18 sierpnia

Krótko o "Pożarze" i "Calamity" Brandona Sandersona

Krótko o "Pożarze" i "Calamity" Brandona Sandersona

Przeglądając posty, jakie ostatnio publikowałam, rzuciło mi się w oczy to, że dawno nie było tutaj wpisu o książkach Brandona Sandersona. Śpieszę dzisiaj ten karygodny błąd naprawić i oto post o dwóch tomach z serii Mściciele. Pierwotnie miałam o nich pisać osobno, ale właściwie niewiele mam do dodania, więc luźno wypowiem się na ich temat razem. Poza tym bardzo ciężko pisze mi się o kontynuacjach cyklu, bo nigdy nie wiem, co powinnam napisać, żeby nikomu przypadkiem czegoś nie zdradzić, a i często moje wrażenia z dalszych tomów są bardzo podobne do tych z pierwszego.

Po zakończeniu cyklu wciąż uważam Mścicieli za bardzo dobrą młodzieżówkę, ale w szerszej perspektywie oceniam ją jako przeciętną. Przez wszystkie trzy tomy Sanderson utrzymuje poziom, nieustannie zadziwiając nas swoją wyobraźnią. W Pożarze akcja przenosi się z Chicago do Babilaru, dawnego Manhattanu, gdzie niepodzielnie rządzi kolejny super-extra-silny Epik: Regalia. Nasi bohaterowie znów będą musieli na końcu pokonać głównego bossa, a po drodze zdjąć kilku pomniejszych; tym razem jednak nie odbywa się to tak zupełnie bez refleksji, bo znacznie więcej tu gadania i przemyśleń na temat tego, czy Epików da się naprawić. Ogromnie podoba mi się pomysł z ludźmi, którym moc poprzewracała w głowach stwarzając tych "złych superbohaterów", bo i lubię kiedy autorzy wnikają w naturę człowieka. Tym samym spodobały mi się też takie rozważania, czy Epicy są źli z natury. Babilar za to oferuje nam mnóstwo nowych cudów, bo tak jak poprzednie miasto mieliśmy zamienione w stal, tak tutejsze jest zatopione w wodzie. Dalej mamy też mnóstwo akcji, walk i pościgów, pokręconych metafor Dawida i humorystycznych dialogów między ekipą, a na końcu autor oferuje nam porządny plot twist, który wprawia nas w konsternację. Szczerze byłam zaciekawiona, jak Sanderson z tego wybrnie, ponieważ wydawało się, że wszystko jest już stracone i utkwiliśmy w naprawdę beznadziejnej sytuacji.


Wybrnął... kiepsko. W Calamity wszystko jest utrzymane w podobnym tonie jak w tomach poprzednich i komu podobały się dwie poprzednie części, ten nie zawiedzie się i tutaj. Problemem jest ta nieszczęsna końcówka. Być może pasuje ona do serii młodzieżowej, ale jeśli bym nie przypominała sobie co chwila, że czytam młodzieżówkę, to byłabym nią znacznie bardziej zawiedziona i rozczarowana. Dodatkowo w ogóle nie pasuje mi ona do Sandersona, który przyzwyczaił nas do mocnych i epickich rozwiązań. Końcówka jest tak nagła i przesłodzona do tego stopnia, że można przy niej pluć cukrem. Wiecie, w którejś z kolei części Strasznego filmu była taka scena, gdzie bohaterowie próbowali przekonać Sadako (ta dziewczynka z The Ring, co wyłazi ze studni), żeby nie robiła im kuku tekstami, że brak jej troski i domowego ciepła, co oni oczywiście mogą jej zapewnić. Wychodzili z założenia, że Sadako w głębi serca na pewno jest dobrą dziewczynką, a jedynie skrzywdzoną przez los. Sadako wtedy ze szkaradnego potwora zamienia się w śliczną dziewoję, promiennie się uśmiecha i dziękuje mówiąc, że uzdrowiła ją ich miłość. Mniej więcej tak można podsumować zakończenie tej serii.

Chodziło o nią. I o mnie. Musiałem coś powiedzieć. Coś romantycznego. Coś, co jej zawróci w głowie.
- Jesteś jak kartofelek! - krzyknąłem za nią. - Na polu minowym.
Zastygła w miejscu. Potem obróciła się do mnie z twarzą oświetloną przez na pół dojrzały owoc.
- Kartofelek? - zapytała bez emocji. - To najlepsze na co cię stać? Poważnie?
- To ma sens - odpowiedziałem. - Posłuchaj. Idziesz przez pole minowe i boisz się, że wylecisz w powietrze. I nagle następujesz na coś i myślisz: "już po mnie". Ale to tylko kartofelek. A jesteś uszczęśliwiony, znajdując coś cudownego tam, gdzie spodziewałeś się czegoś okropnego. Tym właśnie jesteś. Dla mnie.
- Kartofelkiem.
- Oczywiście. Frytki? Puree? Kto by nie lubił kartofelków?
- Mnóstwo ludzi. A dlaczego nie może to być coś słodkiego jak ciasteczko?
- Bo ciasteczko nie wyrosłoby na polu minowym. Oczywiście.

Z plusów bardzo podobał mi się wątek Megan i rozwinięcia jej mocy. Niestety nic nie mogę powiedzieć więcej, bo za bardzo wam zdradzę fabułę. Trochę się też obawiałam trójkącika miłosnego, ale na szczęście okazało się, że niczego takiego nie było. I chociaż wątek romansowy tutaj jest, to nie jest on drażniący ani wysuwający się na pierwszy plan. Muszę też dodać, że mimo mojego narzekania na końcówkę i przeciętność serii ogółem, to Calamity połknęłam w jeden dzień, a i poprzednie tomy dużo czasu mi nie zajęły. Sandersona jak zawsze świetnie się czyta, bo nawet jeśli nie ma tu jakiegoś mocnego tąpnięcia, to jego styl wciąż jest lekki i przyjemny, a wyobraźnia zachwyca.

Konkluzja jest więc taka, że Mściciele to naprawdę dobra seria młodzieżowa, ale nic więcej. Nie wywoła w nas burzy emocji ani nie zostawi z kacem książkowym, nie znajdziemy w niej bohaterów, za którymi będziemy tęsknić czy fabuły, do której będziemy wracać. To seria dobra na raz, i tyle. Absolutnie nie można jej porównywać z innymi dziełami Sandersona, tj. z Archiwum Burzowego Światła czy z Z mgły zrodzonym, bo to zupełnie inny kaliber i zwyczajnie nie wypada. Mściciele to seria prosta i przyjemna, którą miło było przeczytać, ale na pewno do niej nie wrócę i szybko o niej zapomnę. Chociaż wciąż bardzo chciałabym zobaczyć ją na wielkim ekranie, bo dalej utrzymuję, że to seria świetna do ekranizacji. Komu mogę ją polecić? Przede wszystkim fanom akcji i superbohaterów. Czy mogę Mścicieli polecić wielbicielom twórczości Sandersona? Myślę, że nie do końca, ale patrząc realnie każdy fan tego autora i tak w końcu na te książki trafi. Proponuje wtedy nie mieć zbyt wysokich oczekiwań, bo możecie się srogo rozczarować.

W serii:
1. Stalowe serce 7/10
2. Pożar 6/10
3. Calamity 6/10




10 sierpnia

Jak odstresować się w trakcie egzaminów, czyli "Zawód Wiedźma" Olgi Gromyko

Jak odstresować się w trakcie egzaminów, czyli "Zawód Wiedźma" Olgi Gromyko
 
Książki Olgi Gromyko były polecane mi już od dawna, ale dopiero w tym roku udało mi się po jakąś sięgnąć. Zrobiłam to w trakcie sesji, co było doskonałym wyborem, bo Zawód Wiedźma to książka luźna i niewymagająca, dokładnie taka, jakiej potrzebowałam w trakcie wzmożonego wysiłku umysłowego. Nie jest skomplikowana, nie jest rozbudowana, napisana jest prostym, swobodnym, czasem wręcz potocznym językiem, dodatkowo ma fragmenty, które autentycznie mnie rozbawiły. Ci, którzy szukają w książkach intelektualnej rozrywki, niech sobie książkę odpuszczą; natomiast tych, którzy chcą po prostu przyjemnej, acz porządnej książki rozrywkowej na wakacje, zapraszam do dalszej części posta.

Główną bohaterką i narratorką całej powieści jest Wolha Redna, młoda adeptka sztuk magicznych, która jako jedyna na swoim roku wybrała specjalizację w magii praktycznej wbrew ogólnemu poglądowi, że "magia praktyczna nie jest dla dziewczyn". No bo która chciałabym walczyć z bazyliszkiem czy chodzić na uroczyska, gdzie czekały strzygi? Nie, normalne dziewczęta preferują kobiece zajęcia, jak wróżbiarstwo, zielarstwo czy uzdrawianie. Wolha jednak ma ognisty temperament, cięty język i bystry umysł, jest porywcza, niecierpliwa i, jak sama o sobie mówi, "chyba za mało było we mnie współczucia, bym miała leczyć ludzi. A strzygi chyba współczucia nie wymagają". Dziewczyna w wolnych chwilach robi psikusy zarówno wykładowcom, jak i kolegom z roku, a przez całokształt otrzymała przydomek W.Redna.

Książka dzieli się na dwie części. Pierwsza rozpoczyna się wędrówką naszej bohaterki do Dogewy, miasta wampirów, gdzie źle się dzieje, bo następują niewytłumaczalne zgony, a wysyłani na pomoc magowie nie wracają. W drugiej dostajemy trochę studenckich żartów z Wyższej Szkoły Czarodziejów, Pytii i Zielarek, a potem standardową opowieść fantasy, gdzie drużyną wyruszamy ku przygodzie.

- Ależ wy, magowie, macie tajny alfabet, ani jednej runy nie potrafię odczytać!
- Gdzie? A, to po prostu ja mam takie pismo.

Zacznijmy od kilku najważniejszych faktów, czyli na przykład od tego, że książka pisana jest w narracji pierwszoosobowej. Jest to fantasy humorystyczne, gdzie ten humor faktycznie śmieszy i w żaden sposób nie jest wymuszony. Bohaterowie są złośliwi i bezczelni (szczególnie Wolha), wielokrotnie bawiły mnie ich docinki i przepychanki słowne pod swoim adresem. Również narracja skrzy od złośliwości i autoironii. Kilkukrotnie śmiałam się w głos podczas czytania i chociaż początkowo nie byłam do tej książki przekonana, tak pod koniec stwierdziłam, że naprawdę miło spędziłam przy niej czas.

Pierwsza część to trochę powieść pisana na dwóch bohaterów, gdzie ona spotyka Czarującego, Przystojnego Wampira, który jest nią zainteresowany i wzajemnie. Zaznaczam jednak, że to nie jest romans, absolutnie nie, chociaż gdzieś tam w domyśle widzimy, że ta dwójka ma się ku sobie, ale w żadnym fragmencie książki nie wychodzi to na pierwszy plan. Skupiamy się na rozwiązaniu problemów Dogewy, czyli na poszukiwaniu czegoś, co wesoło grasuje sobie w mieście i sieje mord, oraz na poznaniu wampirzej społeczności, bo Wolha przy okazji chce napisać na ich temat pracę zaliczeniową. Wspomnę tutaj, że strasznie podoba mi się pierwsza strona książki, która przedstawia tytułową stronę z pracy dyplomowej. W kwestii wampirów Wolhę czeka dużo niespodzianek, bo nie są one takie, jak przedstawia je ogólnodostępna i akceptowana wiedza. Dociekliwa Wolha sprawdzi większość, jeśli nie wszystkie mity na ich temat w praktyce (no bo w końcu jaki czosnek działa na wampiry? "Czy powinien być zimowy czy letni? Wyhodowany z ząbka, czy z odroślą? Czy do obrony nada się zielona nać? A niedojrzałe różowawe główki i kwiaty?"). W części drugiej ekipa poszerza się o klnącego jak szew trolla. Świat zarysowany jest dobrze, choć nie jest specjalnie rozbudowany, mamy w nim pełno magicznych istot takich jak mantykorę, smoka, trolle, gnomy i kto wie, co w tej fantastycznej menażerii jeszcze się znajdzie. 

Kryna skinęła pokrzepiająco i znikła w kuchni, zostawiwszy mnie sam na sam z moim mózgiem, czyli praktycznie w samotności.

Wspomnieć muszę jeszcze o wampirach. Widzicie, od czasów Zmierzchu mam prawdziwy uraz do tych istot. Tym bardziej że moja mama Zmierzchem mnie katowała, ciągle go oglądając i zaczytując się w książkach, do których później musiałam drukować fanfiction. Mnóstwo fanfiction. Olga Gromyko wyleczyła mnie z tych uprzedzeń, robiąc z wampirów normalną społeczność, która tak naprawdę niewiele się od ludzi różni. Nie znajdziemy tutaj wyniosłych krwiopijców, którzy śpią w trumnach i wysysają krew z dziewic. Tutejsze wampiry mają nietoperze skrzydła, które chowają pod płaszczem, cierpią na choroby zębów, uprawiają pola, handlują i kłócą się o krowy. W wątku z Dogewy można się też dopatrywać poruszenia tematów tolerancji, ksenofobii i tego, jak ludzie boją się nieznanego i wierzą w krzywdzące stereotypy. 

Zawód Wiedźma pozostaje mi tylko polecić. Czytając tę książkę czułam się jak w domu i spędziłam przy niej kilka przyjemnych godzin odstresowując się od egzaminów. Słowiańskie klimaty, dużo żartów, barwni bohaterowie i akademicka otoczka to coś, co bardzo przypadło mi do gustu. Ten tom otwiera Kroniki Belorskie, a ja na pewno sięgnę po kontynuację, bo Zawód Wiedźmę ciągle mam w głowie i zwyczajnie bardzo chcę do tego świata wrócić. A wam książkę polecam, bo to świetna rozrywka i idzie się przy tym nieźle pośmiać :)




05 sierpnia

O magii pełnej światła. "Czarny Pryzmat" Brent Weeks

O magii pełnej światła. "Czarny Pryzmat" Brent Weeks

Brent Weeks debiutował w 2008 roku trylogią Nocny Anioł, której pierwszy tom ukazał się w Polsce w 2009 roku nakładem wydawnictwa MAG. Czarny Pryzmat rozpoczyna jego drugą serię fantasy, tj. Sagę Powiernika Światła. Cykl liczy sobie w tej chwili cztery tomy, a planowany jest jeszcze jeden. Brent Weeks to dość popularny i wysoko oceniany autor, nie jest więc dziwne że ja, jako fanka fantastyki, w końcu natknęłam się na jego książki. Spotkanie to jednak nie wypadło dość dobrze. Dużo oczekiwałam po tym autorze, który jest porównywany do Sandersona, a po przeczytaniu książki mogę stwierdzić, że tę dwójkę porównywać można tylko pod względem kreacji świata. 

Czarny Pryzmat to opowieść złożona i wielowątkowa. Historię rozpoczynamy z perspektywy Kipa, grubego, pierdołowatego chłopca, którego wioska została zaatakowana przez samozwańczego króla Garadula, by zrobić z nich przykład. Kip będzie próbował przeżyć, a chwilę potem okaże się, że jest synem Bardzo Ważnego Człowieka, o czym, rzecz jasna, nie wiedział. Powieść poznajemy też z perspektywy Karris, czarnogwardzistki, twardej żołnierki, która jest jedną z lepiej wykreowanych postaci kobiecych w tej książce, a także od strony młodej Liv, córki generała Danavisa, która w stolicy Chromerii uczy się na krzesicielkę. Na pierwszy plan wysuwa się jednak tytułowy Pryzmat, Gavin Guile, który jest postacią ze wszech miar niejednoznaczną. Nie można jasno określić, czy jest on dobry, czy zły; trudno nawet stwierdzić, czy się go lubi, czy nie. Gavin Guile jest najpotężniejszym krzesicielem swoich czasów, który jako jedyny włada całym spektrum barw. Ze względu na swoją moc jest Pryzmatem, cesarzem, choć tak naprawdę jedynie figurantem i nie sprawuje realnej władzy. Przy okazji jest też nieprzyzwoicie bogatym, przystojnym i charyzmatycznym mężczyzną, w łóżku którego chciałaby znaleźć się niemal każda niewiasta. 

- Jesteś świetny, Kip. To jak zmęczenie młodszego brata, którego nigdy nie miałam. 
Och, porównanie do młodszego brata. Każdy facet chce usłyszeć coś takiego od pięknej dziewczyny. Właśnie mnie wykastrowała.

Generalnie w książce znajduje naprawdę bogata ilość postaci i nie sposób wymienić każdej. Większość jest wykreowana porządnie, każda z nich ma swój indywidualny charakter, a jest ich taka ilość, że każdy znajdzie kogoś dla siebie. Najmocniejszą postacią jest niewątpliwie sam Gavin, ale na uwagę zasługuje też Żelazna Pieść, umięśniony dowódca z poczuciem humoru, który mocno skrywa, oraz genialny strateg, generał Danavis. Fabuła jest po brzegi wypchana intrygami, spiskami, i nie wszystko jest tutaj takie, jak się wydaje. Mamy wojnę, sceny batalistyczne, trochę politykowania, manipulowania ludźmi, humor i przygody. W pierwszej części autor raczej nas wprowadza w swój świat i wyjaśnia mechanizmy jego działania, w drugiej jest znacznie więcej akcji. Brent Weeks miał naprawdę świetny pomysł na system magii, który opiera się na świetle, oraz na sam świat z jego intrygami, pomniejszymi wojenkami między państwami, które wciąż żywią o coś urazę i chcą ugrać jak najwięcej dla siebie, oraz wiarą w Orholama, Pana Światła. Magia w Czarnym Pryzmacie w skrócie polega na tym, że obdarzona mocą osoba (krzesiciel) może krzesać jeden albo dwa kolory, ale zawsze jest też obecny jeden Pryzmat, który krzesa wszystko (taki Z mgły zrodzony, haha). Autor dobrze to sobie obmyślił, wprowadzając też mnóstwo niuansów, takich jak to że krzesanie zielonej barwy odpowiada dzikości, a większość kobiet to superhromatki co sprawia, że świetnie rozróżniają kolory.

Grafika ze starej okładki

No dobrze, więc przejdźmy teraz do tego, w czym tkwi problem. Jednym z moich głównych zarzutów do książki Brenta Weeksa jest niespójność bohaterów. Na przykład taki Kip. Chłopak bardzo często podejmuje kompletnie niedorzeczne decyzje tylko po to, by autor miał o czym pisać i by popchnąć fabułę do przodu. Nie wiem, co innego mogłoby stać za decyzjami Kipa, ale na pewno nie logika i instynkt przetrwania. Chłopak radośnie pcha się do obozu wroga, odzywa się wtedy, kiedy naprawdę nie powinien, robi sobie wrogów przez bezczelne i pyskate odzywki, które są tak bardzo nie na miejscu, że aż rażą, nie szanuje autorytetów i tradycji, chociaż sam jest tylko małym trybikiem w wielkiej maszynie. Kip ma też ogromne skłonności do użalania się nad sobą, przy czym to użalanie przewija się kilkukrotnie przez całą książkę i zazwyczaj dotyczy tego samego, więc w pewnym momencie naprawdę można mieć tego dość. W niespójności towarzystwa dotrzymuje mu Liv, młoda dziewczyna uczona w Chromerii na krzesicielkę, która wesoło przyklaskuje głupim decyzjom Kipa i sama podejmuje równie idiotyczne. Za szczyt uznałam to, że ma pretensje do ojca kiedy ten zgodził się pracować dla wroga, co nie przeszkadza jej w owym wrogu się podkochiwać. Ręce opadają.

- Dobrze - powiedział Kip. - Przynajmniej mamy tu nad czym popracować. Jak na pocałunek wyszło to trochę niezdarnie, ale rozumiem twój zapał. I rozumiem, że jak ma się taki pysk jak twój, to nie często nadarza się okazja do ćwiczeń. Ale powiedziałem, żebyś mnie pocałował w tyłek. W tyłek. Nie w twarz. Tyłek. Twarz - Kip wskazywał odpowiednie części ciała. - Jest różnica. Spróbuj jeszcze raz, ale tym razem z uczuciem.

Inną sprawą jest pewna toporność w tłumaczeniu swojego świata. Bardzo rzadko mam problemy ze zrozumieniem nowego systemu magii, ale tutaj naprawdę szło mi to opornie i nie wiem, co jest tego powodem. Może przesadna drobiazgowość? Może to, że jak już dostawaliśmy informacje o świecie, to byliśmy zarzucani informacjami na kilka stron? Dodatkowo czasem miałam wrażenie, że autor nie bardzo przemyślał sobie historię, którą chce opowiedzieć. To znaczy w szerszej perspektywie przemyślał sobie wszystko, świetnie zbudował intrygę (która, nawiasem mówiąc, jest potężna, chociaż zadziwiająco łatwo można tutaj oszukać ludzi), ale dorabiając kolejne warstwy powieści czasem zapominał, co napisał wcześniej. Przez to zdarzają się momenty, gdzie autor sam sobie zaprzecza. Przykład: bohater Z mówi, że jego oszustwo może odkryć tylko bohaterka X. Parę stron dalej już twierdzi, że zdemaskować go mogą tylko bohaterowie poprzedniej wojny, którzy siedzą w danej sali. Nie chciało mi się już grzebać i wypisywać kolejnych przykładów, ale zdarzały się sytuacje w których czułam, że coś mi nie gra i chyba wcześniej autor pisał co innego.

A tu grafika z innego, angielskiego wydania

Książki Brenta Weeksa nie czytałam z przesadnym entuzjazmem. I nie mówię tu o wcześniejszych moich zarzutach, ale chodzi mi o styl autora. Bo widzicie, z jednej strony naprawdę chciałam wiedzieć, co będzie dalej i o co w tym wszystkim chodzi, ale z drugiej zupełnie nie chciało mi się tego czytać. I to nie tylko ja, ponieważ Kam, która czytała tę książkę przede mną miała identyczne odczucia. Myślę że tą niechęć do czytania mogą powodować dłużyzny, opisywanie scen od a do z, bo niektóre fragmenty naprawdę można było skrócić czy przyśpieszyć. I tak oto moi drodzy wychodzi nam taka cegiełka na 800 stron. Inna sprawa to język. Nie wiem, czy jest to wina tłumaczenia czy tak też jest w oryginalne, ale powieść Brenta Weeksa przypomina mi literaturę młodzieżową. Bohaterowie czasem używają młodzieżowego slangu, jest mnóstwo zwrotów nowoczesnych, szczególnie w dialogach, a całość jest napisana bardzo prostym językiem. Dodatkowo autor zwraca uwagę na kobiecą aparycję tak, jak robił by to nastolatek. Bardzo często zdarzają się wstawki, że Kip gapi się na jej pierś, ale nie chce i nie powinien, co nie przeszkadza mu zerknąć sobie znowu, bo ona taka piękna, co z tego że wokół leje się krew i padają trupy. Właściwie narracja z perspektywy Kipa jest dość... rubaszna (żarty z kobiecą bielizną, potykanie się tak, że akurat wpada między piersi) i prawdopodobnie miało to śmieszyć. Drugi zasób żartów dotyczy samego Kipa i wyśmiewania się z jego tuszy i pierdołowatości. Cóż, mnie to wszystko nie śmieszyło.

Niektórzy ludzie nie radzą sobie z mocą, z władzą. Niektórzy ludzie wydają się przyzwoici, dopóki nie dasz im niewolnika, bo wtedy okazują się tyranami, biją go i gwałcą. Władza to próba. Wszelka władza i moc to próba.


Podsumowując, autor miał naprawdę fajny i ciekawy pomysł na książkę, stworzył fantastyczną intrygę, co do której chce się poznać, jak to wszystko się skończy i o co tu w ogóle chodzi, ale wykonanie wyszło mu dużo gorzej. Jego system magii jest oryginalny i stoi na wysokim poziomie, świat zbudowany jest solidnie, bohaterów przez książkę przewija się mnóstwo, widać, że jest to fantasy na większą skalę. A jednak ja czuję się rozczarowana, bo oczekiwałam czegoś… bardziej na poważnie, czegoś zbliżonego do poziomu Sandersona, a dostałam taki misz masz z literaturą młodzieżową. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego seria i sam autor cieszy się dużą popularnością, ale ja sama mam bardzo mieszane odczucia w stosunku do tej książki i nie potrafię określić, czy ona mi się podobała, czy nie. Teoretycznie książka ma w sobie wszystko to, co lubię w literaturze fantasy (oryginalny system magii, plejada barwnych bohaterów, humor, sceny batalistyczne, intryga, rozmach...), ale wykonanie odebrało mi przyjemność z czytania. Pewnie i tak sprawdzę, co będzie dalej, chociaż na kolejne tomy Sagi Powiernika Światła patrzę trochę z rozpaczą, bo są grubsze niż tom pierwszy. Serię polecałabym raczej młodszym fanom fantastyki, bo ma największe szanse trafić właśnie do nich. Polecam ją też osobom, które po prostu chcą przeczytać coś niezobowiązującego i prostego, ale jeśli razi was niespójność bohaterów i nie lubicie młodzieżówek, to lekturę bym odradzała.



P.S. Polecam też zajrzeć do recenzji tej książki u Wiedźmy z bloga Wiedźmowa Głowologia :)



31 lipca

Lipiec w książkach, czyli podsumowanie miesiąca

Lipiec w książkach, czyli podsumowanie miesiąca

Lipiec zleciał mi błyskawicznie i totalnie się rozleniwiłam. Niby nie mam wakacji, bo pracuję, ale jednak wolne weekendy potrafią naładować baterie. Niestety w sierpniu muszę wrócić na ziemię, bo trzeba wziąć się za naukę do poprawek, od których nie udało mi się ustrzec. Czeka mnie też urlop i tydzień nad morzem, więc z jednej strony nie chcę tego sierpnia przez naukę, a z drugiej strony nie mogę się doczekać urlopu :)

Lipcowe podsumowanie trochę urozmaiciłam, dodając tutaj rubryczkę "filmy" i "gry". Jak widzicie, ciągle kombinuje z tymi podsumowaniami żeby były ciekawsze. Kiedyś myślałam, żeby zrobić sobie osobny kącik na filmowo-growo-serialowe rzeczy, ale jednak to blog książkowy i nie chcę aż tak zbaczać z tematu :)

Filmy

źródło
W lipcu obejrzałam sporo filmów, a miesiąc zaczął się od horrorów. Wspominałam przy okazji tekstu o Koralinie, że jestem strachliwą osobą, więc w lipcu miałam objaw masochizmu. Obejrzałyśmy z Kam Sinister, który naprawdę był dla mnie straszny. Dawno już nie oglądam horroru, który nie byłby kiczowaty, nie opierał się na krwi i flakach i miał fabułę. Co prawda film przedstawiał brutalne sceny morderstw, ale sam strach opierał się na czymś zupełnie innym. Potem oglądałyśmy Rings, nową odsłonę znanej wszystkim historii o dziewczynce, która wyłazi ze studni i wydzwania z informacją, że za 7 dni umrzesz. Ten horror był zdecydowanie słabszy niż Sinister, chociaż momentami i tak mnie straszył. Końcówka była oczywista i nie rozumiem, jak ma się wypluwanie włosów do odrodzenia. 

Obejrzałyśmy też Wonder Woman i jest to pierwszy film z DC Comics, który naprawdę mi się podobał. Aktorka wcielają się w rolę Diany zagrała ją świetnie, bardzo podobała mi się też kreacja Steva, a Remus Lupin w swojej roli niesamowicie mnie rozbawił. Mimo wszystko wciąż wolę filmy od Marvela. Mumia (2017) jest tak beznadziejna, jak mówią o niej internety. Można z niej czerpać rozrywkę kiedy się pomyśli, że ogląda się komedie. A jeśli już jesteśmy przy komediach, to fantastyczną jest W starym dobrym stylu. Grają w niej trzy duże nazwiska (Morgan Freeman, Michael Caine i Alan Arkin) jako przesympatyczni, pocieszni staruszkowie, którzy w równie pocieszny sposób staną się przestępcami. Film jest zabawny, ciepły i niezwykle przyjemny, to taka komedia z klasą, która ogromnie mi się podobała. W kinie byłam na Spiderman: Homecoming i aż ciśnie się, żeby napisać "stary, dobry Marvel". Fajny to był film, i podobało mi się pokazanie młodego superbohatera, który nie do końca sobie z tym superbohaterowaniem radzi. Aha, w lipcu była jeszcze Koralina, którą obejrzałam zaraz po przeczytaniu książki. Ekranizacja jest bardzo dobra, chociaż zupełnie inna od pierwowzoru. Jest też straszniejsza i bardziej psychodeliczna i nie mogę się zdecydować, co podobało mi się bardziej.

Gry

źródło
Zaczęłam grać w Mass Effect 3 i... może skończę to za dwa miesiące biorąc pod uwagę częstość mojego grania. Mass Effect to taka space opera, generalnie chodzi o to, że ratujemy galaktykę przed złymi Żniwiarzami, którzy cyklicznie co xxx tysięcy lat wycinają w pień wszystkie rasy, robiąc totalny reset. W tle nie może oczywiście zabraknąć romansów i dramatów twojej załogi. Uwielbiam tę serię, dwie pierwsze części ogromnie mi się podobały i strasznie żałuję, że zaczęłam grać mężczyzną a nie kobietą, bo nie mogę sobie poromansować z Garrusem. Ech, problemy.

Opublikowane teksty

Grało się. "Wszyscy patrzyli nikt nie widział" Tomasza Marchewki 4/10
Czytamy klasykę: "Czarnoksiężnik z Archipelagu" Ursula LeGuin 10/10
Historia trzech pokoleń. "Czerwone Dziewczyny" Kazuki Sakuraba 9/10
Horror dla dzieci? "Koralina" Neil Gaiman 8/10
Tak kończy się świat. "Piąta pora roku" N. K. Jemisin 9/10
Daj się porwać wyobraźni. "Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy" Catherynne M. Valente 8/10

Garść statystyk

Wyświetlenia: 10155 (było 7485)
Liczba obserwatorów: 86 (było 71)
Liczba obserwatorów na facebooku: 52 (było 40)
Liczba obserwatorów na instagramie: 182 (było 143)

Co przeczytałam?

  • Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy, Paweł Reszka
  • Piąta pora roku, N. K. Jemisin
  • Metro 2033, Dimitry Glukhovsky
  • Calamity, Brandon Sanderson
  • Koralina, Neil Gaiman
  • Grobowce Atuanu, Ursula LeGuin
  • 1945. Wojna i pokój, Magdalena Grzebałkowska
  • Czarny pryzmat, Brent Weeks
  • Wrota Obelisków, N. K. Jemisin
Pobiłam swoje wszelkie rekordy i przeczytałam całe 9 książek! Jestem dumna z tego wyniku. Jak zwykle króluje tutaj fantastyka, bo czytanie innych książek słabo mi idzie, chociaż się staram. Miesiąc zaczęłam od Małych bogów Pawła Reszki i jest to reportaż który wzbudził we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony fajnie, że realia lekarzy zostały nam przybliżone, ale z drugiej autor za bardzo poszedł w jedną stronę i momentami to jedno, wielkie narzekanie lekarzy na swoją pracę i pensję. O Piątej porze roku już pisałam, książka ogromnie mi się spodobała. Pod koniec miesiąca udało mi się sięgnąć po kontynuację, czyli Wrota Obelisków. Tom drugi jest tak samo dobry, jak poprzedni, chociaż nie było w nim aż takiego trzęsienia ziemi. Metro 2033 to dobra książka, strasznie podobał mi się jej klimat, chociaż miała momenty, gdzie wiało nudą. Ale to chyba cecha książek Glukhovskiego, bo w Futu.Re miałam tak samo. Calamity faktycznie ma przesłodzoną i zwaloną końcówkę, ale poza tym nie jest źle. O Koralinie również już pisałam, a Grobowce Atuanu spodobały mi się mniej, niż Czarnoksiężnik z Archipelagu, ale wciąż oceniam wysoko. Reportaż Magdaleny Grzebałkowskiej czytało mi się jak dobrą powieść i cieszę się, że na niego trafiłam. Natomiast Czarny Pryzmat... o nim mam już gotową notkę, gdzie trochę sobie ponarzekałam, ha.

Stosik


Książek dużo, ale bez obaw, kupiłam z tego stosu tylko dwie, a moje własne są cztery. Rozgwieżdżone niebo udało mi się wygrać w konkursie urodzinowym u Olgi, za co bardzo dziękuję. Utknęłam gdzieś w połowie tej książki. Ogółem rzecz biorąc jest przeciętna, ale nie potrafi przykuć mojej uwagi. Ganbare. Warsztaty umierania dostałam w prezencie od Kam (dziękuję! :*), a Ulicę tysiąca kwiatów kupiłam sama. To książka używana, z allegro, za całe 5 zł... a jak już kupowałam, to dobrałam sobie Amerykańską Gejszę żeby mi się przesyłka lepiej kalkulowała (tak, tak to sobie tłumacz, Kirima). Stos po prawej to wszystko książki pożyczone. Morfina i 1945. Wojna i pokój są z biblioteki, reszta jest od Kam. Jestem z siebie bardzo dumna, że w tym miesiącu kupiłam tylko dwie książki, które kosztowały mnie w sumie 20 zł. Odwyk działa dobrze :)

A jak lipiec u Was? :) 

25 lipca

Daj się porwać wyobraźni. "Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy" Catherynne M. Valente

Daj się porwać wyobraźni. "Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy" Catherynne M. Valente

Opowieści sieroty to pierwsza książka z serii Uczta Wyobraźni wydawanej przez MAG, która wpadła mi w ręce. Pełny tytuł części pierwszej nosi nazwę Opowieści Sieroty. W ogrodzie nocy. I chociaż na początku strasznie ciężko było mi wgryźć się w tą powieść i czerpać z niej przyjemność, to po jej skończeniu czułam ogromną satysfakcję. Jeśli miałabym opisać tę książkę jednym zdaniem, to powiedziałabym, że idealnie pasuje do nazwy serii. Autorka dała tutaj prawdziwy popis wyobraźni.

Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy to mnóstwo pomniejszych historii, które opowiada księciu mieszkająca w ogrodzie samotna dziewczynka. To sierota, której ludzie się boją uważając ją za demona. Książę natomiast to młody chłopak, który cierpiąc na nadmiar wolnego czasu wymyka się z pałacu. W zamian za historie wytatuowane tuszem na powiekach dziewczynki, książę przynosi jej jedzenie i dotrzymuje towarzystwa. Różni ich wszystko, ale łączą ich opowieści. Opowieści fascynujące, pełne wymyślnych stworzeń i historii, których nie powstydziłby się niejeden baśniopisarz. Książka dzieli się na dwie księgi, a każda z nich stanowi jedną, większą opowieść. Pierwsza z nich to Księga Stepu, w której nadrzędnym bohaterem jest inny książę, Leander. W drugiej jest to blada dziewczynka o imieniu Śnieg, a księga nosi nazwę Księgi Morza.

Zacznijmy od tego, że Opowieści sieroty to powieść szkatułkowa. Nasza dziewczynka opowiada księciu historię o Leandrze, ale w tej historii ktoś inny opowiada historię Leandrowi, i tak kilka poziomów w dół. Właściwie każda z historii jest przez kogoś opowiedziana, i w tej opowiadanej części ktoś inny rozpoczyna snuć kolejną opowieść. To taka opowiadaniowa incepcja, a wątków w książce jest mnóstwo. Przez taki zabieg bardzo łatwo się w książce pogubić i potrzeba do niej dużego skupienia. To z kolei może zmęczyć i stanowić dla czytelnika barierę. Za to satysfakcja z tego, że w historii znajdziemy odniesienia do innej, a nawet rozpoznamy bohatera zanim padnie jego imię, jest ogromna. Losy bohaterów przeplatają się ze sobą, tworząc spójną całość, wszystko ładnie się zazębia i tak naprawdę dopiero pod koniec widać, jak wielki ogrom pracy autorka musiała włożyć w napisanie Opowieści sieroty. Warto dodać, że historie nie łączą się tylko w granicach poszczególnej księgi, bowiem bohaterów z pierwszej możemy odnaleźć w drugiej.

źródło
W książce można przeczytać o przeróżnych dziwach. Znajdziemy tutaj Gwiazdy, które żyją wśród nas, zmieniające kształt wiedźmy, królów czapli, czarowników, bóstwa, selkie, leukrottę, gryfy, centaury, ogniste ptaki.. wymieniać można naprawdę długo. To w połączeniu z pięknym, bogatym językiem autorki oraz pewnymi wartościami, które nam przekazuje, nadaje całości kształt baśni. Zarówno budowa książki, jak koncepcja opowieści snutych księciu przez dziewczynkę przypomina Baśnie tysiąca i jednej nocy, tylko w takiej wersji fantasy. Opowieści sieroty mają cudowny, magiczny klimat, gdzie naprawdę można poczuć się jak skryty w ogrodzie chłopiec, zafascynowany ogromną ilością egzotycznych historii, które uzależniają i których chce się więcej. Swoje robi też niezwykle barwny język autorki. Catherynne M. Valente snuje swoją opowieść w sposób wręcz poetycki, stosując niezliczone ilości pięknych, lecz prostych porównań, które mocno działają na wyobraźnię. Niestety taki język na dłuższą metę mnie męczył i nie potrafiłam czytać Opowieści zbyt długo za jednym zamachem. Po skończeniu książki czuję przesyt, ale jednocześnie bardzo ciepło ją wspominam. W pierwszym tomie nie wyjaśnia się nic o dziewczynce, księciu ani losach świata, toteż by dowiedzieć się, o co chodzi, będzie trzeba sięgnąć po tom drugi. Z pewnością to zrobię, ale nie za szybko. W książce nie ma porywającej akcji, całość opowiadana jest nieśpiesznie i myślę, że w taki właśnie sposób trzeba też ją czytać.


Zawsze mamy kogoś, kto według nas świeci jaśniej niż my, i uważamy, że nie jesteśmy nawet księżycem ich słońca, tylko martwym kamieniem unoszącym się w kosmosie obok ich złota i blasku.

Podsumowując, jestem pod ogromnym wrażeniem stylu Catherynne M. Valente jak i Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy, ale paradoksalnie książka mnie zmęczyła. To trudna lektura, ale bardzo satysfakcjonująca gdy już dobrniemy do końca. Polecam ją wszystkim tym, którzy szukają nietuzinkowych historii fantasy jak i prawdziwej uczty wyobraźni. Ostrzegam tylko, że szybko możecie się lekturą zmęczyć - odłóżcie ją wtedy na chwilę i dajcie sobie moment wytchnienia. Szczególnie ciężko jest przebrnąć przez początek, ale w ostatecznym rozrachunku naprawdę warto.
 


21 lipca

Tak kończy się świat. "Piąta pora roku" N. K. Jemisin

Tak kończy się świat. "Piąta pora roku" N. K. Jemisin

Mam ostatnio szczęście do dobrych książek. W przypadku Piątej Pory Roku byłam równie sceptyczna jak przy recenzowanym niedawno Ostrzu Zdrajcy. Z tym, że Piąta Pora Roku podbiła moje serce całkowicie. Macie czasami wrażenie, że niektóre powieści są pisane specjalnie dla was? Nie? Cóż, ja tak miałam tym razem.

N. K. Jemisin to autorka wcześniej zupełnie mi nieznana. Jej zachwalaną Piątą Porę Roku widziałam w internecie na niemal każdym blogu, instagramie czy youtube. Dodatkowo polecał ją nawet Sanderson, a na pewno już wiecie, że ja uwielbiam tego autora i bardzo często na tym blogu o nim przynudzam. Książka jest też nagrodzona nagrodą Hugo w 2016 roku i wśród innych powieści fantasy wyróżnia się naprawdę mocno. Jemisin stworzyła tutaj zupełnie nowy świat, nową rasę, nowy system magii i miała naprawdę oryginalne pomysły względem narracji. Dodatkowo jest to bardzo ciekawe spojrzenie na postapokaliptyczną wizję świata. Ja jestem oczarowana. Ale może zacznijmy od początku.

Bezruch. W tym świecie co jakiś czas następuje długa zima zwana piątą porą roku. Pojawia się ona cyklicznie, wywołana przez aktywność sejsmiczną lub inny kataklizm. Czas trwania piątej pory roku określa się sezonem. W jej trakcie występują trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, tsunami... To okrutny sprawdzian dla ludzi, którzy żyją w ciągłym zagrożeniu nie wiedząc, kiedy tym razem przyjdzie im uciekać i walczyć o swoje życie. Czy mają dość zapasów? Czy przetrwają zimę? Czy teren, na którym mieszkają, na pewno jest bezpieczny? Piąta pora roku zaczyna się od końca świata, po czym autorka beztrosko rzuca "miejmy to z głowy i przejdźmy do ciekawszych rzeczy". Nad gniewem Ojca Ziemi mogą zapanować jedynie górotwory, pogardliwie określane mianem rogga. Górotwór potrafi wpłynąć na zdarzenia sejsmiczne, manipuluje termalnymi, kinetycznymi i innymi formami energii (pozdrawiam słowniczek na końcu książki). Takimi osobami są właśnie nasze narratorki.

To bogowie w kajdanach. (...) Poskramiacze dzikiej ziemi, spętani w uzdy i kagańce.


Najpierw poznajemy Essun, dorosłą kobietę koło czterdziestki, której świat właśnie rozpadł się na drobne kawałeczki. Mąż Essun dowiedziawszy się, jaką mocą włada jego żona zakatował ich synka, który również przejawia te zdolności, zabrał córkę i uciekł. Żądna zemsty Essun będzie go ścigać. Sjenit to młodsza kobieta w okolicach dwudziestego roku życia, która ukończyła naukę w Fulcrum, gdzie szkoli się górotwory i otrzymała misję z najpotężniejszym górotworem, jaki chodzi po tej ziemi. Najmłodsza, Damaya, to jeszcze dziecko które dopiero co odkryło w sobie górotwórcze zdolności. Rodzice zamknęli ją w stodole w obawie przed jej mocą.

Randomowy obrazek który przerywa ścianę tekstu || źródło

Pierwsze co rzuca się w oczy podczas czytania tej książki, to narracja. Nie jest ona w całej książce stała, ponieważ zmienia się w zależności od bohaterki. W przypadku Essun mamy rzadko spotykaną w literaturze narrację drugoosobową. Chodzi o to, że narrator zwraca się bezpośrednio do Essun. Osobiście pierwszy raz spotkałam się z takim typem narracji, i chociaż z początku czułam się... dziko, to bardzo szybko się do niej przyzwyczaiłam i pochłonięta wydarzeniami, o których opowiadała autorka, przestałam zwracać na nią uwagę. Teraz, gdy książka jest już za mną mogę z cała pewnością powiedzieć, że w tym przypadku ta narracja mi się podobała. Kiedy do głosu dochodzi Sjenit lub Damaya, przechodzi ona w trzecioosobową, ale w czasie teraźniejszym. Poniżej wklejam próbkę kompletnie przypadkowego fragmentu z książki.

Lerna okrąża ciało i chwyta cię za rękę. Jest delikatny, ale stanowczy i nie poddaje się, kiedy początkowo nie chcesz się poruszyć. Pociąga po prostu mocniej i w końcu musisz wstać albo się przewrócić. Pozostawia ci tylko taki wybór. Wstajesz. Z tą samą delikatną stanowczością prowadzi cię w stronę drzwi.

Ta zabawa narracją w połączeniu ze stylem autorki kompletnie mnie zauroczyła. Jemisin posługuje się bogatym, barwnym językiem tworząc bardzo plastyczne opisy. A jednak gdy autorka opisuje bardziej przyziemne czynności jak seks nie wysila się na poetyckie sformułowania i duchowe doznania, tylko sucho zaznacza że tak, to miało miejsce i tak, nie boję się użyć kilku dosadniejszych słów. No właśnie, skoro jestem już przy tym temacie to musicie wiedzieć, że w książce ten seks występuje, i w pewnym momencie jest go całkiem dużo. Nie jest to jednak erotyk, nie ma tu pikantnych opisów, książka nie skupia się na tym. Niemniej jednak przez takie sceny w połączeniu z ogólną brutalnością książki nie dałabym jej do ręki młodszym czytelnikom. Musicie też wiedzieć, że w książce występuje wątek homoseksualny. I nie jest on szczególnie poboczny. 

Randomowy obrazek który przerywa ścianę tekstu 2 || źródło

N. K. Jemisin dedykuję tę książkę wszystkim tym, którzy zmuszeni są walczyć o szacunek, który innym okazywany jest bez pytania. Idąc za tą dedykacją książka pod płaszczem fantastyki mocno porusza tematykę tolerancyjności i tego, jak ludzie potrafią bestialsko się zachowywać w stosunku do czegoś (kogoś), czego nie rozumieją i czego się boją. Górotwóry władają potężną mocą i właśnie przez nią są wyrzutkami, są uważani za coś gorszego, co trzeba okiełznać i czym można się posłużyć do swoich celów. Życie górotworów to piekło na ziemi i czytając o tym, co ich spotyka, było mi po prostu przykro. Właściwie cała ta książka cała taka jest - przykra, i naprawdę bardzo się cieszyłam, kiedy bohaterów spotykało coś dobrego. Jednocześnie powieść nieziemsko wciąga, dając nam doskonale dopracowaną i ciekawą fabułę. W Piątej porze roku dzieje się dużo, nie sposób się przy niej nudzić, a to, co serwuje nam autorka pod koniec, to istne mistrzostwo. W życiu bym się nie spodziewała, że wątki trzech narratorek zazębią się ze sobą w taki sposób.

Wiosna, Lato, Jesień, Zima; Śmierć jest piąta, wszystko spina. - Przysłowie arktyczne 

Książkę pozostaje mi tylko polecić. Piąta pora roku to gratka dla wyjadaczy fantastyki, ponieważ oferuje coś nowego i świeżego, a przy tym jest fantastycznie napisana. Autorka wrzuca nas w ten świat bez żadnego ostrzeżenia i stopniowo odkrywa karty, a nasze pytania tylko się piętrzą. Pod koniec wciąż mamy ich mnóstwo i choć trochę rozjaśniło się już w głowach, to wciąż nie wiemy sporo. N. K. Jemisin sprawnie i bez bólu wprowadza nas w swój świat, jednak trzeba być przygotowanym na to, że informacje będą nam dawkowane i nie dowiemy się wszystkiego nawet w pierwszym tomie. Piąta pora roku rozpoczyna cykl Pęknięta Ziemia i z tego co się orientuje, ma to być trylogia. Na rynku dostępny jest już drugi tom, czyli Wrota Obelisków. Na trzeci będzie trzeba jeszcze poczekać.




PS. Urywki z jakiś tablic, książek historycznych czy podręczników na końcu każdego rozdziału żywo przypominają mi początki rozdziałów u Sandersona.

PS2. Wyniki rozdania jutro. 




16 lipca

Horror dla dzieci? "Koralina" Neil Gaiman

Horror dla dzieci? "Koralina" Neil Gaiman

Koralina Jones to kilkuletnia dziewczynka, która wraz z rodzicami właśnie wprowadziła się do nowego domu. Za sąsiadów ma dwie podstarzałe kobiety, które kiedyś były aktorkami i pokręconego staruszka zapewniającego ją, że trenuje myszy do cyrkowego pokazu. Koralina to bardzo żywa i ciekawa świata dziewczynka, toteż pierwsze dni w nowym otoczeniu spędza na badaniu okolicy, w której przyszło jej mieszkać. W ten sposób w ogrodzie znajduje głęboką studnię i kota, a w mieszkaniu tajemnicze, zamknięte drzwi, które po otwarciu pokazują jedynie ścianę. Matka Koraliny wyjaśnia, że to pewnie zamurowane przejście do drugiego domu i zapomina o całej sprawie. Pewnej nocy Koralina odkrywa, że cóż, to faktycznie przejście do drugiego domu... tylko czemu nagle zamiast zamurowanej ściany widzi tam korytarz?

Koralina to moje pierwsze spotkanie z Neilem Gaimanem i z pewnością wybrałam sobie ciekawą lekturę - horror dla dzieci. Czy da się w ogóle napisać horror dla dzieci? Gaiman podjął się tego zadania i udało mu się je ukończyć z sukcesem. Na zaledwie 100 stronach książki umieścił historię niepokojącą, dla dziecka z pewnością straszną, jednocześnie przemycając w niej kilka wartości moralnych. Koralina to dziewczynka rezolutna, bardzo samodzielna i nad wiek dojrzała, która zaskoczy nas swoją odwagą i trzeźwym podejściem do życia. Historia opiera się na... rodzicach, ich braku czasu dla dziecka, braku zainteresowania i pracy, której poświęcają każdą chwilę swojej uwagi. Z pewnością to motyw bardzo współczesny i myślę, że większość dzieci choć trochę z taką dziewczynką może się utożsamiać.

– Przysięgnę – odparła druga matka. – Przysięgnę na grób mojej własnej matki.
– A ona ma grób?
– O, tak. Sama ją do niego złożyłam, a kiedy zobaczyłam, że próbuje się wyczołgać, zakopałam ją z powrotem.

Koralina wynajduje sobie sama zajęcia na dworze, a w deszczowe dni, gdy musi siedzieć w domu, strasznie się nudzi. I można powiedzieć, że to właśnie ta nuda w połączeniu z ciekawością dziecka wpakowują ją w kłopoty. Dziewczynka przechodzi przez to tajemnicze przejście za zamurowanymi drzwiami i trafia do drugiego domu, w którym są jej drudzy rodzice. Tacy, którzy mają dla niej czas i spełnią każdą jej zachciankę, którzy świetnie gotują, są zabawni i mieszkają w domu pełnym cudów. Jest tylko jeden, mały problem. Bo widzicie, ci rodzice mają guziki zamiast oczu i jeśli Koralina chce z nimi zostać, też musi dać je sobie przyszyć.

Kadr z filmu

To, co zrobi Koralina i jaką odpowiedź da drugim rodzicom i samemu czytelnikowi z pewnością stanowi moralizatorskie przesłanie idealne dla dzieci. Tylko czy taką książkę na pewno można dać dziecku? Na to pytanie każdy rodzic musi odpowiedzieć sobie sam. Koralina jest horrorem odpowiednio uszytym na miarę dziecka, co nie zmienia jednak faktu, że straszy. Niektóre dzieciaki lubią się bać, inne nie, i tak samo jest z nami, dorosłymi, więc tak naprawdę wszystko zależy od wrażliwości docelowego odbiorcy.

- Wołanie kotów - odparł, jakby zdradzał jej wielką tajemnicę - to zwykle niezbyt produktywna czynność. Równie dobrze można by przyzywać trąbę powietrzną.

Czytając Koralinę nie sposób nie skojarzyć jej z twórczością Lewisa Carolla, a mianowicie z Alicją w Krainie Czarów. Koralina tak samo jak Alicja przechodzi do innego, tajemniczego świata i tak samo jak Alicji towarzyszy jej gadający i złośliwy kot. Na tym jednak podobieństwa się kończą i Koralina z pewnością nie jest bezmyślną kalką. To bardzo udany horror dla dzieci, który opiera się w głównej mierze na surrealizmie, przez co mamy wrażenie, że wniknęliśmy w dziecięcy koszmar. Dla mnie był to bardzo ciekawy zabieg i książkę przeczytałam z przyjemnością, wspominając, jak to kiedyś bałam się misia-psychopaty w jednej z książek Rafała Kosika. Potem bałam się miśków w swoim pokoju i odwracałam je przodem do ściany, bo miałam wrażenie, że się na mnie gapią. Ale ja byłam i jestem strachliwym osobnikiem :)

Koralinę przeczytałam, bo chciałam poznać się z twórczością Neila Gaimana. Co prawda po takiej cienkiej książeczce nie jestem w stanie powiedzieć, czy jego proza przypadła mi do gustu, jednak samą książkę oceniam bardzo pozytywnie. Autora będę sprawdzać dalej, a Koralinę polecam trochę starszym dzieciom, które lubią historie z dreszczykiem i rzecz jasna dorosłym, którzy mieliby ochotę po taką powieść sięgnąć.




Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger