



21 lipca

21 lipca

Tak kończy się świat. "Piąta pora roku" N. K. Jemisin

Tak kończy się świat. "Piąta pora roku" N. K. Jemisin

Mam ostatnio szczęście do dobrych książek. W przypadku Piątej Pory Roku byłam równie sceptyczna jak przy recenzowanym niedawno Ostrzu Zdrajcy. Z tym, że Piąta Pora Roku podbiła moje serce całkowicie. Macie czasami wrażenie, że niektóre powieści są pisane specjalnie dla was? Nie? Cóż, ja tak miałam tym razem.

N. K. Jemisin to autorka wcześniej zupełnie mi nieznana. Jej zachwalaną Piątą Porę Roku widziałam w internecie na niemal każdym blogu, instagramie czy youtube. Dodatkowo polecał ją nawet Sanderson, a na pewno już wiecie, że ja uwielbiam tego autora i bardzo często na tym blogu o nim przynudzam. Książka jest też nagrodzona nagrodą Hugo w 2016 roku i wśród innych powieści fantasy wyróżnia się naprawdę mocno. Jemisin stworzyła tutaj zupełnie nowy świat, nową rasę, nowy system magii i miała naprawdę oryginalne pomysły względem narracji. Dodatkowo jest to bardzo ciekawe spojrzenie na postapokaliptyczną wizję świata. Ja jestem oczarowana. Ale może zacznijmy od początku.

Bezruch. W tym świecie co jakiś czas następuje długa zima zwana piątą porą roku. Pojawia się ona cyklicznie, wywołana przez aktywność sejsmiczną lub inny kataklizm. Czas trwania piątej pory roku określa się sezonem. W jej trakcie występują trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, tsunami... To okrutny sprawdzian dla ludzi, którzy żyją w ciągłym zagrożeniu nie wiedząc, kiedy tym razem przyjdzie im uciekać i walczyć o swoje życie. Czy mają dość zapasów? Czy przetrwają zimę? Czy teren, na którym mieszkają, na pewno jest bezpieczny? Piąta pora roku zaczyna się od końca świata, po czym autorka beztrosko rzuca "miejmy to z głowy i przejdźmy do ciekawszych rzeczy". Nad gniewem Ojca Ziemi mogą zapanować jedynie górotwory, pogardliwie określane mianem rogga. Górotwór potrafi wpłynąć na zdarzenia sejsmiczne, manipuluje termalnymi, kinetycznymi i innymi formami energii (pozdrawiam słowniczek na końcu książki). Takimi osobami są właśnie nasze narratorki.

To bogowie w kajdanach. (...) Poskramiacze dzikiej ziemi, spętani w uzdy i kagańce.


Najpierw poznajemy Essun, dorosłą kobietę koło czterdziestki, której świat właśnie rozpadł się na drobne kawałeczki. Mąż Essun dowiedziawszy się, jaką mocą włada jego żona zakatował ich synka, który również przejawia te zdolności, zabrał córkę i uciekł. Żądna zemsty Essun będzie go ścigać. Sjenit to młodsza kobieta w okolicach dwudziestego roku życia, która ukończyła naukę w Fulcrum, gdzie szkoli się górotwory i otrzymała misję z najpotężniejszym górotworem, jaki chodzi po tej ziemi. Najmłodsza, Damaya, to jeszcze dziecko które dopiero co odkryło w sobie górotwórcze zdolności. Rodzice zamknęli ją w stodole w obawie przed jej mocą.

Randomowy obrazek który przerywa ścianę tekstu || źródło

Pierwsze co rzuca się w oczy podczas czytania tej książki, to narracja. Nie jest ona w całej książce stała, ponieważ zmienia się w zależności od bohaterki. W przypadku Essun mamy rzadko spotykaną w literaturze narrację drugoosobową. Chodzi o to, że narrator zwraca się bezpośrednio do Essun. Osobiście pierwszy raz spotkałam się z takim typem narracji, i chociaż z początku czułam się... dziko, to bardzo szybko się do niej przyzwyczaiłam i pochłonięta wydarzeniami, o których opowiadała autorka, przestałam zwracać na nią uwagę. Teraz, gdy książka jest już za mną mogę z cała pewnością powiedzieć, że w tym przypadku ta narracja mi się podobała. Kiedy do głosu dochodzi Sjenit lub Damaya, przechodzi ona w trzecioosobową, ale w czasie teraźniejszym. Poniżej wklejam próbkę kompletnie przypadkowego fragmentu z książki.

Lerna okrąża ciało i chwyta cię za rękę. Jest delikatny, ale stanowczy i nie poddaje się, kiedy początkowo nie chcesz się poruszyć. Pociąga po prostu mocniej i w końcu musisz wstać albo się przewrócić. Pozostawia ci tylko taki wybór. Wstajesz. Z tą samą delikatną stanowczością prowadzi cię w stronę drzwi.

Ta zabawa narracją w połączeniu ze stylem autorki kompletnie mnie zauroczyła. Jemisin posługuje się bogatym, barwnym językiem tworząc bardzo plastyczne opisy. A jednak gdy autorka opisuje bardziej przyziemne czynności jak seks nie wysila się na poetyckie sformułowania i duchowe doznania, tylko sucho zaznacza że tak, to miało miejsce i tak, nie boję się użyć kilku dosadniejszych słów. No właśnie, skoro jestem już przy tym temacie to musicie wiedzieć, że w książce ten seks występuje, i w pewnym momencie jest go całkiem dużo. Nie jest to jednak erotyk, nie ma tu pikantnych opisów, książka nie skupia się na tym. Niemniej jednak przez takie sceny w połączeniu z ogólną brutalnością książki nie dałabym jej do ręki młodszym czytelnikom. Musicie też wiedzieć, że w książce występuje wątek homoseksualny. I nie jest on szczególnie poboczny. 

Randomowy obrazek który przerywa ścianę tekstu 2 || źródło

N. K. Jemisin dedykuję tę książkę wszystkim tym, którzy zmuszeni są walczyć o szacunek, który innym okazywany jest bez pytania. Idąc za tą dedykacją książka pod płaszczem fantastyki mocno porusza tematykę tolerancyjności i tego, jak ludzie potrafią bestialsko się zachowywać w stosunku do czegoś (kogoś), czego nie rozumieją i czego się boją. Górotwóry władają potężną mocą i właśnie przez nią są wyrzutkami, są uważani za coś gorszego, co trzeba okiełznać i czym można się posłużyć do swoich celów. Życie górotworów to piekło na ziemi i czytając o tym, co ich spotyka, było mi po prostu przykro. Właściwie cała ta książka cała taka jest - przykra, i naprawdę bardzo się cieszyłam, kiedy bohaterów spotykało coś dobrego. Jednocześnie powieść nieziemsko wciąga, dając nam doskonale dopracowaną i ciekawą fabułę. W Piątej porze roku dzieje się dużo, nie sposób się przy niej nudzić, a to, co serwuje nam autorka pod koniec, to istne mistrzostwo. W życiu bym się nie spodziewała, że wątki trzech narratorek zazębią się ze sobą w taki sposób.

Wiosna, Lato, Jesień, Zima; Śmierć jest piąta, wszystko spina. - Przysłowie arktyczne 

Książkę pozostaje mi tylko polecić. Piąta pora roku to gratka dla wyjadaczy fantastyki, ponieważ oferuje coś nowego i świeżego, a przy tym jest fantastycznie napisana. Autorka wrzuca nas w ten świat bez żadnego ostrzeżenia i stopniowo odkrywa karty, a nasze pytania tylko się piętrzą. Pod koniec wciąż mamy ich mnóstwo i choć trochę rozjaśniło się już w głowach, to wciąż nie wiemy sporo. N. K. Jemisin sprawnie i bez bólu wprowadza nas w swój świat, jednak trzeba być przygotowanym na to, że informacje będą nam dawkowane i nie dowiemy się wszystkiego nawet w pierwszym tomie. Piąta pora roku rozpoczyna cykl Pęknięta Ziemia i z tego co się orientuje, ma to być trylogia. Na rynku dostępny jest już drugi tom, czyli Wrota Obelisków. Na trzeci będzie trzeba jeszcze poczekać.



PS. Urywki z jakiś tablic, książek historycznych czy podręczników na końcu każdego rozdziału żywo przypominają mi początki rozdziałów u Sandersona.

PS2. Wyniki rozdania jutro. 




07 lipca

07 lipca

Grało się. "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" Tomasza Marchewki

Grało się. "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" Tomasza Marchewki

Mam taki problem z tą książką, że po jej przeczytaniu bez cienia wątpliwości zakrzyknęłam, że jest to książka słaba. Potem jednak zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem aby troszkę niesprawiedliwa w swoim osądzie. No bo czy powinnam książkę oceniać pod względem tego, jak mi się podobała (słabo!) czy pod względem całości (przeciętnie!)? Nie jestem zdania, że pisanie o książkach na blogu ma być obiektywne, bo to właśnie za subiektywne spojrzenie cenię blogi, ale z drugiej strony pójście całkiem w subiektywizm też jest zły. Postaram się więc tutaj wypośrodkować.

Wszyscy patrzyli, nikt nie widział to debiutancka powieść Tomasza Marchewki, współscenarzysty gry Wiedźmin. Wiecie, to bardzo ważna informacja dla mnie, ponieważ ja naprawdę lubię Wiedźmina, zarówno książki, jak i gry. Może nawet szala mojej sympatii przechyla się bardziej w stronę gier. Kiedy więc w internecie pojawiła się szumna zapowiedź, że oto człowiek od Wiedźmina wydaje swoją pierwszą książkę, to z miejsca pomyślałam, że hej, ja to przecież muszę kupić! Spodobał mi się opis na okładce, spodobała mi się sama okładka, w ogóle wszystko zapowiadało naprawdę dobrą lekturę, toteż na Targach Książki szybciutko pobiegłam do stoiska wydawnictwa SQN i zdobyłam przedpremierowo swój egzemplarz. No i zaczęłam czytać. No i zaczęły się schody.
 
To fascynujące - przerwał mu Petr - ale do rzeczy Wchodzisz, siadasz, tasujesz. Sztos. Kiedy się zesrało?

Wszyscy patrzyli, nikt nie widział to jedna z tych książek, w których już pierwsze zdanie mówi nam o tym, czego możemy się spodziewać. Marchewka zrobił coś więcej - właściwie pierwsze zdanie, a raczej pierwszy akapit streszcza nam całą książkę. Leci to tak: "Uliczne przysłowie Hausenberga mówi, że prawdziwy mężczyzna musi w życiu zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, owo życie przegrać, czyli stracić wszystko, co posiada. Po drugie, odrodzić się dla nocy i odegrać z zyskiem, bo uczyni go to mocniejszym niż kiedykolwiek. Po trzecie, spłodzić syna - tak po prostu, bez dodatkowych warunków". Po przeczytaniu tego byłam pewna, że w książce główny bohater poniesie porażkę tylko po to, by pod koniec książki cudownie zabłysnąć. Gdy tak się stało odczułam wręcz satysfakcję, problem tylko w tym, że zupełnie nie podoba mi się sposób, w jaki do tego doszło. Bo widzicie, główny bohater książki faktycznie na początku ponosi porażkę, ale między tą porażką a końcowym sukcesem nie ma nic. Żadnych wniosków, żadnych ćwiczeń związanych z karcianą profesją, żadnych refleksji. Książka kończy się w sposób najbardziej oczywisty z możliwych, ale niestety kompletnie nie przemawia do mnie to, że bohater nagle dostał zastrzyku mocy i geniuszu. 

źródło

Akcja książki rozgrywa się w mieście Hausenberg, w którym króluje zbrodnia, a wszelkie problemy rozwiązuje się pięściami. To skupisko wszelkich złodziei, morderców i szulerów; w tym mieście toczy się gra, a kantowanie w karty urosło do rangi sztuki. I to właściwie wszystko, co wiemy o samym mieście i ogólnie o świecie, w jakim przyszło żyć bohaterom. W książce zupełnie brakuje jakiegoś tła, umiejscowienia miasta w większej całości. Nie wiemy, jaki panuje tutaj ustrój, gdzie to miasto leży, a o tym, że jest jakiś król dowiadujemy się dopiero pod koniec. Hausenberg jawi się też jako miasto, w którym oprócz szulerki, złodziejstwa i zabójstw nie ma żadnych innych profesji. Brakuje zwykłych ludzi, których można by było spotkać na ulicach tego miasta, brakuje gwaru i życia, jakie toczyłoby się tutaj za dnia. Autor poza przestępczym elementem miasta wprowadza jedynie teatr, bo pracuje w nim kochanka głównego bohatera, oraz inżyniera, który również ma w książce swoją rolę do odegrania. Z tego powodu książka jest dla mnie zupełnie niekompletna. Marchewka głównie stawiał tutaj na akcje, ale jednak ten brak tła boli.

 
Hazard to nie jest gra w karty. To jest gra w ludzi.

Głównym bohaterem zapewne miał być Slava, młody szuler, który szturmem chciał wedrzeć się na szulerskie salony i zabłysnąć jakąś większą akcją, ale w trakcie książki gdzieś jego funkcja tego głównego się zagubiła. Dość szybko poznajemy też drugą, niezwykle istotną postać, czyli Petra, który sam siebie nazywa pierwszym pośród złodziei. Zaraz potem dochodzi postać trzecia - zabójca Nino. Cała ta trójka idealnie przedstawia zawody, jakie znajdziemy w mieście. Nino jednak bardzo szybko schodzi na dalsze tory, Petr natomiast w pewnym momencie przejmuje rolę głównego bohatera, by na końcu zostać potraktowanym po macoszemu. Nie wypowiem się za bardzo o charakterach bohaterów, bo i nie mam o czym pisać. Oni po prostu byli, bez żadnych cech szczególnych, bez konkretnie zbudowanych osobowości, a jedyne co mogę powiedzieć na temat Petra i Slavy to to, że cierpieli na przerost ambicji. Kobiet w książce nie ma praktycznie w ogóle, a jeśli już są, to ich rola sprowadza się do bycia oszałamiająco piękną niewiastą. To książka niewątpliwie męska również z tego względu, że szulerka, słownictwo, seks i szorstkość bohaterów w obyciu buduje taki klimat.

Inspiracje autor czerpał z Wielkiego Szu || Kadr z filmu
Jeśli chodzi ogólnie o budowę książki i moje z niej wrażenia, to przez pierwsze 100 stron byłam strasznie rozczarowana i zniechęcona, bo zupełnie nie wiadomo było, o co w tej książce chodzi. Jaka jest fabuła? O czym ta książka w ogóle jest? Co autor chciał napisać? Te pytania ciągle kołatały mi się w głowie. Poznawaliśmy bohaterów, miasto, ale akcji żadnej nie było widać. Dopiero potem coś zaczęło się z tego wyłaniać, ale do końca książka nie potrafiła mnie do siebie przekonać i wyglądałam jej końca z niecierpliwością. Brak ciekawych bohaterów zdecydowanie nie poprawiał sytuacji. Dodatkowo przeraźliwie irytowało mnie to, że postacie w swoich myślach kilka razy potrafili powtórzyć to samo, jakby przypominając nam o tym, co działo się zaledwie kilka lub kilkanaście stron wcześniej. Im dalej w las, tym zdarzało się to rzadziej, ale wciąż pod koniec trafiła się postać, która streściła nam to, co było wcześniej. Początkowo książka była też dla mnie toporna, wcale nie pomagały temu retrospekcje, których było dość sporo i które bardzo często nie wnosiły nic do książki, a jedynie przerywały ciągłość akcji. Ale tutaj też pod koniec sytuacja się poprawiła.

Nigdy nikomu nie ufaj, a już na pewno nie kobiecie. Nawet jeżeli będzie ci wierna, to wykorzystają ją, żeby się do ciebie dobrać. W tym fachu nie ma miejsca na romanse. Zresztą każda kobieta w końcu cię zdradzi. Tak było, jest i będzie. A ty możesz być tylko kolejnym frajerem, który uważa siebie za wyjątek.

Narzekam i narzekam, czy jest więc w tej książce coś, co mi się podobało? Może was zaskoczę, ale tak. Podobała mi się historia z inżynierem, która była dla mnie bardzo przemyślana i od początku do końca poprowadzona porządnie. Bo z resztą książki mam właściwie zupełnie odwrotne wrażenie - że autor zaczął pisać i nie do końca wiedział, co właściwie chce napisać. Wątek inżyniera wnosi też drobną nutę steampunku do powieści. Jeśli natomiast chodzi o karty i kantowanie w nich, to faktycznie Marchewka się tutaj postarał i zaprezentował nam kilka trików wraz z ich dokładnym opisem. Jeśli więc nie chcecie sięgnąć po książkę tylko dlatego, że nie umiecie grać w karty, to nie obawiajcie się - autor dość dobrze wszystko tłumaczy.
Zmierzając do końca tego przydługiego tekstu powiem wam, że nie mogę polecić tej książki, co pewnie sami wywnioskowaliście, jeśli dobrnęliście do tego fragmentu. Po kolejne książki z serii na pewno nie sięgnę, a z tego, co się orientuję, kontynuacja będzie. Całość cyklu nosi nazwę Miasto szulerów. Może jeszcze kiedyś spróbuje z książkami Tomasza Marchewki, ale na Slavę i spółkę nie mam ochoty.

A jak jest z Wami? Czytaliście? Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii :)




Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger