"Królowie Dary" to jedna z tych książek, którą kupiłam za sprawą recenzji na innym blogu. Okej, może nie do końca powinnam użyć sformułowania "to jedna z tych książek", jako że naprawdę niewiele pozycji kupuje pod wpływem przeczytanego gdzieś tekstu. "Królowie Dary" zaciekawili mnie jednak fabułą i obiecywanym duchem orientu, a sam autor to laureat Nebula, Hugo i World Fantasy Awards. Pomyślałam, że nie może być źle i warto spróbować.
No więc źle nie było, ale dobrze też raczej nie.
Dzieło Kena Liu zbiera mnóstwo pozytywnych opinii, ale ja niestety nie będę kolejną osobą, która się do tego dołączy. Na początku byłam zachwycona lekturą, stylem autora, który był dla mnie jak taki dobry gawędziarz. Czułam, że nie tyle czytam dobrą powieść, ale że słucham wspaniałej historii, którą ktoś w fascynujący sposób opowiada. Od samego początku czuć było obiecanego ducha orientu, a mi przypomniały się filmy Kurosawy. Niestety początkowe dobre wrażenie szybko zostało zmyte w miarę przerzucania kolejnych stron książki. Akcja dzieje się bardzo szybko, jest powierzchowna, przypomina taką suchą, kronikarską relację historyczną. Autor za bardzo skupia się na kreacji świata, na detalach, na wyjaśnianiu nam mechanizmów poszczególnych urządzeń, na tym, jak coś powstało, skąd się wzięło... To wszystko sprawia, że lektura jest momentami przeraźliwie nudna. Dodatkowo mnóstwo jest epizodycznych postaci, które potrafią być tylko przez kilka stron, a potem umrzeć. Bo tak, moi drodzy, w tej książce postacie umierają. I to nagminnie, czy to w wojnie, czy to popełniając seppuku, czy też zostając zdradzonym... Mimo tego każda z nich musiała dostać swoje pięć minut i w efekcie poznawaliśmy całą historię ich życia. To jeszcze bardziej wydłużało lekturę i czyniło ją męczącą.
Dla zemsty nawet królik może się nauczyć bycia wilkiem.
Jak już wcześniej wspomniałam w "Królach Dary" jest mnóstwo innych postaci, ale autor skupia się tylko na tej dwójce i to oni są w jakikolwiek sposób zarysowani. Reszta jest papierowa, wykreowana bardzo powierzchownie i to tylko słowami, a nie czynami. Zarówno bohaterowie jak i fabuła bardzo ucierpieli kosztem wykreowanego świata, bo to właśnie temu elementowi książki Ken Liu poświęcił najwięcej czasu. W tym polu nie zamierzam odmawiać mu zasług. Świat jest skonstruowany pierwszorzędnie, zadbano o najmniejszy nawet drobiazg. W książce dużo jest symboliki, wierszy i cytowania tekstów ze starych ksiąg, a nie spotkałam się jeszcze z tym, żeby stworzony świat sięgał tak daleko w przeszłość i wchodził w takie szczegóły, by aż cytowano wymyślone autorytety. Pełno jest też mądrych sentencji, które co i rusz wygłaszają nasi bohaterowie, czy to cytując, czy mówiąc od siebie. Nawet po pijaku! Bo jak wiadomo największy filozof budzi się w nas w stanie wskazującym.
Rozpisałam się o własnych odczuciach dotyczących lektury, ale właściwie nie napisałam jeszcze, o czym ona w ogóle jest. No więc jest o rewolucji. Owa rewolucja opisana jest od samych jej początków aż do końca. Wszystkie rozsiane po wyspach królestwa Dary podbił Mapidere, czyniąc się cesarzem. Miał on wizję, by poprawić życie mieszkańców Dary, zaprzestać ciągłych wojen i przepychanek między królestwami, ale jak to zwykle bywa, plan był dobry tylko w założeniu, a i władza potrafi zmienić człowieka. Pod rządami cesarza tyrana ludziom żyje się źle, jest więc rzeczą całkowicie naturalną, że w końcu dochodzi do buntu. Zarówno Kuni Garu, jak i Mata Zyndu odegrają w tym znaczącą rolę. Coś do powiedzenia mają również bogowie Dary, którzy, jak to bogowie mają w zwyczaju, mieszają się w losy śmiertelników. Właściwie oprócz tego, że świat Dary jest wymyślony, jest to chyba jedyny element fantasy w książce. Bardzo podobało mi się jednak to, że człowiek nie musiał grać tak, jak mu podpowiadał bóg, i miał własną wolę.
To nie talenty decydują o tym, w jakich warunkach żyje człowiek, lecz miejsce, gdzie postanowi je wykorzystać.
Wydanie "Królów Dary" jest przepiękne. Szata graficzna, kolorowa mapa w środku, glosariusz, spis najważniejszych bohaterów... to wszystko sprawia, że książkę trzyma się z przyjemnością. Bardzo fajnym akcentem jest też rysunek mlecza na początku, a dmuchawca na końcu. Nie będę pisać o co chodzi, ale ma to ścisły, symboliczny związek z jednym z głównych bohaterów.
Przechodząc do końca tego przydługiego tekstu napiszę, że "Królami Dary" jestem po prostu rozczarowana. Lektura książki była dla mnie nużąca i męcząca. Gdyby nie to, że zwyczajnie chciałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy, nie dobrnęłabym do końca. Sytuacje ratowały momenty, gdzie robiło się ciekawiej, i czytało się znacznie lepiej, ale wtedy znów pojawiała się jakaś epizodyczna postać ze swoją historią życia i całe moje zaciekawienie trafiał szlag. Dodatkowo fakt, że w książce mnóstwo jest polityki i działań administracyjnych wcale mojemu zaciekawieniu nie pomagał. I chociaż doceniam wysiłek, jaki autor włożył w stworzenie tego wszystkiego, i doceniam całokształt historii, to ogólnie jestem na nie. Jak zawsze warto jednak sprawdzić samemu, bo mój głos jest jednym z nielicznych, a "Królowie Dary" mają mnóstwo fanów i dobrych opinii.