Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura azjatycka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura azjatycka. Pokaż wszystkie posty

13 lipca

13 lipca

Historia trzech pokoleń. "Czerwone dziewczyny" Kazuki Sakuraby

Historia trzech pokoleń. "Czerwone dziewczyny" Kazuki Sakuraby


Kiedyś usłyszałam, że aby dobrze poznać dany kraj, jego mentalność i społeczeństwo, należy przede wszystkim rozmawiać z jego mieszkańcami i sięgać po książki pisane przez jego rodzimych autorów. Wszelkie opracowania, reportaże i książki podróżnicze pisane z perspektywy obcokrajowca mogą dać nam mylne wrażenie. Po przeczytaniu Czerwonych Dziewczyn przypomniałam sobie te słowa i dopiero teraz w pełni je zrozumiałam. Chociaż wcześniej czytałam już o Japonii, książka Kazuki Sakuraby pozwoliła mi w dużo większym stopniu wniknąć w Japonię i poczuć jej klimat.

Za Czerwone Dziewczyny autorka dostała nagrodę Mystery Writers of Japan. Jest to saga rodzinna i jako taka opisuje historię trzech pokoleń: babki Manyo, córki Kemari i wnuczki Toko. Cała trójka pochodzi z szanowanego rodu Akakuchibów, mieszkającego w majestatycznej posiadłości na wzgórzu, w Benimidori. Jak łatwo można się domyślić, pierwsza do głosu zostaje dopuszczona Manyo. A raczej jej historia, ponieważ narratorką całej książki jest Toko. Manyo poznajemy jako dziecko, które zostało porzucone przez ludzi zwanych cudzoziemcami z gór. Dziewczynkę przygarnia młoda para i wychowuje ją najlepiej, jak potrafi. Jakiś czas później dorosła już dziewczyna wychodzi za mąż i zostaje panią w domu Akakuchibów. Jej wątek rozkręca się stopniowo, wnosząc do powieści pomieszanie japońskich wierzeń i magii z rzeczywistością, Manyo bowiem jest jasnowidzącą. Jej dar jest przekleństwem, ponieważ kobieta widzi to, czego nikt z nas nie chciałby widzieć: poznaje przyszłość swoich dzieci, swojego męża, a także zna daty ich śmierci. Kemari to przywódczyni damskiego gangu motocyklowego, której życie przepełnione jest adrenaliną i walką z pozostałymi gangami – do czasu, gdy życie brutalnie zmusza ją do tego, by dorosła, choć ona nigdy tak naprawdę tego nie robi. Trzecia z kobiet rodu Akakuchibów, a zarazem narratorka całej powieści, czyli Toko, to dziewczyna, która nie potrafi znaleźć sobie na świecie swojego miejsca. Żyje w cieniu swojej babki i matki, uznając się za niegodną tego, że jest ich spadkobierczynią.

Powiem wam, że ja też zawsze uwielbiałam opowieści moich dziadków. Pewnie dlatego, że choć dotyczą prawdziwych wydarzeń, brzmią jak jakieś legendy.

Czerwone dziewczyny rozkręcają się powoli, ale w pewnym momencie wprost nie mogłam się od tej książki oderwać i tak było już niemal do końca. Niemal, bo książka ma jedną wadę – jest bardzo nierówna. Wątek Manyo stanowi wstęp do całej historii, która swoje wyżyny osiąga przy części dotyczącej Kemari. Opowieść o przywódczyni motocyklowego gangu niezwykle wciąga nie tylko z powodu jej samej, ale również dlatego, że poznajemy inne dzieci Manyo i dalsze losy rodu Akakuchibów. Niestety potem następuje gwałtowny spadek, bo do głosu dochodzi Toko. W jej części mamy wątek detektywistyczny, tak ochoczo reklamowany przez wydawcę. I zupełnie nie wiem, dlaczego wydawnictwo położyło nacisk akurat na to, ponieważ ta historia jest najnudniejsza i najsłabsza w całej książce. Dodatkowo części, które opowiadała dziewczyna, miały swój klimat – tworzyły owianą mistycyzmem legendę Akakuchibów. Gdy przeszliśmy do czasów współczesnych i opisywania historii z perspektywy pierwszej osoby, ten klimat zupełnie gdzieś się zagubił. Autorka kreuje Toko na zagubioną w nowoczesnej Japonii nijaką dziewczynę, która nie wie, jak pokierować swoim życiem, i ta nijakość mocno wpłynęła na cały wątek, również go takim czyniąc.


Napisałam na samym początku, że dzięki Czerwonym Dziewczynom można poznać Japonię od wewnątrz. Dzieje się tak dlatego, że książka nie tylko opowiada historię trzech kobiet z jednego rodu, ale jest też pięknym przekrojem Japonii od połowy lat czterdziestych aż do współczesności. Autorka opowiada nam o przemianach kulturowych, gospodarczych i społecznych; snuje opowieść o tym, jak Japonia po wojnie próbuje stanąć na nogi. Historia Manyo dzieje się zaraz po zakończeniu wojny, gdzie w Japonii wciąż silnie zakorzeniona jest tradycja i poświęcenie dla rodu, firmy i kraju. Każdy zna swoje miejsce na świecie i jasny jest podział ról. W przypadku jej córki, Kemari, ten podział stopniowo zanika. Do tej pory rolą kobiety było dbanie o dom wychowywanie dzieci, natomiast w czasach Kemari nie jest to już takie oczywiste. Natomiast pokolenie Toko ma prawo żyć własnym życiem i związać się z kimś z miłości; widać tutaj już tę nowoczesność, która przybyła do Japonii z Zachodu. Dziewczyna nie musi wychodzić za mąż przez zawartą między rodzinami umowę; Toko może mieć chłopaka, jakiego chce i jeździć z nim do hoteli miłosnych. Czerwone Dziewczyny opisują więc nie tylko historię trzech pokoleń rodu Akakuchibów, ale na ich przykładzie pokazują zmiany, jakie zachodziły w całym kraju.

— Tōko, czy wiesz, że gdy w Japonii jeszcze przed epoką Meiji tłumaczono z języka angielskiego słowo „miłość”, nie istniał dla niego żaden dobry odpowiednik? Krótko mówiąc, nie mieliśmy koncepcji czegoś takiego jak uczucie romantyczne. Tak się składa, że moda na nieprzewidywalne i kapryśne zauroczenie przyszła do nas z Zachodu.

Podczas czytania tej książki były momenty, gdzie miałam silne wrażenie, że tak naprawdę czytam mangę albo oglądam anime (zresztą co się dziwić, skoro autorka ma na swoim koncie mangę Gosick i trochę light novels). To wrażenie było szczególnie mocne przy wątku Kemari. Ileż to ja się naoglądałam już historii o młodocianych łobuzach, buntownikach, którzy jeżdżą na motorach, biją się i rządzą własnym terenem? Którzy trzęsą całą szkołą, ale jednocześnie mają własny kodeks moralny? Nie jest to jednak wątek pełen akcji, chociaż więcej się tutaj dzieje - to po prostu świetna obyczajówka. Niemniej jednak fani mangi i anime mogą się tutaj poczuć jak w domu. Książka ma też mnóstwo fascynujących postaci drugoplanowych, jak Momoyo, złodziejka mężczyzn, której Kemari nie widziała (wybiórcza ślepota, nie zauważała jej istnienia), brat Kemari, Kodoku, który jest podręcznikowym przykładem hikikomori (chłopak zamykał się w domu i nie chciał wyjść, bo naczytał się np. o broni nuklearnej, więc po co się starać, skoro wszyscy zginiemy) czy robotnik Toyohisa, przywiązany do starych zasad i wielkiego pieca w hucie, symbol wszystkich tych Japończyków, którzy nie mogli pogodzić się z przyjściem zmian.


Jestem pod tak wielkim wrażeniem tej powieści, że naprawdę mogłabym jeszcze o niej pisać długo. Styl autorki jest powściągliwy, tajemniczy, przesycony pewną dozą mistycyzmu, który dodatkowo nadaje powieści klimatu. Sporo w Czerwonych Dziewczynach elementów uniwersalnych, z którymi i my będziemy mogli się utożsamiać. Jednocześnie sporo w niej elementów typowych dla Japończyków. Ja ze swojej strony gorąco polecam fanom sag rodzinnych i powieści obyczajowych. Również zwolennicy realizmu magicznego znajdą tu coś dla siebie, ale głównie w pierwszej części. Przede wszystkim jednak polecam książkę tym, którzy chcą dowiedzieć się czegoś więcej o Japonii. Dla osoby zainteresowanej Krajem Kwitnącej Wiśni to jedna z tych pozycji, z którymi naprawdę warto się zapoznać.



26 kwietnia

26 kwietnia

Mlecz i chryzantema. "Królowie Dary" Ken Liu

Mlecz i chryzantema. "Królowie Dary" Ken Liu
"Królowie Dary" to jedna z tych książek, którą kupiłam za sprawą recenzji na innym blogu. Okej, może nie do końca powinnam użyć sformułowania "to jedna z tych książek", jako że naprawdę niewiele pozycji kupuje pod wpływem przeczytanego gdzieś tekstu. "Królowie Dary" zaciekawili mnie jednak fabułą i obiecywanym duchem orientu, a sam autor to laureat Nebula, Hugo i World Fantasy Awards. Pomyślałam, że nie może być źle i warto spróbować.

No więc źle nie było, ale dobrze też raczej nie.

Dzieło Kena Liu zbiera mnóstwo pozytywnych opinii, ale ja niestety nie będę kolejną osobą, która się do tego dołączy. Na początku byłam zachwycona lekturą, stylem autora, który był dla mnie jak taki dobry gawędziarz. Czułam, że nie tyle czytam dobrą powieść, ale że słucham wspaniałej historii, którą ktoś w fascynujący sposób opowiada. Od samego początku czuć było obiecanego ducha orientu, a mi przypomniały się filmy Kurosawy. Niestety początkowe dobre wrażenie szybko zostało zmyte w miarę przerzucania kolejnych stron książki. Akcja dzieje się bardzo szybko, jest powierzchowna, przypomina taką suchą, kronikarską relację historyczną. Autor za bardzo skupia się na kreacji świata, na detalach, na wyjaśnianiu nam mechanizmów poszczególnych urządzeń, na tym, jak coś powstało, skąd się wzięło... To wszystko sprawia, że lektura jest momentami przeraźliwie nudna. Dodatkowo mnóstwo jest epizodycznych postaci, które potrafią być tylko przez kilka stron, a potem umrzeć. Bo tak, moi drodzy, w tej książce postacie umierają. I to nagminnie, czy to w wojnie, czy to popełniając seppuku, czy też zostając zdradzonym... Mimo tego każda z nich musiała dostać swoje pięć minut i w efekcie poznawaliśmy całą historię ich życia. To jeszcze bardziej wydłużało lekturę i czyniło ją męczącą. 

Dla zemsty nawet królik może się nauczyć bycia wilkiem.

Główni bohaterowie to Kuni Garu, beztroski, charyzmatyczny lekkoduch, który najlepiej spędzałby całe dnie na piciu z przyjaciółmi, ale jednocześnie wie, że jego przeznaczeniem jest dokonać wielkich czynów. Z drugiej strony jest wielki i silny Mata Zyndu, postać rodem z pieśni o heroicznych bohaterach. Mata jest dziedzicem rodu Zyndów, któremu od małego robiono pranie mózgu i wkładano do głowy wielkie idee odbudowy swojego rodu, tego jacy byli jego przodkowie i jaki musi być on sam. Pomimo tego, że znacznie większą sympatią zapałałam do Kuniego, to uznaję Matę za lepiej wykreowaną postać. Był ciekawszy, bardziej wyrazisty z tym, jak żył mrzonkami i legendami. Czy był sobą, czy tylko tym, czego od niego wymagano? Mata miał w głowie opowieści o honorze, waleczności, wielkich bitwach i odwadze... to wszystko zaowocowało tym, że lekceważył ludzkie życie, w przeciwieństwie do Kuniego, który robił wszystko, by je ocalić. 


Jak już wcześniej wspomniałam w "Królach Dary" jest mnóstwo innych postaci, ale autor skupia się tylko na tej dwójce i to oni są w jakikolwiek sposób zarysowani. Reszta jest papierowa, wykreowana bardzo powierzchownie i to tylko słowami, a nie czynami. Zarówno bohaterowie jak i fabuła bardzo ucierpieli kosztem wykreowanego świata, bo to właśnie temu elementowi książki Ken Liu poświęcił najwięcej czasu. W tym polu nie zamierzam odmawiać mu zasług. Świat jest skonstruowany pierwszorzędnie, zadbano o najmniejszy nawet drobiazg. W książce dużo jest symboliki, wierszy i cytowania tekstów ze starych ksiąg, a nie spotkałam się jeszcze z tym, żeby stworzony świat sięgał tak daleko w przeszłość i wchodził w takie szczegóły, by aż cytowano wymyślone autorytety. Pełno jest też mądrych sentencji, które co i rusz wygłaszają nasi bohaterowie, czy to cytując, czy mówiąc od siebie. Nawet po pijaku! Bo jak wiadomo największy filozof budzi się w nas w stanie wskazującym.

Rozpisałam się o własnych odczuciach dotyczących lektury, ale właściwie nie napisałam jeszcze, o czym ona w ogóle jest. No więc jest o rewolucji. Owa rewolucja opisana jest od samych jej początków aż do końca. Wszystkie rozsiane po wyspach królestwa Dary podbił Mapidere, czyniąc się cesarzem. Miał on wizję, by poprawić życie mieszkańców Dary, zaprzestać ciągłych wojen i przepychanek między królestwami, ale jak to zwykle bywa, plan był dobry tylko w założeniu, a i władza potrafi zmienić człowieka. Pod rządami cesarza tyrana ludziom żyje się źle, jest więc rzeczą całkowicie naturalną, że w końcu dochodzi do buntu. Zarówno Kuni Garu, jak i Mata Zyndu odegrają w tym znaczącą rolę. Coś do powiedzenia mają również bogowie Dary, którzy, jak to bogowie mają w zwyczaju, mieszają się w losy śmiertelników. Właściwie oprócz tego, że świat Dary jest wymyślony, jest to chyba jedyny element fantasy w książce. Bardzo podobało mi się jednak to, że człowiek nie musiał grać tak, jak mu podpowiadał bóg, i miał własną wolę.

To nie talenty decydują o tym, w jakich warunkach żyje człowiek, lecz miejsce, gdzie postanowi je wykorzystać.

Wydanie "Królów Dary" jest przepiękne. Szata graficzna, kolorowa mapa w środku, glosariusz, spis najważniejszych bohaterów... to wszystko sprawia, że książkę trzyma się z przyjemnością. Bardzo fajnym akcentem jest też rysunek mlecza na początku, a dmuchawca na końcu. Nie będę pisać o co chodzi, ale ma to ścisły, symboliczny związek z jednym z głównych bohaterów.

Przechodząc do końca tego przydługiego tekstu napiszę, że "Królami Dary" jestem po prostu rozczarowana. Lektura książki była dla mnie nużąca i męcząca. Gdyby nie to, że zwyczajnie chciałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy, nie dobrnęłabym do końca. Sytuacje ratowały momenty, gdzie robiło się ciekawiej, i czytało się znacznie lepiej, ale wtedy znów pojawiała się jakaś epizodyczna postać ze swoją historią życia i całe moje zaciekawienie trafiał szlag. Dodatkowo fakt, że w książce mnóstwo jest polityki i działań administracyjnych wcale mojemu zaciekawieniu nie pomagał. I chociaż doceniam wysiłek, jaki autor włożył w stworzenie tego wszystkiego, i doceniam całokształt historii, to ogólnie jestem na nie. Jak zawsze warto jednak sprawdzić samemu, bo mój głos jest jednym z nielicznych, a "Królowie Dary" mają mnóstwo fanów i dobrych opinii.





Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger