Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mag. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mag. Pokaż wszystkie posty

18 listopada

18 listopada

Klasyczna powieść fantasy. "Zawiść" Johna Gwynne

Klasyczna powieść fantasy. "Zawiść" Johna Gwynne

Pisałam Wam ostatnio przy okazji Czarnoskrzydłego, że nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Czasami jednak trafiają się takie książki, po których w ogóle nie czuć, że jest to debiut. W przypadku Zawiści byłam święcie przekonana, że to już któraś z kolei książka autora, bo to było zbyt solidne i dopracowane, jak na debiutanta.

19 października

19 października

W krainie Nieszczęścia. "Czarnoskrzydły" Eda McDonalda

W krainie Nieszczęścia. "Czarnoskrzydły" Eda McDonalda

Nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Dobry zwyczaj nakazuje, żeby przymknąć oko na pewne mankamenty, a ja na ogół tak nie potrafię i podchodzę do debiutu jak do normalnej książki, choć staram się, naprawdę staram się tak bardzo nie narzekać. Czarnoskrzydły natomiast jest takim debiutem, z którym tym bardziej nie wiem, co mam zrobić. Bo z jednej strony pomysł jest całkiem niezły, a z drugiej mocno boli mnie wykonanie. Z góry przepraszam za nadmiar cytatów w tym wpisie. One po prostu mówią same za siebie.

08 października

08 października

Wspomnienia o dzieciństwie. "Ocean na końcu drogi" Neila Gaimana

Wspomnienia o dzieciństwie. "Ocean na końcu drogi" Neila Gaimana

Neil Gaiman nie zaskoczył mnie swoim Oceanem na końcu drogi. Jest to dokładnie taka powieść, której mogłabym się spodziewać po tym autorze: baśniowa, groteskowa, niczym z sennych, dziecięcych koszmarów. Od razu nasuwają się skojarzenia z Koraliną, i słusznie. Wiele łączy te dwie powieści, a Ocean na końcu drogi określiłabym jako doroślejszą, poważniejszą wersję Koraliny.

10 maja

10 maja

Łyżka dziegciu w beczce miodu. "Dawca przysięgi" Brandona Sandersona

Łyżka dziegciu w beczce miodu. "Dawca przysięgi" Brandona Sandersona

Dawca przysięgi to tom, na który fani Sandersona czekali długo i niecierpliwie, aczkolwiek daleko nam było do tego poziomu, jaki mamy przy Wichrach Zimy. Na Brandona można liczyć. Decyzja wydawnictwa MAG, by rozdzielić Dawcę przysięgi na dwa tomy, pomiędzy którymi była półroczna przerwa w publikacji, spotkała się z ogromnym niezadowoleniem, do którego i ja dołączyłam. Nie wyobrażam sobie czytania tylko połówki tomu, toteż cierpliwie czekałam, aż na rynku dostępna będzie całość. Poniższy wpis również całości dotyczy. Spoilery z poprzednich tomów.

20 kwietnia

20 kwietnia

Naprzód więc! Po chwałę i inne takie bzdury. "Słowa Światłości" Brandona Sandersona

Naprzód więc! Po chwałę i inne takie bzdury. "Słowa Światłości" Brandona Sandersona

Niedawno pisałam o Drodze Królów, a, jako że seria tak mocno mnie wciągnęła nawet przy drugim jej czytaniu, to tydzień później skończyłam czytać Słowa Światłości. Dwa laty przerwy sprawiły, że mnóstwo szczegółów uciekło mi z pamięci i bardzo się cieszę, że zdecydowałam się odświeżyć sobie te tomy przed Dawcą przysięgi. Poza przypomnieniem sobie fabuły pozwoliło mi to spojrzeć na mnóstwo spraw inaczej, odkryć nowe smaczki i po prostu poczułam się tak, jakbym wróciła do domu.

16 kwietnia

16 kwietnia

Thor w sukience? "Mitologia Nordycka" Neila Gaimana

Thor w sukience? "Mitologia Nordycka" Neila Gaimana

Neil Gaiman jeszcze ani razu mnie nie zawiódł i odkąd poznałam jego twórczość za sprawą Koraliny, sukcesywnie wyczytuje jego książki. Mitologia Nordycka nie jest co prawda powieścią, lecz zbiorem mitów w wersji à la Gaiman, ale czuć tam jego styl i czyta się to naprawdę dobrze. Tym bardziej, kiedy trafiamy na takie kwiatki jak Thor w sukience.

10 kwietnia

10 kwietnia

Oto fantasy idealne. "Droga Królów" Brandona Sandersona

Oto fantasy idealne. "Droga Królów" Brandona Sandersona

Dwa lata temu po raz pierwszy stawiłam czoła arcyburzy. Było to na tyle silne doświadczenie, że nie zapomniałam go do tej pory. Dziś, z okazji zbliżającej się wielkimi krokami premiery trzeciego tomu Archiwum Burzowego Światła, postanowiłam znów dać się temu porwać. Byłam przekonana, że wiedząc już, z czym mam do czynienia, efekt będzie znacznie słabszy. Myliłam się. Nie doceniłam arcyburzy.

18 lutego

18 lutego

Z pielgrzymką do Grobowców Czasu. "Hyperion" Dana Simmonsa

Z pielgrzymką do Grobowców Czasu. "Hyperion" Dana Simmonsa

Hyperion jest książką, która zachwyca na wielu poziomach. Kiedy czytałam tę powieść czułam się trochę tak, jakbym doznała literackiego objawienia, a im dalej w gąszcz stron, tym bardziej zadawałam sobie pytanie: "wow, to można tak pisać"? Hyperion rzuca na czytelnika czar, dzięki któremu kolejne słowa czytamy jak zaklęci, a z drugiej strony aż żal czytać za szybko, bo tak wyśmienitą ucztą trzeba rozkoszować się powoli.

Hyperion jest powieścią szkatułkową, w której różnorodność gatunkowa przyprawia o zawroty głowy. To nie tylko powieść science-fiction, ponieważ znajdziemy w niej i cyberpunkową powieść detektywistyczną, poezję romantyczną, horror, military sf, powieść autobiograficzną, trochę romansu, a nawet poruszającą obyczajówkę. Gdyby obedrzeć Hyperiona z otoczki sci-fi to i tak byłaby to fenomenalna książka, ponieważ trzon tej powieści stanowią niezwykle przemyślane historie bohaterów, gdzie każda z osobna mogłaby stanowić odrębną, równie fenomenalną powieść.

Wszystko to łączy osoba Dzierzby, legendarnego półboga o czerwonych oczach, który zamieszkuje Grobowce Czasu na Hyperionie. Kim właściwie jest Dzierzba? Skąd przybył i po co? Czy zwiastuje zagładę ludzkości? Nie wiadomo, chociaż książka w miarę czytania podsuwa nam kilka odpowiedzi. Wiadomo jednak, że Dzierzba jest istotą niezwykle potężną i śmiercionośną, która swoje ofiary nabija na drzewo bólu. Do niego właśnie podróżują nasi bohaterowie w ostatniej pielgrzymce przed wielką, międzygalaktyczną wojną, aby prosić go spełnienie swoich próśb. Każdy z nich ma własny bagaż doświadczeń, każdy dźwiga swój własny krzyż. Jest ich siódemka: Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul. Szkopuł w tym, że tylko jedno zostanie wysłuchane, a reszta zginie.

Fragment grafiki z Upadku Hyperiona

Uznając, że wszyscy jadą na tym samym wózku, nasi bohaterowie gromadzą się wieczorami i zaczynają mówić o sobie. Jak już zostało wspomniane, wszystkie ich opowieści są świetne. Przedstawione są w nich zarówno tragedie osobiste, dzięki którym rozumiemy powody, przez które zdecydowali się na samobójczą wyprawę do Dzierzby, jak i te na skalę światową. Początkowo miałam wrażenie, że każda kolejna opowieść podnosi poprzeczkę coraz wyżej, ale przy końcu zaczęły mi się trochę dłużyć. Myślę jednak, że wszystko zależy od tego, w jakich książkach gustujemy: ja nigdy nie przepadałam za powieściami detektywistycznymi, kryminałami, wątkami politycznymi, i to właśnie z nimi miałam tutaj problem. Nie jest to więc absolutnie wina książki, tylko moich prywatnych gustów, a różnorodność w książce Simmonsa jest na tyle duża, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Wszystko jest przemyślane i dopięte na ostatni na guzik, a każda z historii opowiada o czymś zupełnie innym zarówno fabularnie, jak i gatunkowo. W tych historiach autor stopniowo przedstawia nam nie tylko swoich bohaterów, ale również Dzierzbę i świat przyszłości, gdzie Ziemia już nie istnieje, a ludzkość skolonizowała dziesiątki, jeśli nie setki planet.


Na początku było Słowo. Potem pojawił się pieprzony edytor tekstu. Potem procesor myślowy. A potem nastąpił koniec literatury.


Jestem pod absolutnym wrażeniem tego, jak pisze Dan Simmons. Jak świetnie buduje klimat, za co by się nie wziął, jak swobodnie i lekko przekazuje swoją historię, jak potrafi poruszyć, rozbawić, zaintrygować i wzbudzić grozę. Oszołomić może ogrom dorobku kulturalnego, do którego autor nawiązuje, bo takie mniej lub bardziej oczywiste odniesienia w książce pojawiają się cały czas. Takim najbardziej oczywistym jest nawiązanie do poety Johna Keatsa już w samym tytule książki, ponieważ Keats napisał niedokończony utwór zatytułowany właśnie Hyperion. W książce poeta często jest cytowany, a nawet w pewnym sensie pojawia się osobiście.

Co mnie jeszcze zachwyca to to, z jaką łatwością Dan Simmons przeskakuje z opowieści na opowieść. Nie byłoby w tym nic specjalnie zaskakującego, gdyby nie ta różnorodność, bo pisanie z równą swobodą o podróży księdza z wątpliwościami dotyczącymi własnej wiary i epickich bitwach w kosmosie z seksem w tle, o etycznych dylematach związanych z Abrahamem i wiecznie pijanym, klnącym poecie prowadzącym rozpustne życie, o głębokich rozważaniach odnośnie do poezji czy literatury i sensacyjnym pościgu za podejrzanym mordercą jest doprawdy zadziwiające. I godne podziwu.

Fragment grafiki z Endymiona





Jedyne, co mnie troszkę rozczarowało to końcówka, której chyba nie do końca rozumiem. Byłabym naprawdę wściekła na autora, gdyby tak to zakończył, ale na szczęście jestem świadoma tego, że jest kontynuacja. Sam Hyperion natomiast jest wprowadzeniem, przedstawieniem postaci i świata, i tak naprawdę nie wyjaśnia się tu nic. Dobrym pomysłem będzie więc zaopatrzenie się od razu w drugi tom.

Warto jeszcze wspomnieć o tłumaczeniach, ponieważ w Artefaktowym wydaniu Hyperiona Dzierzba jest Dzierzbą, natomiast w starszym wydaniu w tłumaczeniu Arkadiusza Nakoniecznika bestia z Hyperiona zwie się Chyżwarem. Dokładnym tłumaczeniem jest właśnie Dzierzba (ang. shrike). Początkowo żałowałam, że nie mam tego tłumaczenia z Chyżwarem, ponieważ brzmiał mi on znacznie lepiej, ale bardzo szybko przywykłam do Dzierzby i teraz nie zamieniłabym tego tłumaczenia na drugie. W rzeczywistości natomiast Dzierzba to taki mały, ładny ptaszek z niemiłym zwyczajem nabijania żywych ofiar na cierń czy ostrą gałąź w celu późniejszego ich spożycia.

Hyperion jest książką, którą z całego serca wam polecam. Powiedzieć, że to świetna rzecz, to po prostu za mało. Jestem nim absolutnie zachwycona i to właśnie Hyperion staje się pierwszą książką science-fiction, która dołącza do grona moich ulubionych. A dzięki temu, że w Hyperionie balans pomiędzy opowieścią a nauką jest doskonale wyważony, będzie to dobry wybór na początek przygody z tym gatunkiem. Zachęcam więc gorąco do przeczytania, bo naprawdę warto.




13 lutego

13 lutego

O dorastaniu. "Księga Cmentarna" Neila Gaimana

O dorastaniu. "Księga Cmentarna" Neila Gaimana

Po przeczytaniu opisu Księgi Cmentarnej z miejsca pomyślałam o innej książce, którą napisał Terry Pratchett. I tu, i tam kluczowym miejscem w fabule jest cmentarz, gdzie autorzy przedstawiają zmarłych nie jako upiorne, krwiożercze straszydła, lecz zwykłych, sympatycznych ludzi, którym się po prostu umarło. I jakoś tak się złożyło, że obie te książki są książkami dla młodzieży.

Książka Pratchetta nosi tytuł Johnny i zmarli i jest częścią serii o Johnnym Maxwellu. Tytułowy Johnny widzi zmarłych, ale nikt w to nie wierzy. Kiedy owi zmarli proszą go o pomoc w uratowaniu przeznaczonego do rozbiórki cmentarza, Johnny zakasuje rękawy i z pomocą przyjaciół przystępuje do dzieła. W Księdze cmentarnej natomiast główny bohater wychowuje się na cmentarzu, a zmarli są jego rodziną. Książkę rozpoczynamy w momencie, w którym cała jego prawdziwa rodzina zostaje zamordowana, a on sam szczęśliwym zbiegiem okoliczności trafia na cmentarz, którego lokatorzy po gorącej dyskusji za i przeciw postanawiają się nim zająć. I tu miałam kolejne skojarzenie, tym razem do Nigdziebądź, który zaczyna się bardzo podobnie, bo morderstwem rodziny głównej bohaterki.

Księga Cmentarna opowiada więc losy Nika Owensa, który cudem uchodzi z życiem i ukrywa się na cmentarzu przed mordercą, który chce dokończyć robotę. Na kartach książki możemy obserwować różne etapy jego życia, od maleńkości do wieku nastoletniego. Księga Cmentarna jest bardziej zbiorem opowieści o konkretnym momentach w życiu Nika niż pisaną jednym ciągiem powieścią, ale całość jest bardzo spójna. Nik jest chłopcem ciekawskim, roztropnym i o dobrym sercu, a obserwowanie jego procesu dorastania jest rzeczą naprawdę przyjemną. Chyba jeszcze nie spotkałam w fantasy tak wdzięcznie opowiedzianego rozwoju bohatera, a jakby nie było, jest to znaczna część tej książki. Bohater Gaimana nie irytuje nawet wtedy, kiedy zdarzy mu się przejść przez okres buntu. Autorowi udało się też uniknąć moralizatorskiego tonu, a jednocześnie potrafi on w swojej książce przemycić sporo wartościowych treści. A jeśli połączyć to z cmentarnym klimatem, otoczką tajemnicy i groteski, to całość wychodzi zaskakująco przyjemnie i uroczo.

Fabuła Księgi Cmentarnej nie jest zawiła, bo widzimy po prostu sceny z codziennego życia Nika, aczkolwiek w pewnym momencie tej historii wraca do nas i sprawa mordercy. Gaiman jednak jak zwykle potrafi zaczarować swoim piórem skutecznie przykuwając nas do książki. Na specjalne wyróżnienie zasługuje epizod z ghulami, przez który już chyba nigdy nie spojrzę tak samo na te stwory. Autor w zupełnie innym świetle przedstawia też wampiry i wilkołaki, które nie są tutaj złe, lecz stoją po tej dobrej stronie barykady. Właściwie jedynymi czarnymi charakterami w tej książce są ludzie, a wszelkie stworzenia, które zwykle kojarzymy z ciemną stroną mocy, zostają przedstawione albo w sposób zabawny, albo bardzo pozytywny. W efekcie wszelkie strachy spod łóżka przestają być straszne, a zmarli wcale nas nie nawiedzają, lecz są zwykłymi, poczciwymi ludźmi, z którymi można uciąć szalenie interesującą pogawędkę.

Na uwagę zasługuje również wątek przemieszania się świata żywych i umarłych. Nie jest on poruszony tylko w historii Nika, gdzie żywy chłopiec mieszka w miejscu, do którego z pewnością nie należy, lecz jest także wyeksponowany znacznie bardziej w jednym z rozdziałów zatytułowanym Danse macabre. To tylko potęguje fantastyczny, groteskowy klimat tej książki, od którego ciężko się oderwać, bo zwyczajnie fascynuje.

Jedyną uwagę mogę mieć do zakończenia Księgi Cmentarnej, bo ta końcówka jest dla mnie po prostu urwana, a niektóre wątki przydałoby się rozwinąć. Ale kto wie, może tak miało być? W końcu etapy w naszym życiu też kończą się nagle i bez ostrzeżenia. Księgę Cmentarną polecam zarówno dużym, jak i małym, bo choć cmentarz z morderstwem w tle może odstraszyć, to Gaiman pisze na tyle delikatnie i baśniowo, że spokojnie mogą oni po książkę sięgnąć.




25 grudnia

25 grudnia

Miasto upadłych bogów. "Elantris" Brandona Sandersona

Miasto upadłych bogów. "Elantris" Brandona Sandersona

Brandon Sanderson to autor, który nieustannie mnie zaskakuje. Kiedy już myślę, że mniej więcej wiem, czego spodziewać się po jego książkach, to i tak za każdym razem dostaję coś innego, choć pewne elementy dla jego prozy są wspólne. Niemniej jednak nie ma w niej schematów i za każdym razem czeka nas nowa, wyjątkowa fabuła z oryginalnym systemem magii i postaciami, do których mimowolnie się przywiązujemy. Sanderson pisze o problemach i rozterkach zwykłych ludzi, ale w otoczce epickiej fantasy. A po skończeniu każdej jego książki pozostaje niesamowity smutek i żal, że się do tych ostatnich stron dobrnęło. 

Elantris jest debiutem autora, ale trzeba tu zaznaczyć, że książka ta po prostu została wydana jako pierwsza. Z postscriptum na końcu książki dowiadujemy się, że kiedy autor zaczął pisać Elantris miał już napisanego Zrodzonego z Mgły i ukończył już pierwszą wersję Drogi Królów. Elantris jest też pierwszą książką, w której Sanderson świadomie zawarł elementy cosmere. Jest to więc powieść ważna i przełomowa, ma ogromną rzeszę fanów, chociaż jej fabuła nie jest ani pełna porywającej akcji, ani widowiskowych bitew. Mimo tego Elantris hipnotyzuje rozgrywającymi się wydarzeniami — i to hipnotyzuje już od pierwszych stron.

Przede wszystkim fenomenalny jest pomysł. Zrodził się on w głowie Sandersona wtedy, kiedy pomyślał on o wizji więziennego miasta dla trędowatych zombie. I w pewnym sensie takich zombie w książce mamy — są nimi Elantryjczycy zamknięci w dawnej stolicy Arelonu, czyli w Elantris. Miasto niegdyś było potężne, olbrzymie, piękne, rozświetlone blaskiem i zachwycające przepychem. Wśród tego piękna i chwały stąpali równie piękni Elantryjczycy o skórze barwy świetlistego, bladego srebra i białych włosach. Mieli w sobie moc, która płonęła w ich oczach i wypełniała ich ruchy. Błogosławionym, niemal bogiem mógł zostać każdy, ponieważ przeobrażenie - shaod — nie wybierało i dotykało ludzi losowo, niezależnie od ich statusu społecznego. Niestety pewnego dnia dziesięć lat temu coś się zmieniło i Elantryjczycy z bogów zmienili się w przeklętych. W żywych zombie, ponieważ teoretycznie byli martwi — ich serce nie biło, ciało umierało, a ból od najmniejszego nawet stłuczenia nigdy nie ustawał. Miasto upadło.

Fragment grafiki z Tenth Anniversary Special Edition w Stanach

Książka rozpoczyna się w momencie, w którym książę i następca tronu Arleonu, Raoden, zostaje przeklęty i wtrącony do Elantris. Raoden nie jest jednak z tych, którzy łatwo poddadzą się swojemu losowi, i z miejsca zaczyna działać, by życie w tym miejscu uczynić znośniejszym. To ten typ bohatera, który zaraża innych swoim optymizmem i nigdy się nie poddaje, w każdym i wszędzie dostrzegając dobro. Równolegle z jego wątkiem obserwujemy losy Sarene, młodej księżniczki ze sprzymierzonego państwa, która przybyła do Arleonu, by wziąć ślub z Raodenem i z przykrością odkrywa, że jej małżonek umarł jeszcze zanim na dobre się nim stał. Trzecim wątkiem jest historia wysoko postawionego kapłana, Hrathena, który przeżywa kryzys wiary, a jednocześnie gorąco pragnie nawrócić mieszkańców Arleonu na swoją wiarę. 

Elantris nie jest przepełnione akcją, jest za to książką bardzo spokojną, której fabuła rozwija się powoli, ale za to przedstawione tutaj wątki wciągają tak mocno, że nie sposób się od tej książki oderwać. Przyznam, że trochę obawiałam się tej lektury, ponieważ słyszałam mnóstwo narzekań na Elantris, ale obawy te były zupełnie bezpodstawne. Już od samego początku intryguje nas los Elantryjczyków i gnębi nas pytanie, o co właściwie chodzi z ich przekleństwem. Raoden zaś jest na tyle sympatycznym i kochanym księciem, że nie da się nie kibicować zarówno jemu, jak i grupce, którą wokół siebie zebrał. Tym bardziej że Elantryjczycy mimowolnie wzbudzają w nas współczucie i chcemy dla nich jak najlepiej. Wątek Sarene i Hrathena wprowadza z kolei bardzo dużo polityki do książki, więc przygotujcie się, że politycznych spisków i intryg będzie tutaj mnóstwo, poczynając od naprawy państwa, a na wpływach religijnych kończąc.

Fragment grafiki z Tenth Anniversary Special Edition w Stanach

Być może po tylu przeczytanych książkach Sandersona wreszcie zaczęłam być choć trochę krytyczna względem jego prozy, bo tym razem w jego powieści dostrzegłam też pewne wady. Przede wszystkim na nerwy działała mi nieco Sarene, z której Sandersonowi wyszła taka trochę Mary Sue. Księżniczka jest piękna, inteligentna i przebiegła, zna się na polityce i doskonale manipuluje ludźmi, a wszystko nieco zbyt łatwo jej idzie — przynajmniej do pewnego momentu. Sarene ma jednak też wady i nie wszytko potrafi najlepiej, a jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że trochę z nią autor przesadził. Identyczne spostrzeżenie miałam z księciem Raodenem. Wyłapałam też kilka irytujących powtórzeń w takim sensie, że autor kilka razy informuje nas o tym samym fakcie. Nie są to jednak rzeczy, które mocno wpłynęłyby na mój odbiór lektury, bo książką i tak jestem zachwycona.

Wspomnieć trzeba jeszcze o systemie magii i w tym miejscu muszę zaznaczyć, że magii w Elantris prawie w ogóle nie ma. Jej system opiera się na rysowanych znakach, dawnym, zapomnianym języku, którego poszczególne słowa dają określony efekt. Skąd Sanderson wziął na to pomysł? Ze sposobu, w jaki koreański i chiński oddziałują na siebie nawzajem jako pisane języki. Autor po raz kolejny udowadnia, że pomysły można czerpać absolutnie ze wszystkiego.

Fragment grafiki z chińskiej okładki

Elantris jest też bardzo pięknie wydane. Książka jest w twardej oprawie i z tasiemką, a w środku znajdziemy kolorową mapkę jako wklejkę, dowcipną przedmowę przyjaciela Sandersona (z której dowiadujemy się, że miasto pierwotnie miało nazywać się Adonis i autor kompletnie zapomniał, że jest to postać z mitologii greckiej. Po prostu słowo mu fajnie brzmiało), standardowo Ars Arcanum, a także wycięte sceny z Elantris, ciekawe postscriptum od autora oraz krótki rozdział z Hoidem na samym końcu.

Książkę oczywiście gorąco polecam, bo to fenomenalna powieść, a samo nazwisko Sandersona gwarantuje już określoną jakość z najwyższej półki. Na koniec zacytuję fragment z przedmowy, bo Dan Wells idealnie ujął to, czego sama nie potrafiłabym przekazać: Brandon zawdzięcza dużą część swojego sukcesu — powiedzmy połowę — uporowi, by to malutkie opowieści o ludziach wewnątrz epickiej historii czyniły ją wartą czytania. (...) Brandon opowiada wielkie historie, ale ich fundamentem są te małe i osobiste. I takie właśnie jest Elantris.


W serii:
1. Elantris
1.5 Dusza Cesarza



05 grudnia

05 grudnia

O smokach i ludzkiej chciwości. "Ogień przebudzenia" Anthony Ryan

O smokach i ludzkiej chciwości. "Ogień przebudzenia" Anthony Ryan

Anthony Ryan przebył długą drogę do miejsca, w którym jest obecnie. Zadebiutował w 2011 roku powieścią Pieśń Krwi, która rozpoczynała Trylogię Kruczy Cierń, a którą to żaden wydawca nie chciał wydać. Autor więc zrobił to sam. Powieść okazała się jednak takim hitem, że już wkrótce podpisał on umowę z jednym z większych wydawnictw w Wielkiej Brytanii. Niewątpliwie jest to ciekawa historia, na którą mimowolnie zwraca się uwagę: to takie od zera do bohatera, czyli opowieść o spełnianiu marzeń.

W Polsce za wydawanie tej Trylogii wzięło się wydawnictwo Papierowy Księżyc. Za granicą jest ona już skończona, ale my wciąż czekamy na nasze wydanie trzeciego tomu (dla zainteresowanych: podobno ma być w lutym). Natomiast w lipcu tego roku wydawnictwo Mag uraczyło nas pierwszym tomem drugiej już serii Ryana o wielce intrygującym tytule Draconis Memoria. Tak, moi drodzy. Tutaj będą smoki.

Recenzja zawiera delikatne spoilery. 
EDIT: Ostrzegam też przed dużymi spoilerami w komentarzach.

Przeczytanie Ognia przebudzenia wcale nie przyszło mi tak łatwo. Kto śledzi mnie na instagramie albo goodreads ten wie, że z książką miałam niejaki problem. I kończąc ją czytać wciąż mam do niej bardzo ambiwalentny stosunek. Widzicie, Anthony Ryan zastosował tutaj tyle ogranych schematów, że w pewnym momencie po prostu zaczęło mnie to bawić. Na przykład czarny charakter tej książki z wielką radością w chwili zdemaskowania wyjawi Ci, jak bardzo niecne i ambitne miał plany. Zagrażający naszym bohaterom wrogowie zginą w wyniku bardzo wygodnego przypadku w bardzo widowiskowej scenie. I to nawet nie raz, ponieważ zawsze w chwili największego zagrożenia jakimś cudem pojawi się nieoczekiwana pomoc. Nawet dostaniemy kompletnie z czapy wzięty romans tylko po to, by na końcu było więcej dramy. Właściwie czytając tę książkę ma się wrażenie, że oglądamy film ze scenami, które wszyscy już wielokrotnie widzieliśmy. 

Ech.

Wiecie, na ogół nie mam problemu z takimi rzeczami o ile książka jest dobrze napisana i potrafi mnie zakotwiczyć w fabule. Wtedy nawet za bardzo się na takie rzeczy nie zwraca uwagi. Ogień przebudzenia jednak nie potrafił tego zrobić przez ponad pół książki, a wyżej wymienione przypadki bardzo rzucały mi się w oczy. Sama fabuła też jest prosta jak budowa cepa: ot, mamy grupę ludzi, która stanie w obliczu straszliwego zagrożenia i ostatecznie (chociaż już nie w tym tomie) będzie musiała ocalić świat. Zagrożeniem będą właśnie smoki, które hodowane i traktowane wyłącznie jako źródło cennego produktu, a więc smoczej krwi, najpierw zgotują ludziom kryzys ekonomiczny, gdy tej krwi zacznie brakować, a potem staną się zagrożeniem samym w sobie.


Od razu zaznaczę, że książka nie jest złożona z samych wad, za to ma bardzo dużo klisz, które wyjątkowo tym razem działały mi na nerwy. Nie zrozumcie mnie źle — ja naprawdę lubię fantasy w klasycznym stylu i nawet jeśli coś już było, ale czyta się to dobrze, to nie mam zastrzeżeń. Ogień przebudzenia nie jest źle napisany, ale przeraźliwie się dłuży. Pierwsza połowa tej książki jest całkiem pozbawiona dynamizmu, do tego opisy są bardzo drobiazgowe i opisujące ci punkt po punkcie, co autor miał na myśli. W efekcie niby coś się dzieje, ale zasadniczo masz to gdzieś i czytasz to, żeby czytać, z westchnieniem spoglądając na wolno ubywające strony. Wszystko rozwija się w iście ślimaczym tempie, ale kiedy akcja w końcu powoli zaczyna się rozkręcać na wszystkich trzech frontach, to sytuacja na szczęście ulega poprawie i książkę czyta się znacznie przyjemniej. Ale właściwie do końca los bohaterów był mi obojętny i żadnych cieplejszych uczuć do nich wykrzesać z siebie nie potrafiłam.

Napisałam, że akcja rozwija się na wszystkich trzech frontach, ponieważ w książce mamy trzech narratorów — i jednocześnie trzy zupełnie różne od siebie klimatem wątki. Ze strony Claydona, złodzieja, który wychował się w najgorszej dzielnicy miasta otrzymamy powieść przygodową. Jego drużyna wyruszy na wyprawę mającą na celu odnaleźć mitycznego białego smoka. Podporucznik Corrick Hilemore służący na okręcie wojennym Żelaznego Syndykatu umili nam czas morskimi wojażami. Ostatni punkt widzenia otrzymamy z damskiej perspektywy, ponieważ narratorką jest Lizanne, kobieta-szpieg, którą najbardziej obrazowo można opisać przy użyciu sformułowania James Bond w spódnicy.

Bardzo podoba mi się w tych narracjach to, że one zupełnie na siebie nie nachodzą. Każda z postaci ma swoją własną historię do opowiedzenia i nie napotkamy tutaj żadnych powtórzeń. Nie oddziałują one bezpośrednio na siebie, ale pośrednio jak najbardziej, i wychwycić można wpływ wydarzeń w jednym wątku na drugi. Miłe jest też to, że owe narracje zupełnie się od siebie różnią stylem i, jak wspomniałam wyżej, klimatem. Hilemore to żołnierz z mocnym kompasem moralnym, toteż tutaj możemy się spodziewać militarnego wątku, gdzie przewodzić nam będzie ktoś o bardzo silnym poczuciu sprawiedliwości i honoru. Lizanne to szpieg, więc poczytamy sobie o intrygach, polityce i tym wszystkim, na co szpieg zwraca uwagę, a Claydon z kolei zaoferuje nam surową wyprawę w otoczeniu twardych najemników, którzy bardzo cenią sobie raz dane słowo i ustalone zasady. Wszystko to w steampunkowej otoczce oraz — rzecz jasna — w towarzystwie smoków.


Smoki stanowią zaś główną oś fabuły książki Ryana. Mamy ich cztery typy: zielone, czerwone niebieskie oraz czarne, każde o innych cechach i sposobach walki w zależności od koloru. Kto spodziewa się inteligentnych, dostojnych stworzeń ten się rozczaruje: smoki są tutaj sprowadzone raczej do roli wielkich i niebezpiecznych zwierząt. Na smokach opiera się też system magiczny Ognia przebudzenia, ponieważ upuszczając ich krew i pijąc ją można dostać supermocy — i tutaj znów to, jakich supermocy dostaniemy zależy od tego, jakiego koloru smoka krew wypijemy. Rzecz jasna nie każdy tak może, bo to byłoby bez sensu, istnieje więc grupa wybranych, których zwie się Błogosławionymi. Od razu nasuwa się skojarzenie do systemu magicznego w serii Z mgły zrodzony Brandona Sandersona, gdzie wyjątkowych umiejętności mogliśmy dostać wypijając zawartość fiolek z określonym metalem. Jeśli ktoś jednak się zastanawia, czy tych podobieństw między dwoma autorami jest więcej, to zdecydowanie mówię nie. To kompletnie inne książki, inne historie i inny styl pisania.

Jestem za to pod wielkim wrażeniem postaci kobiecych w tej książce. Wiecie, to bardzo rzadko się zdarza, kiedy autorowi wychodzą one tak dobrze, jak tutaj. Jest ich dużo, bardzo często pełnią istotne role i stoją na równi z mężczyznami w takim sensie, że one też walczą, szpiegują, są najemnikami, a nawet dowódcami — i jest to zupełnie normalne. Nie dzieje się to w tle, ale te kobiety aktywnie uczestniczą w fabule. Dzięki temu Anthony Ryan ogromnie sobie zyskał w moich oczach, bo fajnie jest poczytać o dobrze skonstruowanych kobiecych bohaterach. Całkiem dobrze wychodzi mu też tworzenie postaci ogółem. W książce jest ich istne mrowie i nawet Ci drugoplanowi mają swoje charaktery i historie, nie da się ich ze sobą pomylić.

Pochwalić muszę również świat, którego historia sięga ileś tam lat wstecz, mamy jakąś różnorodność kulturową, państwa, które mają swoje zatargi... generalnie widać, że całość jest przemyślana, zbudowana z rozmachem i aspirująca do miana epickiego fantasy, no i przede wszystkim są tutaj smoki, które, choć przedstawione w gruncie rzeczy tylko jako zwierzęta, to jednak gdzieś tam sugeruje się nam, że jest za tym coś więcej. Gdyby tylko nie te chwyty poniżej pasa, gdyby autor pisał bardziej dynamicznie, gdyby potrafił lepiej czytelnika do siebie przekonać, to ja byłabym naprawdę usatysfakcjonowana i z czystym sercem polecała książkę każdemu.

Ogień przebudzenia jest więc lekturą, której dalsze losy mimo wszystko będę śledzić, ponieważ nie potrafię tak po prostu rzucić tej serii w kąt i nie zobaczyć, jak to się rozwinie. Książka z pewnością ma swoje wady, ale ma też zalety i to tylko od Ciebie, drogi czytelniku zależy, co przemawia do Ciebie bardziej. Nie jest to do końca klasyczne fantasy, ale na pewno zapewni rozrywkę na długie godziny, bowiem końca tej historii na razie w ogóle nie widać. Ogień przebudzenia jest zaledwie preludium do czegoś większego. Poleciłabym książkę do sprawdzenia tym, którzy szukają niewymagającego fantasy z fajnym światem, konfliktem na wielką skalę, interesującymi bohaterami i smokami. Bo kiedy przymknąć oko na powtarzalność pewnych motywów, to książka prezentuje przyjemny początek epickiej serii fantasy, która łączy ze sobą smoki i steampunk. A to jest warte uwagi.

P.S. Mam wrażenie, że moje teksty są coraz dłuższe. Przepraszam?


W serii: 
1. Ogień przebudzenia



27 września

27 września

Między dwoma Londynami. "Nigdziebądź" Neil Gaiman

Między dwoma Londynami. "Nigdziebądź" Neil Gaiman

Zaczynając swoją przygodę z prozą Neila Gaimana wiedziałam tylko tyle, że to ten pan, który napisał wspólnie z Pratchettem Dobry Omen. Potem z przedmowy Gaimana do Kiksów Klawiatury dowiedziałam się, że Ci panowie właściwie byli przyjaciółmi. Jeszcze później odkryłam, że film Gwiezdny pył, który bardzo lubię, w istocie jest ekranizacją książki Gaimana. W efekcie coraz bardziej byłam zainteresowana zarówno osobą autora, jak i jego książkami, aż wreszcie postanowiłam coś z tym zrobić i sięgnęłam po Koralinę.

W tym miejscu mogę wam powiedzieć, że Koralina nie jest najlepszą książką na początek znajomości z twórczością Gaimana. To dlaczego dałaś jej osiem gwiazdek?, zapytacie, a ja wam odpowiem, że to dobra książka i czytało mi się ją świetnie, ale oceniałam ją z wiedzą, że... no właśnie, że jest to książka docelowo przeznaczona dla młodszego czytelnika. Bogata w nowe doświadczenia mogę stwierdzić, że w ogóle nie widać w niej pełni możliwości autora. To zaledwie przystawka do głównego dania. Nie wiem, czy tym głównym daniem jest Nigdziebądź, kiedy to dopiero moja druga książka autora, czy też w jego dorobku jest coś jeszcze lepszego (Amerykańscy bogowie?), ale na ten moment Nigdziebądź jest dla mnie posiłkiem, którego się nie zapomina. Dzięki tej książce na kilka godzin przeniosłam się do świata pełnego magii; do świata, którym się zachłysnęłam.

Drogi pamiętniku. W piątek miałem pracę, narzeczoną, dom i sensowne życie, o ile w ogóle życie może mieć sens. Potem znalazłem na chodniku ranną, krwawiącą dziewczynę i próbowałem zostać dobrym Samarytaninem. Teraz nie mam narzeczonej, domu ani pracy i wędruję sto metrów pod ulicami Londynu z perspektywą życia krótszego niż jętka o skłonnościach samobójczych.

Akcja Nigdziebądź rozgrywa się w Londynie, a właściwie w dwóch Londynach: Londynie Pod oraz Londynie Nad. Ten drugi jest nam dobrze znany z autopsji, ponieważ to świat, z którym mamy do czynienia na co dzień. Londyn Pod natomiast jest przed nami ukryty; to tutaj istnieje magia, szczury porozumiewają się z ludźmi, w labiryncie żyje Bestia, a w pociągu metra swój dwór ma stary Hrabia. W Londynie Pod trzeba wyłączyć rozsądek i logikę - w tym świecie możliwe jest wszystko. Głównym bohaterem książki jest Richard, który żyje w Londynie Nad, ma własne mieszkanie, stabilną pracę w korporacji i piękną, ambitną narzeczoną, czyli wszystkie te rzeczy, które powinien posiadać przykładny, twardo stąpający po ziemi dorosły człowiek. Jednak pewnego dnia śpiesząc wraz z Jessicą na ważną kolację, napotyka na swojej drodze ranną, ściganą przez zabójców dziewczynkę imieniem Drzwi. Wbrew oburzeniu narzeczonej postanawia jej pomóc i od tej pory nudny, acz solidny świat Richarda zostaje całkowicie wywrócony do góry nogami.


Nigdziebądź to bardzo baśniowa historia, która jednocześnie pełna jest makabry. Za jej głównych sprawców uchodzą dwaj sadystyczni, płatni mordercy, którzy ujmują nas swoim dowcipem (albo wręcz przeciwnie) i kurtuazją. Kreacja Croupa i Vandemara to coś, co absolutnie przypadło mi do gustu, bo uwielbiam takie groteskowe postacie. Jednak nie tylko oni przykuwają naszą uwagę, bo równie fantastyczną postacią jest Markiz de Carabas, cyniczny łotr i oszust rozkochany w swoim płaszczu, który zobowiązuje się pomóc damie w opresji, a więc ją zdeopresjować. Sam Richard jest natomiast postacią, z którą identyfikować się może każdy z nas. To człowiek zupełnie zwyczajny, który rozpaczliwie trzyma się rozsądku i próbuje przetrwać w oparach absurdu, w których nagle się znalazł. A na koniec autor stawia i jemu i nam pytanie, czy szare, nudne życie przeciętnego Kowalskiego zamknięte w ścisłych ramach narzucanych nam przez społeczeństwo to wszystko, czego powinniśmy w życiu pragnąć. Bo może jednak chodzi w nim o coś więcej?

Pan Croup podniósł słuchawkę. Sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie. 
- Croup i Vandemar - warknął. - Oczu wydłubywanie, nosów łamanie, języków rozrywanie, podbródków rozbijanie, gardeł podrzynanie.

Swoje odczucia po lekturze Nigdziebądź mogę tak naprawdę porównać do Harry’ego Pottera. Z tym że pomiędzy tymi dwoma książkami jest jedna, zasadnicza różnica, a jest nim mój wiek. Kiedy zaczynałam czytać przygody o młodym czarodzieju mając te jedenaście, dwanaście lat nagle odkryłam, że w świecie dobrze mi znanym może istnieć magia. Że tuż obok mnie mogą żyć czarodzieje, trzygłowe psy, olbrzymy i smoki, że może ja też pewnego dnia dostanę list z Hogwartu. I nie chodzi mi tutaj o to, kto Pottera lubi a kto nie, kto uważa go za dobrą książkę a kto nie - chodzi mi o samo wrażenie, jakie zostało wywarte na dzieciaku z podstawówki, którego głowa nagle wypełniła się magicznymi stworzeniami i czarodziejami, którzy też chodzą do szkoły. Nigdziebądź sprawił, że poczułam się podobnie, z tym że tutaj odnieść mogłam się do zwykłego, szarego pracownika korporacji.

Gaiman pisze prosto, acz przewrotnie, bawiąc się słowem. Niby korzysta ze znanych motywów, ale wychodzi mu coś, co z miejsca nas oczarowuje i wciąga z siłą, której ciężko się oprzeć. Jego styl jest lekki, swobodny, pełno w nim ironii i humoru z pewną dozą groteski i makabry. Pisząc Nigdziebądź Neil Gaiman chciał stworzyć baśń dla dorosłych, która wywarłaby na nas takie samo wrażenie, jakie baśnie wywierają na dzieci i na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że w pełni mu się to udało. Po tej książce ja jestem całkowicie kupiona i nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po więcej. Aczkolwiek mam wrażenie, że z Gaimanem jak Pratchettem: zbyt duża ilość w krótkim czasie szkodzi, i trzeba dawkować z umiarem.


P.S. Pierwotnie Nigdziebądź było serialem telewizyjnym.
P.S2. To wydanie zawiera wstęp Neila Gaimana oraz opowiadanie O tym jak markiz odzyskał swój płaszcz.




05 sierpnia

05 sierpnia

O magii pełnej światła. "Czarny Pryzmat" Brent Weeks

O magii pełnej światła. "Czarny Pryzmat" Brent Weeks

Brent Weeks debiutował w 2008 roku trylogią Nocny Anioł, której pierwszy tom ukazał się w Polsce w 2009 roku nakładem wydawnictwa MAG. Czarny Pryzmat rozpoczyna jego drugą serię fantasy, tj. Sagę Powiernika Światła. Cykl liczy sobie w tej chwili cztery tomy, a planowany jest jeszcze jeden. Brent Weeks to dość popularny i wysoko oceniany autor, nie jest więc dziwne że ja, jako fanka fantastyki, w końcu natknęłam się na jego książki. Spotkanie to jednak nie wypadło dość dobrze. Dużo oczekiwałam po tym autorze, który jest porównywany do Sandersona, a po przeczytaniu książki mogę stwierdzić, że tę dwójkę porównywać można tylko pod względem kreacji świata. 

Czarny Pryzmat to opowieść złożona i wielowątkowa. Historię rozpoczynamy z perspektywy Kipa, grubego, pierdołowatego chłopca, którego wioska została zaatakowana przez samozwańczego króla Garadula, by zrobić z nich przykład. Kip będzie próbował przeżyć, a chwilę potem okaże się, że jest synem Bardzo Ważnego Człowieka, o czym, rzecz jasna, nie wiedział. Powieść poznajemy też z perspektywy Karris, czarnogwardzistki, twardej żołnierki, która jest jedną z lepiej wykreowanych postaci kobiecych w tej książce, a także od strony młodej Liv, córki generała Danavisa, która w stolicy Chromerii uczy się na krzesicielkę. Na pierwszy plan wysuwa się jednak tytułowy Pryzmat, Gavin Guile, który jest postacią ze wszech miar niejednoznaczną. Nie można jasno określić, czy jest on dobry, czy zły; trudno nawet stwierdzić, czy się go lubi, czy nie. Gavin Guile jest najpotężniejszym krzesicielem swoich czasów, który jako jedyny włada całym spektrum barw. Ze względu na swoją moc jest Pryzmatem, cesarzem, choć tak naprawdę jedynie figurantem i nie sprawuje realnej władzy. Przy okazji jest też nieprzyzwoicie bogatym, przystojnym i charyzmatycznym mężczyzną, w łóżku którego chciałaby znaleźć się niemal każda niewiasta. 

- Jesteś świetny, Kip. To jak zmęczenie młodszego brata, którego nigdy nie miałam. 
Och, porównanie do młodszego brata. Każdy facet chce usłyszeć coś takiego od pięknej dziewczyny. Właśnie mnie wykastrowała.

Generalnie w książce znajduje naprawdę bogata ilość postaci i nie sposób wymienić każdej. Większość jest wykreowana porządnie, każda z nich ma swój indywidualny charakter, a jest ich taka ilość, że każdy znajdzie kogoś dla siebie. Najmocniejszą postacią jest niewątpliwie sam Gavin, ale na uwagę zasługuje też Żelazna Pieść, umięśniony dowódca z poczuciem humoru, który mocno skrywa, oraz genialny strateg, generał Danavis. Fabuła jest po brzegi wypchana intrygami, spiskami, i nie wszystko jest tutaj takie, jak się wydaje. Mamy wojnę, sceny batalistyczne, trochę politykowania, manipulowania ludźmi, humor i przygody. W pierwszej części autor raczej nas wprowadza w swój świat i wyjaśnia mechanizmy jego działania, w drugiej jest znacznie więcej akcji. Brent Weeks miał naprawdę świetny pomysł na system magii, który opiera się na świetle, oraz na sam świat z jego intrygami, pomniejszymi wojenkami między państwami, które wciąż żywią o coś urazę i chcą ugrać jak najwięcej dla siebie, oraz wiarą w Orholama, Pana Światła. Magia w Czarnym Pryzmacie w skrócie polega na tym, że obdarzona mocą osoba (krzesiciel) może krzesać jeden albo dwa kolory, ale zawsze jest też obecny jeden Pryzmat, który krzesa wszystko (taki Z mgły zrodzony, haha). Autor dobrze to sobie obmyślił, wprowadzając też mnóstwo niuansów, takich jak to że krzesanie zielonej barwy odpowiada dzikości, a większość kobiet to superhromatki co sprawia, że świetnie rozróżniają kolory.

Grafika ze starej okładki

No dobrze, więc przejdźmy teraz do tego, w czym tkwi problem. Jednym z moich głównych zarzutów do książki Brenta Weeksa jest niespójność bohaterów. Na przykład taki Kip. Chłopak bardzo często podejmuje kompletnie niedorzeczne decyzje tylko po to, by autor miał o czym pisać i by popchnąć fabułę do przodu. Nie wiem, co innego mogłoby stać za decyzjami Kipa, ale na pewno nie logika i instynkt przetrwania. Chłopak radośnie pcha się do obozu wroga, odzywa się wtedy, kiedy naprawdę nie powinien, robi sobie wrogów przez bezczelne i pyskate odzywki, które są tak bardzo nie na miejscu, że aż rażą, nie szanuje autorytetów i tradycji, chociaż sam jest tylko małym trybikiem w wielkiej maszynie. Kip ma też ogromne skłonności do użalania się nad sobą, przy czym to użalanie przewija się kilkukrotnie przez całą książkę i zazwyczaj dotyczy tego samego, więc w pewnym momencie naprawdę można mieć tego dość. W niespójności towarzystwa dotrzymuje mu Liv, młoda dziewczyna uczona w Chromerii na krzesicielkę, która wesoło przyklaskuje głupim decyzjom Kipa i sama podejmuje równie idiotyczne. Za szczyt uznałam to, że ma pretensje do ojca kiedy ten zgodził się pracować dla wroga, co nie przeszkadza jej w owym wrogu się podkochiwać. Ręce opadają.

- Dobrze - powiedział Kip. - Przynajmniej mamy tu nad czym popracować. Jak na pocałunek wyszło to trochę niezdarnie, ale rozumiem twój zapał. I rozumiem, że jak ma się taki pysk jak twój, to nie często nadarza się okazja do ćwiczeń. Ale powiedziałem, żebyś mnie pocałował w tyłek. W tyłek. Nie w twarz. Tyłek. Twarz - Kip wskazywał odpowiednie części ciała. - Jest różnica. Spróbuj jeszcze raz, ale tym razem z uczuciem.

Inną sprawą jest pewna toporność w tłumaczeniu swojego świata. Bardzo rzadko mam problemy ze zrozumieniem nowego systemu magii, ale tutaj naprawdę szło mi to opornie i nie wiem, co jest tego powodem. Może przesadna drobiazgowość? Może to, że jak już dostawaliśmy informacje o świecie, to byliśmy zarzucani informacjami na kilka stron? Dodatkowo czasem miałam wrażenie, że autor nie bardzo przemyślał sobie historię, którą chce opowiedzieć. To znaczy w szerszej perspektywie przemyślał sobie wszystko, świetnie zbudował intrygę (która, nawiasem mówiąc, jest potężna, chociaż zadziwiająco łatwo można tutaj oszukać ludzi), ale dorabiając kolejne warstwy powieści czasem zapominał, co napisał wcześniej. Przez to zdarzają się momenty, gdzie autor sam sobie zaprzecza. Przykład: bohater Z mówi, że jego oszustwo może odkryć tylko bohaterka X. Parę stron dalej już twierdzi, że zdemaskować go mogą tylko bohaterowie poprzedniej wojny, którzy siedzą w danej sali. Nie chciało mi się już grzebać i wypisywać kolejnych przykładów, ale zdarzały się sytuacje w których czułam, że coś mi nie gra i chyba wcześniej autor pisał co innego.

A tu grafika z innego, angielskiego wydania

Książki Brenta Weeksa nie czytałam z przesadnym entuzjazmem. I nie mówię tu o wcześniejszych moich zarzutach, ale chodzi mi o styl autora. Bo widzicie, z jednej strony naprawdę chciałam wiedzieć, co będzie dalej i o co w tym wszystkim chodzi, ale z drugiej zupełnie nie chciało mi się tego czytać. I to nie tylko ja, ponieważ Kam, która czytała tę książkę przede mną miała identyczne odczucia. Myślę że tą niechęć do czytania mogą powodować dłużyzny, opisywanie scen od a do z, bo niektóre fragmenty naprawdę można było skrócić czy przyśpieszyć. I tak oto moi drodzy wychodzi nam taka cegiełka na 800 stron. Inna sprawa to język. Nie wiem, czy jest to wina tłumaczenia czy tak też jest w oryginalne, ale powieść Brenta Weeksa przypomina mi literaturę młodzieżową. Bohaterowie czasem używają młodzieżowego slangu, jest mnóstwo zwrotów nowoczesnych, szczególnie w dialogach, a całość jest napisana bardzo prostym językiem. Dodatkowo autor zwraca uwagę na kobiecą aparycję tak, jak robił by to nastolatek. Bardzo często zdarzają się wstawki, że Kip gapi się na jej pierś, ale nie chce i nie powinien, co nie przeszkadza mu zerknąć sobie znowu, bo ona taka piękna, co z tego że wokół leje się krew i padają trupy. Właściwie narracja z perspektywy Kipa jest dość... rubaszna (żarty z kobiecą bielizną, potykanie się tak, że akurat wpada między piersi) i prawdopodobnie miało to śmieszyć. Drugi zasób żartów dotyczy samego Kipa i wyśmiewania się z jego tuszy i pierdołowatości. Cóż, mnie to wszystko nie śmieszyło.

Niektórzy ludzie nie radzą sobie z mocą, z władzą. Niektórzy ludzie wydają się przyzwoici, dopóki nie dasz im niewolnika, bo wtedy okazują się tyranami, biją go i gwałcą. Władza to próba. Wszelka władza i moc to próba.


Podsumowując, autor miał naprawdę fajny i ciekawy pomysł na książkę, stworzył fantastyczną intrygę, co do której chce się poznać, jak to wszystko się skończy i o co tu w ogóle chodzi, ale wykonanie wyszło mu dużo gorzej. Jego system magii jest oryginalny i stoi na wysokim poziomie, świat zbudowany jest solidnie, bohaterów przez książkę przewija się mnóstwo, widać, że jest to fantasy na większą skalę. A jednak ja czuję się rozczarowana, bo oczekiwałam czegoś… bardziej na poważnie, czegoś zbliżonego do poziomu Sandersona, a dostałam taki misz masz z literaturą młodzieżową. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego seria i sam autor cieszy się dużą popularnością, ale ja sama mam bardzo mieszane odczucia w stosunku do tej książki i nie potrafię określić, czy ona mi się podobała, czy nie. Teoretycznie książka ma w sobie wszystko to, co lubię w literaturze fantasy (oryginalny system magii, plejada barwnych bohaterów, humor, sceny batalistyczne, intryga, rozmach...), ale wykonanie odebrało mi przyjemność z czytania. Pewnie i tak sprawdzę, co będzie dalej, chociaż na kolejne tomy Sagi Powiernika Światła patrzę trochę z rozpaczą, bo są grubsze niż tom pierwszy. Serię polecałabym raczej młodszym fanom fantastyki, bo ma największe szanse trafić właśnie do nich. Polecam ją też osobom, które po prostu chcą przeczytać coś niezobowiązującego i prostego, ale jeśli razi was niespójność bohaterów i nie lubicie młodzieżówek, to lekturę bym odradzała.



P.S. Polecam też zajrzeć do recenzji tej książki u Wiedźmy z bloga Wiedźmowa Głowologia :)



26 lipca

26 lipca

Daj się porwać wyobraźni. "Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy" Catherynne M. Valente

Daj się porwać wyobraźni. "Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy" Catherynne M. Valente

Opowieści sieroty to pierwsza książka z serii Uczta Wyobraźni wydawanej przez MAG, która wpadła mi w ręce. Pełny tytuł części pierwszej nosi nazwę Opowieści Sieroty. W ogrodzie nocy. I chociaż na początku strasznie ciężko było mi wgryźć się w tą powieść i czerpać z niej przyjemność, to po jej skończeniu czułam ogromną satysfakcję. Jeśli miałabym opisać tę książkę jednym zdaniem, to powiedziałabym, że idealnie pasuje do nazwy serii. Autorka dała tutaj prawdziwy popis wyobraźni.

Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy to mnóstwo pomniejszych historii, które opowiada księciu mieszkająca w ogrodzie samotna dziewczynka. To sierota, której ludzie się boją uważając ją za demona. Książę natomiast to młody chłopak, który cierpiąc na nadmiar wolnego czasu wymyka się z pałacu. W zamian za historie wytatuowane tuszem na powiekach dziewczynki, książę przynosi jej jedzenie i dotrzymuje towarzystwa. Różni ich wszystko, ale łączą ich opowieści. Opowieści fascynujące, pełne wymyślnych stworzeń i historii, których nie powstydziłby się niejeden baśniopisarz. Książka dzieli się na dwie księgi, a każda z nich stanowi jedną, większą opowieść. Pierwsza z nich to Księga Stepu, w której nadrzędnym bohaterem jest inny książę, Leander. W drugiej jest to blada dziewczynka o imieniu Śnieg, a księga nosi nazwę Księgi Morza.

Zacznijmy od tego, że Opowieści sieroty to powieść szkatułkowa. Nasza dziewczynka opowiada księciu historię o Leandrze, ale w tej historii ktoś inny opowiada historię Leandrowi, i tak kilka poziomów w dół. Właściwie każda z historii jest przez kogoś opowiedziana, i w tej opowiadanej części ktoś inny rozpoczyna snuć kolejną opowieść. To taka opowiadaniowa incepcja, a wątków w książce jest mnóstwo. Przez taki zabieg bardzo łatwo się w książce pogubić i potrzeba do niej dużego skupienia. To z kolei może zmęczyć i stanowić dla czytelnika barierę. Za to satysfakcja z tego, że w historii znajdziemy odniesienia do innej, a nawet rozpoznamy bohatera zanim padnie jego imię, jest ogromna. Losy bohaterów przeplatają się ze sobą, tworząc spójną całość, wszystko ładnie się zazębia i tak naprawdę dopiero pod koniec widać, jak wielki ogrom pracy autorka musiała włożyć w napisanie Opowieści sieroty. Warto dodać, że historie nie łączą się tylko w granicach poszczególnej księgi, bowiem bohaterów z pierwszej możemy odnaleźć w drugiej.

źródło
W książce można przeczytać o przeróżnych dziwach. Znajdziemy tutaj Gwiazdy, które żyją wśród nas, zmieniające kształt wiedźmy, królów czapli, czarowników, bóstwa, selkie, leukrottę, gryfy, centaury, ogniste ptaki.. wymieniać można naprawdę długo. To w połączeniu z pięknym, bogatym językiem autorki oraz pewnymi wartościami, które nam przekazuje, nadaje całości kształt baśni. Zarówno budowa książki, jak koncepcja opowieści snutych księciu przez dziewczynkę przypomina Baśnie tysiąca i jednej nocy, tylko w takiej wersji fantasy. Opowieści sieroty mają cudowny, magiczny klimat, gdzie naprawdę można poczuć się jak skryty w ogrodzie chłopiec, zafascynowany ogromną ilością egzotycznych historii, które uzależniają i których chce się więcej. Swoje robi też niezwykle barwny język autorki. Catherynne M. Valente snuje swoją opowieść w sposób wręcz poetycki, stosując niezliczone ilości pięknych, lecz prostych porównań, które mocno działają na wyobraźnię. Niestety taki język na dłuższą metę mnie męczył i nie potrafiłam czytać Opowieści zbyt długo za jednym zamachem. Po skończeniu książki czuję przesyt, ale jednocześnie bardzo ciepło ją wspominam. W pierwszym tomie nie wyjaśnia się nic o dziewczynce, księciu ani losach świata, toteż by dowiedzieć się, o co chodzi, będzie trzeba sięgnąć po tom drugi. Z pewnością to zrobię, ale nie za szybko. W książce nie ma porywającej akcji, całość opowiadana jest nieśpiesznie i myślę, że w taki właśnie sposób trzeba też ją czytać.


Zawsze mamy kogoś, kto według nas świeci jaśniej niż my, i uważamy, że nie jesteśmy nawet księżycem ich słońca, tylko martwym kamieniem unoszącym się w kosmosie obok ich złota i blasku.

Podsumowując, jestem pod ogromnym wrażeniem stylu Catherynne M. Valente jak i Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy, ale paradoksalnie książka mnie zmęczyła. To trudna lektura, ale bardzo satysfakcjonująca gdy już dobrniemy do końca. Polecam ją wszystkim tym, którzy szukają nietuzinkowych historii fantasy jak i prawdziwej uczty wyobraźni. Ostrzegam tylko, że szybko możecie się lekturą zmęczyć - odłóżcie ją wtedy na chwilę i dajcie sobie moment wytchnienia. Szczególnie ciężko jest przebrnąć przez początek, ale w ostatecznym rozrachunku naprawdę warto.
 


Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger