Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2017. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2017. Pokaż wszystkie posty

03 stycznia

03 stycznia

Podsumowanie roku. Najlepsze i najgorsze książki 2017. Pierwsze urodziny bloga!

Podsumowanie roku. Najlepsze i najgorsze książki 2017. Pierwsze urodziny bloga!

W ten wyjątkowy dla mnie dzień publikuję podsumowanie ubiegłego roku. Pierwotnie miało się ono ukazać w ostatnim dniu 2017, ale zamiast tego wrzuciłam wtedy podsumowanie miesiąca. Podsumowanie roku przesunęłam na 1 stycznia, ale nie dałam rady go na ten dzień ogarnąć. Na wczoraj też się nie udało. W końcu jest dzisiaj.  W pierwsze urodziny mojego bloga.

Podsumowanie podzieliłam na cztery części. W pierwszej, którą nazwałam czytelniczą, przyjrzymy się temu, ile książek przeczytałam i dlaczego tak dużo. W części drugiej będzie trochę prywaty i smęcenia, a w trzeciej będziemy się radować, że Misie czytanie podoba ma już rok.

Czwarta część poświęcona jest najlepszym i najgorszym książkom, które miałam okazję przeczytać w ubiegłym roku.

Zapraszam!


Część czytelnicza

Lubię statystki i swoje książkowe postępy notuję w trzech miejscach: na lubimy czytać, na goodreads i we własnym zeszycie. Goodreads natomiast publikuje bardzo fajne podsumowanie roczne i zamierzam się tutaj nim posiłkować. Wynika z niego, że w 2017 przeczytałam w sumie 69 książek. To trzy razy lepszy wynik niż za 2016 rok, kiedy to przeczytałam 21 książek.

Dlaczego tak bardzo wystrzeliłam do góry z ilością? Składa się na to kilka czynników. Widzicie, odkąd poszłam do liceum, praktycznie w ogóle przestałam czytać. Miałam straszny kryzys, próbowałam czytać chociaż te lektury, ale i tak bardzo często kończyło się na tym, że sięgałam po streszczenia, bo a) nie przeczytałam lektury w ogóle, b) nie wyrabiałam się przed klasówką. To trochę zabawne, że będąc na studiach z własnej woli chcę to teraz nadrabiać. W każdym razie kryzys trwał sobie w najlepsze pogłębiany jeszcze tym, że miałam w owym czasie bardzo mocną fazę na mangę i anime. Kiedy poszłam na studia, z kryzysu powolutku zaczęłam wychodzić. Ilość książek notuję mniej więcej od tego właśnie okresu, i te lata w liczbach prezentują się zawsze w okolicy 20-30 książek rocznie. W tym roku najwyraźniej kryzys minął mi w pełni. Co poradzić? Trzeba było przeczekać. :)


Dla wielu z Was nawet te 20-30 książek na rok to i tak jest dużo, i ja to rozumiem i szanuję. Absolutnie nie umniejszam. Sama jednak przed liceum czytałam w ilościach hurtowych i po prostu smucił mnie ten spadek formy, dlatego teraz strasznie się cieszę, że w końcu zaczęłam czytać więcej.

Drugim czynnikiem, który niesamowicie mnie wspomógł w czytaniu, jest blog. Pisanie o książkach, dzielenie się wrażeniami, uczestniczenie w dyskusjach, bycie częścią książkowej blogosfery naprawdę dużo daje. Napędza. Motywuje. Polecam Wam ten sposób, choć niekoniecznie chodzi tu o założenie bloga, ale raczej o bycie częścią jakiejś książkowej społeczności.

I jest jeszcze rzecz trzecia. W ostatnich dwóch miesiącach przerzuciłam się z czytaniem bardziej na czytnik. Kiedy zaczęłam czytać e-booki, moje tempo czytania wzrosło. Dlaczego — nie mam pojęcia. Może to te większe litery i komfort czytania? A może dlatego, że odchodzi element macania książki, kartkowania jej i spoilerowania sobie końcówek? Kto wie.. :)

No więc przeczytałam w sumie 69 książek, co daje 26 945 stron. Najkrótszą książką był Idealny Stan Brandona Sandersona, a najdłuższą Elantris Brandona Sandersona. Przypadek, że obie kategorie zamyka mi Sanderson?


Część osobista

Rok 2017 nie był u mnie rokiem wielu zmian, za to był rokiem wielu frustracji. Jest dużo rzeczy, które chciałabym w swoim życiu zmienić, ale jeszcze nie mogę. Jest też dużo takich, na które nie mam wpływu i wciąż się uczę, by się tym nie przejmować. A przynajmniej nie myśleć o tym za dużo.

Tak naprawdę o wielu sprawach zdecyduje rok, który teraz do nas zawitał. Będę w nim kończyć studia, czego bardzo się boję i jednocześnie nie mogę się doczekać. Obecny moment to już właśnie ten czas, kiedy człowieka łapie panika, że nie da rady, i najchętniej uciekłby gdzieś daleko (do Śródziemia!), gdzie nie trzeba się niczym przejmować. Ale potem przychodzi refleksja, że przecież nikt za mnie mojego życia nie przeżyje i uciekać nie można. Wraz z końcem studiów planuję również zmianę pracy, a potem, powolutku, będę myśleć o wyprowadzce. Będzie się działo. :)


Część blogowa. Misie czytanie podoba ma już rok!

Dokładnie tego samego dnia, tyle że rok wcześniej, opublikowałam pierwszy, historyczny wpis na tym blogu. Był on o Stopie prawa Brandona Sandersona i szczerze mówiąc, kiedy teraz go czytam, łapie mnie mocne zakłopotanie. Żywię mocną nadzieję, że mój styl pisania przez ten rok nieco się poprawił i że przemycam do swoich wpisów dość informacji, byście mogli zdecydować, czy książkę warto przeczytać, czy lepiej sobie odpuścić. Wciąż staram się poprawiać, zwracać uwagę na więcej rzeczy podczas czytania książki, robić dobry reaserch, z uporem maniaka po kilka razy sprawdzam literówki i błędy ortograficzne w swoich tekstach, potrafię godzinę spędzić na doborze obrazków. Mój perfekcjonizm kiedyś wpędzi mnie do grobu.

Ale hej, to już rok! Cieszmy się! Ja się cieszę. :) Bycie tu z Wami jest niesamowitą przygodą w moim życiu, możliwość wejścia w dialog z innymi pasjonatami literatury to najlepszy aspekt blogowania, no i nie mogę powiedzieć, że cierpię na brak lektur, bo ciągle gdzieś znajduję coś wartego przeczytania. I choć często łapią mnie wątpliwości, czy warto prowadzić Misie czytanie podoba i poświęcać tyle czasu na przygotowywanie wpisów, i choć czasem jest ciężko i zdaje się, że nic nie ma sensu, to zawsze znajdzie się taka Kam, która mi powie, że dopóki sprawia mi to frajdę, to warto. Zawsze warto. Dlatego bardzo jej dziękuję, a Wam życzę takiego dobrego ducha, bo to nieoceniony skarb.

Podziękować chciałabym też wszystkim czytelnikom tego bloga. Statystyki ciągle lecą w górę, a ja wciąż nie mogę nadziwić się temu, że są osoby, które tu zaglądają. Szczególnie dziękuje tym, którzy komentują i dyskutują, bo uwielbiam czytać i odpowiadać na Wasze komentarze. Nie będę tutaj wymieniać konkretnych osób, bo na pewno kogoś pominę ale wiedzcie, że jesteście dla mnie ważni i mam nadzieję, że taki stan rzeczy będzie trwał jeszcze długo. :)

Statystyki roczne
Wyświetlenia: 26 790
Obserwatorzy: 122
FB: 79
Instagram: 486
Google Plus: 6
Ilość opublikowanych wpisów: 84
Najpopularniejszy wpis: Legimi - co jest i czy warto?
Oprócz tego opublikowałam jedną relację z Big Book Festival. Chciałabym, żeby w 2018 roku takie wydarzenia pojawiały się częściej. Zapoczątkowałam też Wyzwanie z klasyką i nawiązałam jedną stałą współpracę z wydawnictwem.

Jest dobrze.


Najlepsze książki



Trylogia Prochowych Magów, Brian McCllelan 
Fantasy, w której magia miesza się z prochem strzelniczym. Seria jest cudowna, dużo w niej akcji, pełnokrwistych bohaterów o silnych charakterach, są wątki detektywistyczne, rodzinne, jest trochę polityki, a nawet romansu. No i przede wszystkim jest to militarne fantasy, a ja mam do takiego straszną słabość.

Ziemiomorze, Ursula LeGuin 
W tym roku miałam przyjemność przeczytać całe Ziemiomorze autorstwa Ursuli LeGuin. Była to wyprawa cudowna, refleksyjna i bardzo symboliczna. Do tego język, jakim posługuje się autorka, jest przepiękny. Ziemiomorze pozwoliło mi się wyciszyć, nastroiło melancholijnie, dało pretekst do zadumy nad kilkoma sprawami. Jest to klasyka fantasy, którą warto znać i którą polecam wszystkim niezależnie od wieku.

Piąta pora roku, N. K. Jemisin 
Fantastyczną serią okazała się Piąta pora roku N. K. Jemisin. Nie przypuszczałam, że tak bardzo przypadnie mi ona do gustu, ale wywołuje we mnie takie same emocje, jak Sanderson... i myślę, że jest to największa pochwała z moich ust. Seria oryginalna, mocna, ze wspaniałym plot twistem w pierwszym tomie — po prostu idźcie to czytać.


Nigdziebądź, Neil Gaiman 
W 2017 roku zapoznałam się z twórczością Neila Gaimana i w kategoriach "najlepszych książek" muszę wspomnieć o jego Nigdziebądź. To wspaniała książka, która pod względem wywołanych wrażeń przywiodła mi na myśl Harrego Pottera, a więc pozwoliła znów poczuć się jak dziecko, które odkrywa nowy, fantastyczny świat. Poza tym zawiera fenomenalną kreację dwóch sadystycznych zabójców, a mianowicie Croupa i Vandemara.

Ostatni jednorożec, Peter S. Beagle 
Sięgnęłam też po prozę Petera S. Beagle i przeczytałam Ostatniego Jednorożca, który okazał się przepiękną baśnią. Jest to opowieść, którą uważam jednocześnie za smutną i dowcipną, melancholijną, przekorną i naiwną. Przede wszystkim jednak ta książka w cudowny sposób pozwala oderwać się od rzeczywistości.

Władca much, William Golding 
Klasyka literatury, która stała się jedną z moich ulubionych książek. Bardzo chciałabym jeszcze raz to kiedyś przeczytać i zdobyć swój własny egzemplarz. Władca much to antyutopia opisująca losy grupki dzieciaków (chłopców wyłącznie) na bezludnej wyspie. Książka ukazuje to, do czego jesteśmy zdolni, kiedy zabrać nam cywilizację, opisuje ludzką naturę i podłości, do których możemy się dopuścić. Przy tym powieść napisana jest bardzo prostym językiem i nie powinna stanowić dla nikogo trudności.

Autostopem przez Galaktykę Douglasa Adamsa 
Ta książka prawie pokonała mnie swoim absurdem. Potrzebowałam połowy, by w końcu przestawić się na całkowity brak logiki, jazdę bez trzymanki i zwariowany humor. Jednak kiedy już mi się to udało, Autostopem przez Galaktykę okazało się fenomenalną lekturą. Autor dużo rzeczy wyśmiewa, wiele jego spostrzeżeń jest w punkt, a jednocześnie wciąż nas one bawią. To trochę jak z Pratchettem, ale w kosmicznych klimatach.



EDIT: Elantris, Brandon Sanderson
Zabijcie mnie, ale na śmierć zapomniałam wrzucić tutaj książkę swojego ulubionego autora. Chyba za mało ostatnio śpię. Elantris jest w moim TOP 3 jego twórczości, a zachwyciło mnie przede wszystkim pomysłem na fabułę, bo mamy tutaj takie więzienne miasto dla trędowatych zombie. Książka nie jest pełna akcji, ale i tak niesamowicie wciąga. Od początku jesteśmy ciekawi, o co chodzi w przekleństwie Elantryjczyków, a ich ciężki los sprawia, że mimowolnie im kibicujemy. Zresztą samo nazwisko Brandona Sandersona to już pewien znak jakości, chociaż jego młodzieżówki są raczej średnie.

Rozczarowania


Honor Złodzieja, Douglas Hulick 
Ta chyba była najgorsza. Autor przez większość książki pokazywał nam, że główny bohater to drań bez zasad, który zdradzi każdego (nawet najlepszego przyjaciela), a potem nagle próbował nam wmówić, że ma on jakiś honor. Fabuła jest sztuczna i wymuszona, bohaterowie płytcy, końcówka do bólu sztampowa. Żeby było śmieszniej, nasz tytułowy złodziej przez większość książki nie spał, o czym wielokrotnie nam przypominano, więc pozostaje tylko pytanie, jakim cudem on funkcjonował.

Wszyscy patrzyli, nikt nie widział, Tomasz Marchewka 
To jest debiut, ale autor pracował już nad scenariuszem do Wiedźmina 3, więc z pisaniem już jakoś był związany. Książka zawiodła mnie pod wieloma względami: przede wszystkim drażnił mnie kompletny brak tła, a miasto jawiło się jako takie, w którym oprócz szulerki, złodziejstwa i zabójstw nie ma żadnych innych profesji. Postacie były słabo wykreowane, a na koniec główny bohater ni stąd, ni zowąd dostał zastrzyku mocy i osiągnął coś, w czym wcześniej koncertowo nawalił. Zupełnie to do mnie nie przemówiło.

Królowie Dary, Ken Liu 
To nie jest zła książka. Znalazła się w tym niepochlebnym towarzystwie dlatego, że rozczarowała mnie osobiście. Miałam wobec niej strasznie duże oczekiwania, bo wszyscy ją chwalili, no i nie wyszło. Odebrałam ją bardziej jako suchą, kronikarską relację, która dość mocno mnie wynudziła. Przykro mi z tego powodu, bo wiele osób, których gust szanuję bardzo ją sobie chwaliło.

31 grudnia

31 grudnia

Książkowy grudzień, czyli ostatnie podsumowanie miesiąca w tym roku

Książkowy grudzień, czyli ostatnie podsumowanie miesiąca w tym roku

W ten piękny, ostatni dzień roku przychodzę do Was z podsumowaniem miesiąca. Pierwotnie miało to być podsumowanie roku, ale stwierdziłam, że najpierw wypadałoby zakończyć miesiąc. Wpis z podsumowaniem rocznym pojawi się jakoś na dniach, a tymczasem bez zbędnej, dłuższej gadaniny przejdźmy do tego, co się działo u mnie w grudniu.

Ale jeszcze zanim to zrobimy, to...

Chciałabym wam życzyć wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Oby był lepszy, niż uciekający nam 2017, i oby przyniósł wam mnóstwo wspaniałych książek. Bawcie się dzisiaj dobrze. :) 

Filmy

Grudzień upłynął pod znakiem Gwiezdnych Wojen i to nie przez Ostatniego Jedi, którego jeszcze nie widziałam, bo nie mam z kim iść do kina a samej tak nie bardzo, ale przez to, że namiętnie nadrabiałam wszystkie pozostałe filmy oprócz Łotra. Obejrzałam więc epizody I-III oraz VII. Te z Anakinem... pierwszy był całkiem przyjemny, o drugim chciałabym zapomnieć, a trzeci miał niesamowite sceny już przy końcu. Moment powstania Lorda Vadera... cudo, przechodziły dreszcze.

Oprócz Gwiezdnych Wojen widziałam znany i kochany świąteczny film, który nie jest Kevinem, lecz zwie się To właśnie miłość. Oglądałam go po raz pierwszy i jest naprawdę przyjemny. Podobno nasze Listy do M się na nim wzorowały. Cóż, bardzo marnie im to wyszło w porównaniu do oryginału.

W kinie byłam na Morderstwie w Orient Expresie. Nie znam pierwowzoru i nie jestem fanką kryminałów, a na film poszliśmy tylko dlatego, że mieliśmy bilety, które koniecznie trzeba było wykorzystać do końca roku, a nic innego nie grali o tej godzinie. Wiecie, nie miałam żadnych oczekiwań wobec tego filmu, ale podobał mi się niesamowicie i zapragnęłam wręcz poczytać książki Agathy Christie. 

Opublikowane teksty




















Garść statystyk

Wyświetlenia: 25 853 (było 20 505)
Liczba obserwatorów: 120 (było 112)
Liczba obserwatorów na facebooku: 79 (było 68)
Liczba obserwatorów na instagramie: 479 (było 402)


Co przeczytałam?

Miesiąc zaczęłam od Tekstu Dmitra Glukhovskiego, którą to książką naprawdę byłam zaskoczona, bo zabierałam się do niej z myślą, że będę się męczyć, a skończyłam ją nie wiadomo kiedy. Link do recenzji znajdziecie wyżej. Później był Ostatni jednorożec Petera S. Beagle, który mnie totalnie zachwycił. To przepiękna baśń, która przywodziła mi na myśl książki Gaimana. Czy raczej to książki Gaimana przywodzą na myśl Ostatniego jednorożca, bo to książka z 1998 roku. :) Na tę chwilę więcej o niej pisała Ewelina, a może i ja coś niedługo skrobnę. W każdym razie warto przeczytać i gorąco do tego zachęcam.


Wspomniałam o Gaimanie i cóż, jest on następny w kolejności, bo mam za sobą Księgę Cmentarną. To niezwykle urocza opowieść, i chyba jeszcze nie znalazłam tak przyjemnie i bezboleśnie opowiedzianego procesu dorastania w fantasy, jak tutaj. Elantris Brandona Sandersona zdążyłam już zrecenzować, link wyżej. Miesiąc, a zarazem rok zamknęłam Opowieściami wigilijnymi Charlesa Dickensa. Same dobre książki mi się trafiły w grudniu, bo z ocenami nie zeszłam poniżej ósemki. :)

Stosik, a raczej Stosisko


Ekchem. Tak. No trochę się nazbierało w tym grudniu. Ostatnio była u mnie stosikowa posucha, więc w tym miesiącu obrodziło. :) Idąc od lewej do prawej, na samej górze mamy całość Lyonesse Jacka Vance. Książki są używane, za całość zapłaciłam 60 zł. Jeszcze nigdy tak szybko nie kliknęłam "kupuj" jak w przypadku tej serii widząc taką cenę. Normalnie dwa tomy z trylogii chodzą po 40-90 zł za JEDEN. Drugi kosztuje 20 zł z przesyłką, także uważam, że mi się poszczęściło. O serii słyszałam wiele dobrego i już jakiś czas się na nią czaiłam.

Poniżej mamy serię Pamięć, smutek i cierń Tada Williamsa. Do kupna tych książek w sporej mierze przyczynił się Ciacho, ale też i wcześniej zasłyszane, pozytywne opinie. To również klasyka, i też dorwana w używanym stanie w cenie 100 zł za komplet. Waga tych książek równa się wszystkim pozostałym... a ciężkie to strasznie. Jeśli ktoś ma zbiorcze wydania Czarnej kompanii, to jest to wydane w ten sam sposób.

Po stronie prawej mamy sporo darów losu. Silmarillion to mój prezent świąteczny, z którego do tej pory cieszę się jak głupia. Książka jest pięknie wydana, zaczęłam już ją czytać i wiem, że to będzie coś niesamowitego. Rycerz siedmiu królestw to egzemplarz recenzencki i kolejna pięknie wydana książka w tym stosisku. Zawiera mnóstwo ilustracji wplecionych w tekst, co prezentuje się wspaniale. Do recenzji dostałam też Opowieści wigilijne, o których już pisałam, i Atlas tolkienowski, który jest takim małym dziełem sztuki. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to na fb wrzuciłam kilka zdjęć tej książki.

Mistrza i Małgorzatę do dawna chciałam dorwać w tym wydaniu, ponieważ ma ono zaznaczone  na czerwono fragmenty, które kiedyś były ocenzurowane. Z tego, co zdążyłam zauważyć, to czasem są to całe strony. Mam nadzieję, że książka nie będzie długo czekać na przeczytanie.

Ostatni jest Rękopis znaleziony w smoczej jaskini Andrzeja Sapkowskiego, czyli kompendium wiedzy o literaturze fantasy. Dostałam tę książkę na mikołajki i to też jest prezent, na który się strasznie ucieszyłam. Chciałam to przeczytać od dawna, ale książka nie jest już dostępna i trzeba szukać używanych. Także ten, będziemy się dokształcać.

A jak tam grudzień u Was? Co ciekawego znaleźliście pod choinką? ;)

30 grudnia

30 grudnia

Czym jest dla nas Boże Narodzenie? "Opowieści wigilijne" Charlesa Dickensa, tom 3

Czym jest dla nas Boże Narodzenie? "Opowieści wigilijne" Charlesa Dickensa, tom 3

Charles Dickens niedawno gościł na tym blogu, i tak się złożyło, że dzisiaj znów będzie o jego książce. I to ponownie o Opowieściach wigilijnych, ale tym razem w trzeciej odsłonie. Już na samym wstępie mogę Wam powiedzieć, że ten trzeci tom jest o wiele lepszy, niż drugi, i w moim odczuciu nawet lepszy, niż pierwszy. Sam autor natomiast jeszcze wielokrotnie będzie gościł w moich skromnych progach, bo jego prozą jestem po prostu zauroczona.

Opowieści wigilijne. Czym jest dla nas Boże Narodzenie? to trzeci zbiór wigilijnych opowiadań wydawanych w ostatnich latach przez Zysk i S-ka. I to nie wydawanych byle jak, ponieważ są one w twardej oprawie, z obwolutą, pod którą kryje się płócienna oprawa, w środku zaś czeka nas mnóstwo przepięknych, oryginalnych ilustracji, całość drukowana jest na grubym papierze, a każdy rozdział rozpoczyna się zdobionym inicjałem. To taka mała, wizualna uczta dla oczu. Sam tom zawiera natomiast nie dwa, nie trzy, lecz czternaście opowiadań, każde mniej lub bardziej związane z okresem świątecznym, a dwa z nich są powiązane między sobą. Pierwsze opowiadanie zatytułowane Opowieści o goblinach, które podkradły zakrystiana pochodzi z powieści Klub Pickwicka, zaś cała reszta była publikowana w świątecznych numerach czasopism Household Words oraz All the Year Round, w których ukazywały się opowiadania nie tylko Dickensa, lecz i innych autorów. W Polsce natomiast ukazują się one po raz pierwszy.

Wyjątkowo tym razem będą foty ;)

Nie sposób opowiedzieć o każdym opowiadaniu z osobna, kiedy jest ich taka ilość, zresztą ich fabuły pomieszały mi się już do tego stopnia, że nawet nie byłabym w stanie tego zrobić. Mogę natomiast opowiedzieć o kilku, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Przykładowo w Choince autor snuje wspomnienia związane ze swoim dzieciństwem, które przychodzą mu na myśl, gdy patrzy na tytułową choinkę i prezenty, które można pod nią znaleźć. Opowiadanie dziecięce jest bardzo krótką, wzruszającą opowieścią, w której wraz z podróżnym przechodzimy przez różne etapy życia jednej osoby. Opowieść niczyja jest historią o bezimiennych, których skryła ziemia. W Ostrokrzewiu znajdziemy opowieść Pucybuta, który opowiada o tym, jak to dzieci w wieku pięciu czy sześciu lat uciekły z domu, by wziąć ze sobą ślub. Pensjonat pani Lirriper powiązany jest ze Spadkiem pani Lirriper, a obie te opowieści skupiają się na właścicielce pensjonatu, wiekowym majorze, który miał zamieszkać na chwilę, a został na stałe i dziecku, które wzięli razem na wychowanie. Ostatni tekst, o którym chciałabym wspomnieć, to Doktor Marigold, w którym znajdziemy poruszającą historię o kupcu, który po stracie córki przygarnął głuchoniemą sierotę. Wiele z tych opowiadań sprawiło, że zapiekły mnie oczy, przy wielu się śmiałam i rozczulałam, i choć były wyjątki, które mnie znudziły, to jednak zdecydowana większość tych opowiadań stoi na wysokim poziomie. 



Charles Dickens zdecydowanie potrafi poruszyć czułą strunę w człowieku i z wielką wprawą zrobił to w trzecim tomie Opowieści wigilijnych. Jego opowiadania tak jak i poprzednie pełne są ciepła domowego ogniska, uroku i serdeczności, pełne są wzruszających, ludzkich historii, smutków i radości. Sporo czasu spędzimy w różnych pensjonatach, wiele razy o losach naszych bohaterów zadecyduje odpowiedni przypadek w odpowiedniej chwili, czasem doświadczą oni nieporozumień, czasem cierpień, ale zawsze znajdą to pozytywne światełko wśród mroków. Będą wybaczać, będą poszukiwać, a przede wszystkim będą skłaniać nas do refleksji i w swoim towarzystwie pozwolą spędzić mnóstwo wspaniałych chwil, w których tak po prostu zrobi nam się cieplej na sercu. 


Opowieści wigilijne. Czym jest dla nas Boże Narodzenie? to lektura idealna w okresie świątecznym nie tylko przez swój tytuł czy związek tych historii z Bożym Narodzeniem/Nowym Rokiem, lecz także ze względu na to, jak bardzo ciepłe, wzruszające i urokliwe historie możemy w niej przeczytać. Dickens sprawia, że w jednej chwili się śmiejemy, a w drugiej szukamy chusteczek. Ja ze swojej strony gorąco polecam i mam nadzieję, że wkrótce uda mi się sięgnąć po kolejne książki autora, bo powoli staje się on jednym z moich ulubionych.


W serii:
1. Opowieści wigilijne. Kolęda prozą
2. Opowieści wigilijne. Świerszcz za kominem
3. Opowieści wigilijne. Czym jest dla nas Boże Narodzenie?

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!


P.S. Książkę skończyłam czytać wczoraj. Wczoraj też oglądałam Morderstwo w Orient Expresie, w którym Herkules Poirot również czytał Dickensa. Poczułam więź z głównym bohaterem. :) Przez cały seans próbowałam wypatrzeć, jaką dokładnie czytał książkę, ale nie dałam rady.

P.S2. Film świetny.


25 grudnia

25 grudnia

Miasto upadłych bogów. "Elantris" Brandona Sandersona

Miasto upadłych bogów. "Elantris" Brandona Sandersona

Brandon Sanderson to autor, który nieustannie mnie zaskakuje. Kiedy już myślę, że mniej więcej wiem, czego spodziewać się po jego książkach, to i tak za każdym razem dostaję coś innego, choć pewne elementy dla jego prozy są wspólne. Niemniej jednak nie ma w niej schematów i za każdym razem czeka nas nowa, wyjątkowa fabuła z oryginalnym systemem magii i postaciami, do których mimowolnie się przywiązujemy. Sanderson pisze o problemach i rozterkach zwykłych ludzi, ale w otoczce epickiej fantasy. A po skończeniu każdej jego książki pozostaje niesamowity smutek i żal, że się do tych ostatnich stron dobrnęło. 

Elantris jest debiutem autora, ale trzeba tu zaznaczyć, że książka ta po prostu została wydana jako pierwsza. Z postscriptum na końcu książki dowiadujemy się, że kiedy autor zaczął pisać Elantris miał już napisanego Zrodzonego z Mgły i ukończył już pierwszą wersję Drogi Królów. Elantris jest też pierwszą książką, w której Sanderson świadomie zawarł elementy cosmere. Jest to więc powieść ważna i przełomowa, ma ogromną rzeszę fanów, chociaż jej fabuła nie jest ani pełna porywającej akcji, ani widowiskowych bitew. Mimo tego Elantris hipnotyzuje rozgrywającymi się wydarzeniami — i to hipnotyzuje już od pierwszych stron.

Przede wszystkim fenomenalny jest pomysł. Zrodził się on w głowie Sandersona wtedy, kiedy pomyślał on o wizji więziennego miasta dla trędowatych zombie. I w pewnym sensie takich zombie w książce mamy — są nimi Elantryjczycy zamknięci w dawnej stolicy Arelonu, czyli w Elantris. Miasto niegdyś było potężne, olbrzymie, piękne, rozświetlone blaskiem i zachwycające przepychem. Wśród tego piękna i chwały stąpali równie piękni Elantryjczycy o skórze barwy świetlistego, bladego srebra i białych włosach. Mieli w sobie moc, która płonęła w ich oczach i wypełniała ich ruchy. Błogosławionym, niemal bogiem mógł zostać każdy, ponieważ przeobrażenie - shaod — nie wybierało i dotykało ludzi losowo, niezależnie od ich statusu społecznego. Niestety pewnego dnia dziesięć lat temu coś się zmieniło i Elantryjczycy z bogów zmienili się w przeklętych. W żywych zombie, ponieważ teoretycznie byli martwi — ich serce nie biło, ciało umierało, a ból od najmniejszego nawet stłuczenia nigdy nie ustawał. Miasto upadło.

Fragment grafiki z Tenth Anniversary Special Edition w Stanach

Książka rozpoczyna się w momencie, w którym książę i następca tronu Arleonu, Raoden, zostaje przeklęty i wtrącony do Elantris. Raoden nie jest jednak z tych, którzy łatwo poddadzą się swojemu losowi, i z miejsca zaczyna działać, by życie w tym miejscu uczynić znośniejszym. To ten typ bohatera, który zaraża innych swoim optymizmem i nigdy się nie poddaje, w każdym i wszędzie dostrzegając dobro. Równolegle z jego wątkiem obserwujemy losy Sarene, młodej księżniczki ze sprzymierzonego państwa, która przybyła do Arleonu, by wziąć ślub z Raodenem i z przykrością odkrywa, że jej małżonek umarł jeszcze zanim na dobre się nim stał. Trzecim wątkiem jest historia wysoko postawionego kapłana, Hrathena, który przeżywa kryzys wiary, a jednocześnie gorąco pragnie nawrócić mieszkańców Arleonu na swoją wiarę. 

Elantris nie jest przepełnione akcją, jest za to książką bardzo spokojną, której fabuła rozwija się powoli, ale za to przedstawione tutaj wątki wciągają tak mocno, że nie sposób się od tej książki oderwać. Przyznam, że trochę obawiałam się tej lektury, ponieważ słyszałam mnóstwo narzekań na Elantris, ale obawy te były zupełnie bezpodstawne. Już od samego początku intryguje nas los Elantryjczyków i gnębi nas pytanie, o co właściwie chodzi z ich przekleństwem. Raoden zaś jest na tyle sympatycznym i kochanym księciem, że nie da się nie kibicować zarówno jemu, jak i grupce, którą wokół siebie zebrał. Tym bardziej że Elantryjczycy mimowolnie wzbudzają w nas współczucie i chcemy dla nich jak najlepiej. Wątek Sarene i Hrathena wprowadza z kolei bardzo dużo polityki do książki, więc przygotujcie się, że politycznych spisków i intryg będzie tutaj mnóstwo, poczynając od naprawy państwa, a na wpływach religijnych kończąc.

Fragment grafiki z Tenth Anniversary Special Edition w Stanach

Być może po tylu przeczytanych książkach Sandersona wreszcie zaczęłam być choć trochę krytyczna względem jego prozy, bo tym razem w jego powieści dostrzegłam też pewne wady. Przede wszystkim na nerwy działała mi nieco Sarene, z której Sandersonowi wyszła taka trochę Mary Sue. Księżniczka jest piękna, inteligentna i przebiegła, zna się na polityce i doskonale manipuluje ludźmi, a wszystko nieco zbyt łatwo jej idzie — przynajmniej do pewnego momentu. Sarene ma jednak też wady i nie wszytko potrafi najlepiej, a jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że trochę z nią autor przesadził. Identyczne spostrzeżenie miałam z księciem Raodenem. Wyłapałam też kilka irytujących powtórzeń w takim sensie, że autor kilka razy informuje nas o tym samym fakcie. Nie są to jednak rzeczy, które mocno wpłynęłyby na mój odbiór lektury, bo książką i tak jestem zachwycona.

Wspomnieć trzeba jeszcze o systemie magii i w tym miejscu muszę zaznaczyć, że magii w Elantris prawie w ogóle nie ma. Jej system opiera się na rysowanych znakach, dawnym, zapomnianym języku, którego poszczególne słowa dają określony efekt. Skąd Sanderson wziął na to pomysł? Ze sposobu, w jaki koreański i chiński oddziałują na siebie nawzajem jako pisane języki. Autor po raz kolejny udowadnia, że pomysły można czerpać absolutnie ze wszystkiego.

Fragment grafiki z chińskiej okładki

Elantris jest też bardzo pięknie wydane. Książka jest w twardej oprawie i z tasiemką, a w środku znajdziemy kolorową mapkę jako wklejkę, dowcipną przedmowę przyjaciela Sandersona (z której dowiadujemy się, że miasto pierwotnie miało nazywać się Adonis i autor kompletnie zapomniał, że jest to postać z mitologii greckiej. Po prostu słowo mu fajnie brzmiało), standardowo Ars Arcanum, a także wycięte sceny z Elantris, ciekawe postscriptum od autora oraz krótki rozdział z Hoidem na samym końcu.

Książkę oczywiście gorąco polecam, bo to fenomenalna powieść, a samo nazwisko Sandersona gwarantuje już określoną jakość z najwyższej półki. Na koniec zacytuję fragment z przedmowy, bo Dan Wells idealnie ujął to, czego sama nie potrafiłabym przekazać: Brandon zawdzięcza dużą część swojego sukcesu — powiedzmy połowę — uporowi, by to malutkie opowieści o ludziach wewnątrz epickiej historii czyniły ją wartą czytania. (...) Brandon opowiada wielkie historie, ale ich fundamentem są te małe i osobiste. I takie właśnie jest Elantris.


W serii:
1. Elantris
1.5 Dusza Cesarza



23 grudnia

23 grudnia

Wyniki konkursu ze Stacją Centralną

Wyniki konkursu ze Stacją Centralną

Cześć Wam! W ten piękny, przedświąteczny dzień przychodzę z ogłoszeniem wyników konkursu, w którym do wygrania była Stacja Centralna autorstwa Lavie Tidhara. Żeby wczuć się w świąteczny klimat, obrazkiem otwierającym jest piękna, choinkowa śnieżynka. 

Do konkursu zgłosiły się w sumie cztery osoby. Nie przedłużając, Stację Centralną wygrywa MORENI! Gratuluję! A oto nagrodzona odpowiedź: 


Dziękuję za udział wszystkim uczestnikom. Moreni, do Ciebie wysłałam już maila z informacją o wygranej.

Korzystając z okazji życzę wszystkim czytelnikom tego bloga dużo wspaniałych książek pod choinką, spokojnej, rodzinnej atmosfery i żeby Was brzuchy nie bolały z przejedzenia. :) 
Wesołych świąt!

21 grudnia

21 grudnia

O magii świąt. "Opowieści wigilijne" Charlesa Dickensa. Tomy 1-2

O magii świąt. "Opowieści wigilijne" Charlesa Dickensa. Tomy 1-2

Charles Dickens zaliczany jest do najwybitniejszych twórców współczesnej powieści społeczno-obyczajowej. Jednym z najsłynniejszych jego dzieł jest Opowieść wigilijna, której mniej znanym, lecz oryginalnym tytułem jest Kolęda prozą. Opowieść ta była niespodziewanym sukcesem autora, ponieważ napisał on ją przede wszystkim po to, by spłacić swoje długi. Dzisiaj inspiruje ona rzesze twórców i ma niezliczoną ilość odniesień w kulturze, a jej wydania co rusz są wznawiane.

Dickens nie napisał jednak tylko jednej bożonarodzeniowej historii. Opublikowana w 1843 roku Kolęda prozą dała początek serii pięciu utworów, które rok po roku ukazywały się przed świętami z jednoroczną przerwą. I choć pierwotnym zamysłem tych historii był zarobek, to jednak ciężko wyobrazić sobie, że mogłoby ich nie być; ciężko wyobrazić sobie brak Sknerusa McKwacza czy też mojego ulubionego Grincha, czyli postaci, które nie powstałyby, gdyby nie Scrooge. W ostatnich latach wydawnictwo Zysk i S-ka wypuściło te utwory w dwóch, zbiorczych tomach zatytułowanych kolejno Opowieści Wigilijne. Kolęda prozą oraz Opowieści wigilijne. Świerszcz za kominem. Obie książki zawierają nowy przekład Jerzego Łozińskiego oraz liczne, oryginalne ilustracje, które umilają lekturę.

Tom pierwszy zawiera dwa utwory, z których jednym jest ta najbardziej znana ze wszystkich opowieści Dickensa, a więc Kolęda prozą. Myślę, że każdy z nas mniej lub bardziej zna skąpca Ebenezera Scrooge’a, który w czasie nocy wigilijnej przechodzi głęboką przemianę. Bardzo miło było sobie odświeżyć tę historię, ale moje serce zdecydowanie podbiła opowieść druga, czyli Nawiedzony. Pokazuje ona, jak ważne są wspomnienia o smutkach, strapieniach i ciężkich chwilach, bo to właśnie czyni nas ludźmi. Wspólne trudy i znoje niejednokrotnie potrafią zjednoczyć. A kim bylibyśmy bez tych wspomnień, bez tych uczuć? Jak moglibyśmy rozumieć cudzą krzywdę, skoro sami nigdy nie doświadczyliśmy niczego podobnego? Jak moglibyśmy miłować i szanować drugą osobę? Głównym bohaterem tej historii jest samotny profesor chemii, Redlaw, który przystaje na kuszenie ducha obiecującego mu, że zapomni o wszystkich smutkach i strapieniach, a splątany łańcuch uczuć przepadnie. Szybko jednak wychodzi na jaw, że poprzez kontakt z innym ludźmi Redlaw przekazuje im swój dar, który szybko okazuje się przekleństwem, ponieważ osoby w otoczeniu chemika nagle wyzbywają się wszelkich dobrych uczuć. I chociaż sam bohater nie jest może tak ciekawie nakreślony jak Scrooge, to sama historia jest równie ciekawa, co Kolęda prozą.

Ilustracje z książek

Niestety kolejne opowiadania w drugim tomie Opowieści Wigilijnych nie są już tak dobre. Przede wszystkim to nie są prawdziwe opowieści wigilijne, ponieważ nie dzieją się w okresie wigilijnym — jedynie Sygnaturki rozgrywają się w okolicach Nowego Roku. Życiowa batalia i Świerszcz w kominie to właściwie opowieści skupione na perypetiach miłosnych. Wszystkie trzy jednak tak samo niosą ze sobą jakiś moralizatorski przekaz, a także wypełnione są tą atmosferą rodzinności, doskonale opisywaną codziennością i poruszającym obrazem zwykłych ludzi, w których domach nie raz widzimy ich biedę i ubóstwo. Wciąż jednak są oni skłonni do największych poświęceń i ogromnej miłości.

W Świerszczu w kominie na przykład możemy obserwować biednego ojca, który opowiada swojej niewidomej córce niestworzone historie o ogromnym bogactwie, które ich otacza, kiedy w rzeczywistości mieszkają w ruderze. Będziemy obserwować wystawione na próbę małżeństwo, którego domowego ogniska strzeże tytułowy świerszczyk za kominem. W Sygnaturkach Dickens pokaże nam, jak ważna jest godność osobista i brak zgody na to, by sobie wmówić, że jest się od kogoś gorszym. Tobby, czyli główny bohater tej opowieści niestety na coś takiego przystaje. Jest to stary, ubogi posłaniec o dobrym sercu, który pozwala się przekonać bogatszym i lepiej sytuowanym jegomościom, że biedni ludzie tacy jak on są nie tylko ubodzy, ale też i od urodzenia źli do szpiku kości. W noc wigilijną nawiedzają go duchy dzwonów kościelnych, aby pokazać mu możliwą do spełnienia się przyszłość, w której on nie żyje, a bliskie mu osoby przeżywają upadek zarówno moralny, jak i materialny. Jest to niezwykle poruszająca historia, w której pełno niesprawiedliwości i smutku — a jednak nawet w niej czegoś mi zabrakło i podczas czytania Sygnaturek czułam lekkie rozczarowanie, że to już nie do końca jest to samo.

Wszystkie opowieści wigilijne są jednak idealną, świąteczną lekturą. Te historie poruszą każdego i skłonią do refleksji, do zatrzymania się w świątecznym pędzie po prezenty i zastanowienia nad samym sobą. Opowieści te są ponadczasowe, smutne i radosne jednocześnie. Urzekł mnie Dickens baśniowością, niezwykle wyrazistymi bohaterami i subtelnym humorem. Przede wszystkim jednak podbił moje serce ciepłem domowego ogniska, serdecznością bohaterów i nostalgiczną atmosferą, a także doskonałym ukazaniem krzywdy społecznej. Niewątpliwie warto czytać jego książki i w moim przypadku zdecydowanie nie będzie to ostatnie spotkanie z jego prozą. Polecam gorąco!


W serii:
1. Opowieści wigilijne. Kolęda prozą
2. Opowieści wigilijne. Świerszcz za kominem
3. Opowieści wigilijne. Czym jest dla nas Boże Narodzenie?



15 grudnia

15 grudnia

Dramat ze smartfonem w dłoni. "Tekst" Dmitry Glukhovsky

Dramat ze smartfonem w dłoni. "Tekst" Dmitry Glukhovsky

Dmitry Glukhovsky to autor, który przemyca niesamowite pomysły do swoich książek. Ma on jednak specyficzny styl i skłonność do długich, rozwlekłych fragmentów refleksyjnych, co dla niejednej osoby okazuje się barierą ciężką do pokonania. Mnie natomiast w jego prozie pociągają ponure, pesymistyczne wizje świata i świetne oddanie klimatu otoczenia, o którym akurat pisze. Tak było w Metro 2033, tak było w Futu.Re i tak jest w Tekście, który, choć jest już powieścią realistyczną, to i tak spełnia wszystkie te punkty.

O Tekście mówi się, że jest to książka, która ma nam zwrócić uwagę na to, jak bardzo smartfony skradły nasze życie. Ja myślę jednak, że sprowadzenie tej książki głównie do kwestii naszych telefonów jest dla niej krzywdzące, ponieważ Tekst niesie ze sobą znacznie więcej treści. Dla mnie jest to przede wszystkim dramat jednego człowieka, który miał w życiu niewyobrażalnego pecha. Ilję, bo to własnie on jest głównym bohaterem najnowszej powieści Glukhovskiego, poznajemy w momencie, w którym po latach wychodzi z więzienia. Wyniszczony, okradziony z najlepszych lat młodości wraca do rodzinnego miasteczka, gdzie zamiast spokoju ducha i matczynej miłości spotyka tylko kolejne nieszczęście. A potem wszystko rusza lawinowo jak w kostkach domino. Jeden błąd, jeden zły czyn pod wpływem emocji stawia Ilję w sytuacji tragicznej, z której wyjścia po prostu nie ma.


Ale kiedy będziesz miał własne dzieci, sam zrozumiesz, że nie wolno im od razu mówić całej prawdy o tym, jak jest urządzony świat. Jeśli od razu im powiedzieć, że wszyscy kradną, wszyscy są pazerni, wszyscy cudzołożą, to pomyślą, że to jest własnie norma. I wtedy nie będą nawet czuły się winne, kiedy będą grzeszyć, i przez to będą grzeszyć jeszcze bardziej desperacko i bezwstydnie. Żeby je uchronić,trzeba upiększać, ozdabiać dla nich świat, dopóki są małe.


Tekst jest historią smutną i przygnębiającą, taką, po którą chętnie sięga się w okresie jesienno-zimowym, kiedy mamy ochotę na książki nostalgiczne, melancholijne czy refleksyjne. Najwięcej jest w tym dramatu, chociaż tak naprawdę ciężko jest ją zaszufladkować, niemniej jednak nie nazwałabym tego thrillerem — popełnione przestępstwo i związane z tym skutki są tym tylko tłem umożliwiającym wniknięcie w psychikę bohatera i obserwowanie jego zachowań i myśli, obserwowanie tego, jak bardzo jest rozdarty między tym, co powinien a tym, co chce uczynić. Podczas czytania bardzo łatwo zauważyć, że autor inspirował się prozą Dostojewskiego, a mianowicie Zbrodnią i Karą. I właśnie tutaj wchodzi kwestia przegadania książek przez Glukhovskiego i muszę wam powiedzieć, że jak przy Metrze 2033 dawało mi to w kość, a przy Futu.Re tylko trochę mniej, tak w Tekście w ogóle nie miałam wrażenia, że ta książka mi się dłuży. Gdyby teraz ktoś się mnie zapytał, jaką książkę autora uważam za najlepszą, wybrałabym właśnie Tekst. A to chyba dobrze, skoro jest to powieść najświeższa.

Poza dramatem Ilji książka porusza wspomnianą wcześniej kwestię smartfonów i tego, jak bardzo uzależnieni od nich jesteśmy i jak wiele danych o nas samych trzymamy w tak małych urządzeniach, które przecież łatwo zgubić. Dzięki temu łatwo jest się pod kogoś podszyć, chociaż nie na długo — wystarczy jeden telefon od znajomego, który zidentyfikuje nasz głos i przykrywka leży. Tekst ukazuje również obraz współczesnej Rosji jako kraju zdemoralizowanego, niesprawiedliwego i nieprzychylnego dla małej, nic nieznaczącej jednostki. Jest to też smutna historia o wychowaniu i o tym, jak bardzo nas ono warunkuje.


Nic trudnego w życiu nie ma: i umierać jest prosto, i zabić można z łatwością.


Tekst podobał mi się bardzo mocno i wręcz sama jestem zaskoczona tym, jako bardzo przypadł mi on do gustu. Po tej książce chyba otwarcie mogę powiedzieć, że lubię prozę Glukhovskiego. Nie pisze on jakoś wyszukanie, nie stosuje trudnego ani poetyckiego słownictwa, ale porusza cięższe tematy, które zmuszają nas do pewnych refleksji, a o których wcale nie czyta się trudno. Książkę jak najbardziej wam polecam, szczególnie w obecnej porze roku, kiedy za oknem ciemno, zimno i ponuro, bo myślę, że jest tego warta i w obecny nastrój (przynajmniej mój) wpisuje się idealnie.




Copyright © 2016 Misie czytanie podoba , Blogger