Piękne, majestatyczne, inteligentne, potężne, złośliwe, zapierające dech w piersiach, słowem: smoki. Dzisiejszy wpis dotyczy właśnie tych istot. Poniżej przedstawiam więc trzy serie fantasy (aczkolwiek jedną książkę ciężko nazywać serią, nawet jeśli będzie wydawana w dwóch tomach), w których smoki znajdziecie. Na koniec bonus: serial ze smokami na Netflixie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smoki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smoki. Pokaż wszystkie posty
28 kwietnia
17 marca
W pewnej dziurze w ziemi mieszkał sobie... "Hobbit", J.R.R. Tolkien
Większość z nas zapewne ma jakieś książki, które okazały się przełomowe z różnych powodów. Być może pomogły nam one w ciężkiej chwili, pozwoliły wyjść z czytelniczego zastoju, uświadomiły coś ważnego czy po prostu to dzięki nim zawdzięczamy to, że staliśmy się czytelnikami. Dla mnie taką ważną, przełomową książką jest właśnie Hobbit.
05 grudnia
O smokach i ludzkiej chciwości. "Ogień przebudzenia" Anthony Ryan
Anthony Ryan przebył długą drogę do miejsca, w którym jest obecnie. Zadebiutował w 2011 roku powieścią Pieśń Krwi, która rozpoczynała Trylogię Kruczy Cierń, a którą to żaden wydawca nie chciał wydać. Autor więc zrobił to sam. Powieść okazała się jednak takim hitem, że już wkrótce podpisał on umowę z jednym z większych wydawnictw w Wielkiej Brytanii. Niewątpliwie jest to ciekawa historia, na którą mimowolnie zwraca się uwagę: to takie od zera do bohatera, czyli opowieść o spełnianiu marzeń.
W Polsce za wydawanie tej Trylogii wzięło się wydawnictwo Papierowy Księżyc. Za granicą jest ona już skończona, ale my wciąż czekamy na nasze wydanie trzeciego tomu (dla zainteresowanych: podobno ma być w lutym). Natomiast w lipcu tego roku wydawnictwo Mag uraczyło nas pierwszym tomem drugiej już serii Ryana o wielce intrygującym tytule Draconis Memoria. Tak, moi drodzy. Tutaj będą smoki.
Recenzja zawiera delikatne spoilery.
EDIT: Ostrzegam też przed dużymi spoilerami w komentarzach.
EDIT: Ostrzegam też przed dużymi spoilerami w komentarzach.
Przeczytanie Ognia przebudzenia wcale nie przyszło mi tak łatwo. Kto śledzi mnie na instagramie albo goodreads ten wie, że z książką miałam niejaki problem. I kończąc ją czytać wciąż mam do niej bardzo ambiwalentny stosunek. Widzicie, Anthony Ryan zastosował tutaj tyle ogranych schematów, że w pewnym momencie po prostu zaczęło mnie to bawić. Na przykład czarny charakter tej książki z wielką radością w chwili zdemaskowania wyjawi Ci, jak bardzo niecne i ambitne miał plany. Zagrażający naszym bohaterom wrogowie zginą w wyniku bardzo wygodnego przypadku w bardzo widowiskowej scenie. I to nawet nie raz, ponieważ zawsze w chwili największego zagrożenia jakimś cudem pojawi się nieoczekiwana pomoc. Nawet dostaniemy kompletnie z czapy wzięty romans tylko po to, by na końcu było więcej dramy. Właściwie czytając tę książkę ma się wrażenie, że oglądamy film ze scenami, które wszyscy już wielokrotnie widzieliśmy.
Ech.
Wiecie, na ogół nie mam problemu z takimi rzeczami o ile książka jest dobrze napisana i potrafi mnie zakotwiczyć w fabule. Wtedy nawet za bardzo się na takie rzeczy nie zwraca uwagi. Ogień przebudzenia jednak nie potrafił tego zrobić przez ponad pół książki, a wyżej wymienione przypadki bardzo rzucały mi się w oczy. Sama fabuła też jest prosta jak budowa cepa: ot, mamy grupę ludzi, która stanie w obliczu straszliwego zagrożenia i ostatecznie (chociaż już nie w tym tomie) będzie musiała ocalić świat. Zagrożeniem będą właśnie smoki, które hodowane i traktowane wyłącznie jako źródło cennego produktu, a więc smoczej krwi, najpierw zgotują ludziom kryzys ekonomiczny, gdy tej krwi zacznie brakować, a potem staną się zagrożeniem samym w sobie.
Od razu zaznaczę, że książka nie jest złożona z samych wad, za to ma bardzo dużo klisz, które wyjątkowo tym razem działały mi na nerwy. Nie zrozumcie mnie źle — ja naprawdę lubię fantasy w klasycznym stylu i nawet jeśli coś już było, ale czyta się to dobrze, to nie mam zastrzeżeń. Ogień przebudzenia nie jest źle napisany, ale przeraźliwie się dłuży. Pierwsza połowa tej książki jest całkiem pozbawiona dynamizmu, do tego opisy są bardzo drobiazgowe i opisujące ci punkt po punkcie, co autor miał na myśli. W efekcie niby coś się dzieje, ale zasadniczo masz to gdzieś i czytasz to, żeby czytać, z westchnieniem spoglądając na wolno ubywające strony. Wszystko rozwija się w iście ślimaczym tempie, ale kiedy akcja w końcu powoli zaczyna się rozkręcać na wszystkich trzech frontach, to sytuacja na szczęście ulega poprawie i książkę czyta się znacznie przyjemniej. Ale właściwie do końca los bohaterów był mi obojętny i żadnych cieplejszych uczuć do nich wykrzesać z siebie nie potrafiłam.
Napisałam, że akcja rozwija się na wszystkich trzech frontach, ponieważ w książce mamy trzech narratorów — i jednocześnie trzy zupełnie różne od siebie klimatem wątki. Ze strony Claydona, złodzieja, który wychował się w najgorszej dzielnicy miasta otrzymamy powieść przygodową. Jego drużyna wyruszy na wyprawę mającą na celu odnaleźć mitycznego białego smoka. Podporucznik Corrick Hilemore służący na okręcie wojennym Żelaznego Syndykatu umili nam czas morskimi wojażami. Ostatni punkt widzenia otrzymamy z damskiej perspektywy, ponieważ narratorką jest Lizanne, kobieta-szpieg, którą najbardziej obrazowo można opisać przy użyciu sformułowania James Bond w spódnicy.
Bardzo podoba mi się w tych narracjach to, że one zupełnie na siebie nie nachodzą. Każda z postaci ma swoją własną historię do opowiedzenia i nie napotkamy tutaj żadnych powtórzeń. Nie oddziałują one bezpośrednio na siebie, ale pośrednio jak najbardziej, i wychwycić można wpływ wydarzeń w jednym wątku na drugi. Miłe jest też to, że owe narracje zupełnie się od siebie różnią stylem i, jak wspomniałam wyżej, klimatem. Hilemore to żołnierz z mocnym kompasem moralnym, toteż tutaj możemy się spodziewać militarnego wątku, gdzie przewodzić nam będzie ktoś o bardzo silnym poczuciu sprawiedliwości i honoru. Lizanne to szpieg, więc poczytamy sobie o intrygach, polityce i tym wszystkim, na co szpieg zwraca uwagę, a Claydon z kolei zaoferuje nam surową wyprawę w otoczeniu twardych najemników, którzy bardzo cenią sobie raz dane słowo i ustalone zasady. Wszystko to w steampunkowej otoczce oraz — rzecz jasna — w towarzystwie smoków.
Smoki stanowią zaś główną oś fabuły książki Ryana. Mamy ich cztery typy: zielone, czerwone niebieskie oraz czarne, każde o innych cechach i sposobach walki w zależności od koloru. Kto spodziewa się inteligentnych, dostojnych stworzeń ten się rozczaruje: smoki są tutaj sprowadzone raczej do roli wielkich i niebezpiecznych zwierząt. Na smokach opiera się też system magiczny Ognia przebudzenia, ponieważ upuszczając ich krew i pijąc ją można dostać supermocy — i tutaj znów to, jakich supermocy dostaniemy zależy od tego, jakiego koloru smoka krew wypijemy. Rzecz jasna nie każdy tak może, bo to byłoby bez sensu, istnieje więc grupa wybranych, których zwie się Błogosławionymi. Od razu nasuwa się skojarzenie do systemu magicznego w serii Z mgły zrodzony Brandona Sandersona, gdzie wyjątkowych umiejętności mogliśmy dostać wypijając zawartość fiolek z określonym metalem. Jeśli ktoś jednak się zastanawia, czy tych podobieństw między dwoma autorami jest więcej, to zdecydowanie mówię nie. To kompletnie inne książki, inne historie i inny styl pisania.
Jestem za to pod wielkim wrażeniem postaci kobiecych w tej książce. Wiecie, to bardzo rzadko się zdarza, kiedy autorowi wychodzą one tak dobrze, jak tutaj. Jest ich dużo, bardzo często pełnią istotne role i stoją na równi z mężczyznami w takim sensie, że one też walczą, szpiegują, są najemnikami, a nawet dowódcami — i jest to zupełnie normalne. Nie dzieje się to w tle, ale te kobiety aktywnie uczestniczą w fabule. Dzięki temu Anthony Ryan ogromnie sobie zyskał w moich oczach, bo fajnie jest poczytać o dobrze skonstruowanych kobiecych bohaterach. Całkiem dobrze wychodzi mu też tworzenie postaci ogółem. W książce jest ich istne mrowie i nawet Ci drugoplanowi mają swoje charaktery i historie, nie da się ich ze sobą pomylić.
Pochwalić muszę również świat, którego historia sięga ileś tam lat wstecz, mamy jakąś różnorodność kulturową, państwa, które mają swoje zatargi... generalnie widać, że całość jest przemyślana, zbudowana z rozmachem i aspirująca do miana epickiego fantasy, no i przede wszystkim są tutaj smoki, które, choć przedstawione w gruncie rzeczy tylko jako zwierzęta, to jednak gdzieś tam sugeruje się nam, że jest za tym coś więcej. Gdyby tylko nie te chwyty poniżej pasa, gdyby autor pisał bardziej dynamicznie, gdyby potrafił lepiej czytelnika do siebie przekonać, to ja byłabym naprawdę usatysfakcjonowana i z czystym sercem polecała książkę każdemu.
Ogień przebudzenia jest więc lekturą, której dalsze losy mimo wszystko będę śledzić, ponieważ nie potrafię tak po prostu rzucić tej serii w kąt i nie zobaczyć, jak to się rozwinie. Książka z pewnością ma swoje wady, ale ma też zalety i to tylko od Ciebie, drogi czytelniku zależy, co przemawia do Ciebie bardziej. Nie jest to do końca klasyczne fantasy, ale na pewno zapewni rozrywkę na długie godziny, bowiem końca tej historii na razie w ogóle nie widać. Ogień przebudzenia jest zaledwie preludium do czegoś większego. Poleciłabym książkę do sprawdzenia tym, którzy szukają niewymagającego fantasy z fajnym światem, konfliktem na wielką skalę, interesującymi bohaterami i smokami. Bo kiedy przymknąć oko na powtarzalność pewnych motywów, to książka prezentuje przyjemny początek epickiej serii fantasy, która łączy ze sobą smoki i steampunk. A to jest warte uwagi.
P.S. Mam wrażenie, że moje teksty są coraz dłuższe. Przepraszam?
W serii:
1. Ogień przebudzenia
P.S. Mam wrażenie, że moje teksty są coraz dłuższe. Przepraszam?
W serii:
1. Ogień przebudzenia
30 września
Czytamy klasykę: "Ziemiomorze" Ursuli LeGuin
Nadrabiając klasykę fantasy w pierwszej kolejności postanowiłam wziąć się za Ziemiomorze Ursuli LeGuin. Przeczytanie całej serii zajęło mi w sumie jakieś dwa miesiące. Niektóre tomy pochłonęłam w zastraszającym tempie, nad innymi musiałam się trochę pomęczyć. Dzisiejszy tekst będzie krótkim opisem wrażeń z mojej wyprawy do krain Ziemiomorza, wyprawy pełnej magii, refleksji i piękna.
Przede wszystkim muszę napisać, że Ziemiomorze zaskoczyło mnie tym, jak odmienne od siebie potrafią być poszczególne tomy w serii, a jednak tak naprawdę skupiać się na tym samym. Pierwsze trzy części kręcą się wokół dorastania, wewnętrznej przemiany i pokonywaniu samego siebie; jest tu dużo o odpowiedzialności za swoje czyny i o rzeczach, które są (powinny być) w naszym życiu najważniejsze. Co ciekawe, każdy z tych tomów śledzi losy innego bohatera, który na kartach książki dorasta. I tak w Czarnoksiężniku z Archipelagu będzie to Ged, w Grobowcach Atuanu poznamy Tenar, a Najdalszy brzeg przedstawi nam postać młodego księcia Arrena.
Tylko dwójca tworzy jedność: świat i jego
cień, jasność i mrok. Dwa bieguny Równowagi. Ze śmierci wyrasta życie, z
życia śmierć; przez to, że są swymi przeciwieństwami, przyciągają się i
na wieki odradzają. A wraz z nimi wszystko inne: kwiat jabłoni,
migotanie gwiazd... W życiu czai się śmierć, w śmierci odrodzenie. Czym
byłoby życie bez śmierci? Niezmienną, wieczną, jednostajną wegetacją?
Czyż nie oznacza to śmierci pozbawionej odrodzenia?
Również atmosfera w tych książkach jest inna. W Czarnoksiężniku z Archipelagu podążaliśmy za Gedem, którego ścigał Cień, razem z nim uczyliśmy się magii i zaczynaliśmy rozumieć, że pewne błędy potrafią się ciągnąć za nami przez całe życie. W Grobowcach Atuanu praktycznie nie ruszamy się z jednego miejsca, a cała książka przesycona jest mrocznym, ponurym klimatem grobowców, śmierci i nieustannej ciszy. Najdalszy brzeg prezentuje nam wyprawę Arcymaga Krogulca i młodego chłopca ku nieznanemu, w której trakcie obaj, oczywiście, wkroczą na kolejny etap swojego życia. Dużo mówiło się tutaj o śmierci i jej akceptacji, idei nieśmiertelności, a w późniejszym tomie ten temat wraca. Z tych trzech książek i w ogóle z całej serii najbardziej podobał mi się tom pierwszy, ale tak naprawdę każdy z nich ma w sobie coś, co cenię. I im więcej czasu mija od momentu, w którym skończyłam czytać te książki, tym doceniam je coraz mocniej.
Późniejsze tomy nie są już dla mnie tak dobre, jak te trzy pierwsze, z wyjątkiem Opowieści z Ziemiomorza. To zbiór opowiadań, który w fantastyczny sposób dopełnia historię tej krainy i który czytało mi się tak dobrze, jak Czarnoksiężnika z Archipelagu. Najgorszym tomem jest dla mnie niewątpliwie Tehanu, czyli część czwarta w kolejności, która opowiada historię miłości dwojga doświadczonych przez życie ludzi, a także skrzywdzonej przez los Therru. Największy nacisk został tutaj położony na ukazanie zwykłej, szarej codzienności oraz trudów pracy kobiety, przez co ten tom bardziej przypomina obyczajówkę niż powieść fantasy. Przyznam, że Tehanu ogromnie mnie drażniło ukazaniem w jak najlepszym świetle kobiet, jednocześnie starając się pokazać mężczyzn od tej złej strony. Inny wiatr to opowieść o królu i jego towarzyszach, w której oczywiście chodzi o coś więcej niż tylko o kolejną wyprawę. Właściwie w całym Ziemiomorzu chodzi o coś więcej, to naprawdę piękna, filozoficzna seria fantasy, która zmusza nas do zatrzymania się i zastanowienia nad pewnymi rzeczami.
- Czy szaty czynią z nas magów? - odparł ponuro.
- Nie - odpowiedział starszy chłopak. - Choć słyszałem, że dobre wychowanie czyni z nas ludzi.
- Nie - odpowiedział starszy chłopak. - Choć słyszałem, że dobre wychowanie czyni z nas ludzi.
Biorąc się za Ziemiomorze trzeba pamiętać, że nie są to książki przesycone akcją, widowiskowymi walkami, zabawnymi scenami czy wszystkimi tymi innymi rzeczami, do których przyzwyczaiła nas dzisiejsza fantastyka. Ziemiomorze to seria bardzo nieśpieszna, gdzie pewne rzeczy trzeba czytać między wierszami, bo autorka bardziej opisuje je czynem, niż słowem. Seria nie obfituje w dialogi, przez większość czasu ma się wrażenie, że historia opowiadana jest przez niezwykle uzdolnionego bajarza przy ognisku. Nie ma tu zbyt wielu bohaterów, wszystko jest bardziej kameralne, ciche, spokojne, i jest w tym niesamowity urok. Owszem, znajdziemy tutaj magię, znajdziemy i smoki oraz pełne niebezpieczeństw wędrówki, ale trzeba się nastawiać na to, że największy nacisk został położony na dojrzałe rozważania o ludzkiej naturze, życiu i śmierci, miłości i przyjaźni, a nie na elementy rozrywkowe.
Ziemiomorze oczywiście polecam każdemu, kto chciałby się z taką klasyką fantasy zapoznać. Jest to piękna seria napisana równie pięknym, dopracowanym językiem. Pozwala się zadumać i zatrzymać w pędzie dzisiejszego świata, wyciszyć, dlatego nie można jej czytać na szybko i po łebkach. To fantastyka bardziej wymagająca, ale warta poznania, choć jak wszystko nie spodoba się każdemu.
W serii || Zwartość tomu:
1. Czarnoksiężnik z Archipelagu <- ten tom omawiałam oddzielnie
2. Grobowce Atuanu
3. Najdalszy brzeg
4. Tehanu
5. Inny wiatr
6. Opowieści z Ziemiomorza








